Goholor
„Locus
Damnatorum”
Personal Records 2026
Ta
słowacka kapela według internetowych źródeł, istnieje już od 2010 roku. Ciężko
im chyba szło muzykowanie, bo od tamtego momentu wydali tylko w 2016 epkę i
teraz, po kolejnych dziesięciu latach, debiutancki album. Goholor gra
poczerniony metal śmierci, który swą brzmieniową i kompozycyjną precyzją ma
szansę trafić na duże sceny i co za tym idzie, do całkiem szerokiego grona
odbiorców. To dobrze skonstruowana muza, która zarejestrowana jest z lekkim
brudem (chyba dla niepoznaki), ale niemalże laboratoryjna produkcja, nadała jej
niebywałej selektywności. Zatem „Locus Damnatorum”, to album z tych
profesjonalnych, na którym doskonale słychać każdą sekcję, normalnie żyleta. Co
z muzyką? Ano, to fuzja brutalnych death metalowych riffów z zimnymi tremolo.
To energiczna gędźba, w której każdy jej aspekt jest idealnie zbalansowany, co
tworzy uporządkowane utwory, które w odpowiednim stopniu dostarczają
wszystkiego, czego może oczekiwać fan takich brzmień. Idealny stosunek melodii
do agresywności, szybkich temp do średnich i wolnych, ponurej atmosferyczności
do epickich uniesień. Równowaga zachodzi również w sferze wokalnej, bo dialog
między wysokimi wrzaskami i głębokimi growlami, spasowany jest z wręcz teatralnym
kunsztem. Na „Locus Damnatorum” zamieszczono siedem kawałków, które są solidnym
i zagranym umiejętnie black-death metalem. Uderza on intensywnie, lecz z gracją
i to spodoba się wielu maniakom, gustującym w atrakcyjnym i z polotem
skomponowanym metalu, który oprócz brutalności i mroku, niesie ze sobą także
sporo łatwo przyswajalnych chwytliwości. Momentami kojarzą mi się one z ujęciem
greckim na podobę Rotting Christ, a w lodowatych i niezwykle dźwięcznych
tremolo, dostrzegam manierę Immortal, zwłaszcza z ostatnich wydawnictw
Norwegów. No cóż, jest tutaj świetnie pod każdym względem. Kolejna płyta będzie
chyba pod szyldem Nuclear Blast. Ja nie gustuję, ale oddani odbiorcy Behemoth z
marszu docenią Goholor.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz