wtorek, 5 maja 2026

Recenzja Unearthly Rites “Tortural Symphony of the Flesh”

 

Unearthly Rites

“Tortural Symphony  of the Flesh”

Svart Rec. 2026

Dziś będzie na gęsto, ale z ciekawymi dodatkami. Jak widać, Svart Records potrafią na swoim krajowym poletku wyłapywać ciekawe kąski, nie tylko z gatunków lżejszych czy eksperymentalnych. Dowodem tego, drugi album ichniego Unearthly Rites. Zespół powstał ledwo pięć lat temu, acz muzycy wchodzący w jego skład na scenie obecni są nieco dłużej, choć, poza Fosforos, żadna inna nazwa ich projektów niewiele mi mówi. Debiutu zespołu też nie dosłyszałem, zatem zajmę się tym, co przynosi „Tortural Symphony of the Flesh”. A przynosi czterdzieści minut totalnie zapleśniałego grania na starą nutę. Głównie z gatunku death metal. Kręgosłupem tych kompozycji jest cmentarna zgnilizna i ponadprzeciętny ciężar. I mógłbym tutaj sypnąć garścią nazw z lat dziewięćdziesiątych, przede wszystkim z kraju o nazwie tożsamej z wódką, ale myślę, że laicy tego nie czytają, i domyślą się ich sami. Co jednak jeszcze bardziej dociąża piosenki Unearthly Rites, to brzmienie. Wspomniałem o pleśni. Ona dosłownie zdaje się oplatać struny, na których gitarzyści snują swoje posępne melodie, a chwilami można wręcz mieć wrażenie, jakby któryś kabel w kolumnie nie do końca stykał i powodował dystorcje. Dzięki temu każdy kolejny ton jest niczym nagrobkowa płyta spadająca nam na głowę, a poczucie ciężkości wzmaga dodatkowo głęboki growl, rzygający wersetami z samego żołądka. Co prawda nie zawsze, bo w zależności od potrzeby, doświadczymy tu nawet charczenia w tonacji wyższej, tudzież innych pomniejszych odstępstw od reguły. Podobnie zresztą w warstwie muzycznej. Mamy na tym albumie kilka pasaży bardzo klimatycznych, o zdecydowanie narkotycznym wydźwięku. Osobiście kojarzy mi się to z wczesnym Sadness, ale być może głównie dlatego, że do „Ames de Marbre” wróciłem dosłownie kilka dni temu. Z drugiej strony, gdybym rzucił nazwą Disembowelment, to jednak byłoby to lekkim nadużyciem. Ponadto, w kilku miejscach Finowie zapędzają się w rejony kapkę bardziej melodyjne, a wtedy, już z czystym sumieniem można przytoczyć Amorphis, z okolic pierwszych dwóch płyt. Że skaczą z kwiatka na kwiatek? Nic bardziej mylnego. Tutaj wszystko idealnie się ze sobą przegryza, niczym w jarzynowej sałatce. Nawet wplatane miejscami patenty o punkowym sznycie. Niezwykle bogata to płyta, zagrana z pomysłem i zadziwiającą, jak na sączący się z niej trupi swąd, lekkością. Deathmetalowa i fińska do szpiku kości, a jednak inna niż większość serwowanych nam co dnia nowości. I co najważniejsze, nie przekombinowana, bo, moim zdaniem, balans między czystym oldskulem a „rodzynkami” został tu zachowany w proporcjach aptekarskich. Album ten ukazał się na początku miesiąca, zatem jest na pewno dostępny do odsłuchu na jakimś bandcampie, czy gdzieś tam. Poszukajcie, bo warto.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz