Rtęć
„Martwimy”
Arcadian
Industry 2026
Bardzo podobał mi się debiutancki album projektu
chłopaków z Lasu Trumien, który przedstawiałem wam jakieś dwa i pół roku temu.
Dlaczego? Bo ja, kurwa, kocham wczesny Darkthrone (znaczy ten sprzed ery
heavymetalowej). Kochają go także muzycy Rtęci, tego jestem pewien. Z tym, że w
odróżnieniu, choćby od rewelacyjnego Hag, nie jadą z Norwegów po całości.
Tworzą natomiast wyjątkowo udana mieszankę surowego black metalu i punka, z domieszką
sludge czy doom metalu. Najwięcej tu oczywiście pierwszych dwóch składników.
Wystarczy odpalić płytę, by, zaraz po poetyckim wprowadzaczu, pierwsze takty „Wszędzie
szum” momentalnie przeniosły nas do Fenrizowej chaty na skutym lodem norweskim
zadupiu. Zresztą jest tu kilka riffów jakby żywcem wyrwanych z płyt Darkthrone,
a najlepszym przykładem niech będzie środkowy fragment „Skorpion”. Konia z
rzędem temu, kto by się nie pomylił. Prostotę, czy może raczej surowość tych
nagrań, zdecydowanie potęgują wszechobecne d-beaty. Nie ma tu chyba kawałka, w
którym pominięto by podjazdy punkowo / crustowe, przy których aż chce się
podskoczyć z krzesła, w niektórych miejscach mocno przypominających szwedzki
Wolfpack. Ja wiem, że to jest motyw z
pożółkłych kartek encyklopedii metalu, ale na mnie nadal działa niczym zapalona
w ciemności świeczka na ćmę. No dobra, ale miało być też o elementach
nieoczywistych, bo takowych przecież na „Martwimy” nie brak. Bardziej występują
one tutaj w postaci smaczków niż myśli głównej, i może właśnie dlatego
wzbogacają smak całości niczym dorodne rodzynki sernik. Mamy tutaj kilka wersetów
deklamowanych (W odróżnieniu od wrzaskliwego wokalu wiodącego), trochę
filmowych sampli, parę wstawek w doomowym tempie, sporo tremolo w bardziej
melodyjnym, choć nie mniej mroźnym, tonie, czy nawet motyw pod Morbid Angel na otwarciu „Biada
zwyciężonym którym nie pomógł nikt powstrzymać ostatecznego ciosu” (kurwa, jaki
długi tytuł). Co jest wielką zaletą tego krążka, poza wspomnianą chwytliwością
i oldskulowym feelingiem, to jego spójność. Tutaj wszystko jest na swoim
miejscu, wszystko doskonale się ze sobą łączy, a żaden fragment nie jest
upchnięty butem. Słowo też należy się tekstom. Napisane zostały w języku
polskim, i są naprawdę niezłe, idealnie pasujące do konceptu całości (Choć, aby
je przeczytać musiałem użyć lupy. Zawsze twierdziłem, że czerwone literki na
czarnym tle to najgorsze rozwiązanie, a że z wiekiem wzrok już nie sokoli…).
Czego by nie mówić, „Martwimy” to bardzo dobry album. Można chyba powiedzieć,
że Rtęć, rozwijając nieco pomysły z „Wszyscy nosimy w sobie śmierć”, w
teoretycznie zamkniętych ramach znaleźli swoje własne „ja”, Dlatego serdecznie
polecam.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz