Eradikated
„Wiring of Violence”
Indie Rec. 2026
Debiutancki krążek Szwedów, z których jeden wygląda
jak kalka młodego Schuldinera, przedstawiał wam circa trzy lata temu shub
niggurath. Chwilę temu Eradikated wrócili z krążkiem numer dwa. Postanowiłem
zatem sprawdzić, czy mój kolega słusznie zabałtycką młodzież chwalił. Jak by tu
zatem zacząć… Gówniarze to czasem jednak w starocie potrafią lepiej niż
niejedne dinozaury. Zresztą niejednokrotnie dawałem temu wyraz na łamach
Apocalyptic’a. Dziś mam okazję po raz kolejny pochwalić przedstawicieli młodego
pokolenia za ich uwielbienie dla starej szkoły. Często tak starej, że pewnie
nawet ich rodzice jeszcze nie byli jeszcze pełnoletni w chwili, gdy
przyświecające młodym zespoły wydawały swoje najlepsze płyty. Eradikated grają
thrash metal, z deka podsiąknięty crossoverowym feelingiem. Słychać wyraźnie,
że tacy nauczyciele jak Anthrax, Testament, D.R.I. czy klasyczna Metallica i
Slayer mieli na muzyków olbrzymi wpływ. Na „Wiring of Violence” aż roi się od
zadziornych riffów, wspaniałych, agresywnych melodii, i hardcore’owej
skoczności. Tej ostatniej jest tyle, że jeśli zamknie się oczy, można zobaczyć
drącego się do mikrofonu kolesia w czapeczce z daszkiem, w krótkich portkach i
podkolanówkach. Nawet nie wiem, który kawałek podać wam jako poglądowy, bo w
każdym znajdzie się fragment, przy którym chce się podskoczyć niczym dzika
małpa, pomachać łbem, w każdym usłyszycie taneczne rytmy i niesamowicie emocjonalne
wokale. Te ostatnie to czysta poezja. W oczach stają mi lata osiemdziesiąte,
kiedy to thrash metal jeszcze nie uświadczył bardziej charczących wokali niż
czysty, wkurwiony śpiew. A takich tutaj najwięcej. Istotną sprawą jest, że
młodzi w tak fantastyczny sposób blendują wszystko, co „już było”, nawet w
warstwie tekstowej, gdzie rządzą klasyczne rymy, że człowiek w moim wieku
momentalnie czuje się te przynajmniej trzy dekady młodszy. Jasna cholera,
przecież te nagrania mają w sobie tyle pierwotnego metalowego pierdolnięcia, że majtki spadają po same
kostki. Może i brzmi to wszystko nieco bardziej nowocześnie, ale i pod tym
względem facet siedzący za gałkami potrafił zachować wszelkie granice
przyzwoitości. Mamy tu jedenaście kawałków, i, wierzcie mi, żaden z nich ani
trochę nie odstaje od reszty, każdy powoduje natychmiastowy przypływ
adrenaliny, i każdy jest potencjalnym koncertowym killerem Wyśmienity album
nagrali nasi północni sąsiedzi. Takiego thrashu aż chce się słuchać. Indie
Recordings rzadko trafiają swoimi wydawnictwami w mój gust, ale tym razem zbili
mnie z planszy. Sprawdzajcie, bo warto!
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz