SAĦĦAR
„Migja ta Mohh Mignun”
Time To Kill Rec. 2026
Kurka wodna, już myślałem, że oto wyłowiłem jakiś
nieoszlifowany, w dodatku egzotyczny diament. Choć bardziej, precyzując, miałem
na to nadzieję. Zespół pochodzi z Malty, i już sama pisownia jego nazwy wydała
mi się intrygująca. Dodatkowo tytuł, bynajmniej nie po angielsku, ani w żadnym
innym znanym mi języku. Pewnikiem maltańskim. No i jeszcze info, że jest to
black metal. Ech, nie wiem, co sobie wyobrażałem, ale moje emocje szybko
opadły. Bo, po pierwsze, żadna to nowość na scenie. Odpowiedzialny za Sahhar
pan Marton tworzy pod rzeczonym szyldem już równe dwie dekady, i materiałów
zdążył wypuścić bez liku. Starczy wspomnieć, iż „Migja ta Mohh Mignun” to już
siódmy pełniak projektu. Dość długi, bowiem całość trwa, z bonusami, ponad
pięćdziesiąt minut. Szczerze, to mi styknęłaby wersja podstawowa, dziesięć
minut krótsza. Chyba dlatego, że płyta jest strasznie rozwleczona i cholernie nijaka.
Faktycznie, największą zawartość tego krążka stanowi black metal. Trochę
skandynawski, trochę grecki, taki w sumie misz masz w różnorodnej szybkości. Bo
raz wchodzimy na wysokie obroty (to rzadziej), by zaraz potem zwolnić, nierzadko
niemal do tempa spacerowego. Największą wadą tego blackmetalowego oblicza jest
jego banalność. Wszystkie riffy wychodzące spod palców muzyka są na wskroś
oklepane, nijakie, kompletnie nie wciągające, pozbawione agresji czy jakiejś
specjalnie jadowitej melodii. Żeby jeszcze klimat był, ale też nic mnie tu nie
jest w stanie oczarować. Zdaje mi się, że jest to takie granie dla grania, z
którego nic nie wynika, bo jednym uchem akordy wpadają, a drugim zaraz
wylatują, nie pozostawiając w środku kompletnie nic. W drugiej części albumu
muzyk jeszcze bardziej zwalnia, wchodząc (w „Ftakar Fija!”) w rejony
sludge’owe. I ponownie, harmonie jego pomysłu… nie są do końca harmoniami jego
pomysłu. Bo podobnych, nawet nie będąc przesadnym fanem gatunku, słyszałem od
cholery i jeszcze trochę. Można powiedzieć, że są to riffy podstawowe dla
każdego adepta, na zasadzie motywu z „Smoke on the water”. Jedyną ciekawą
rzeczą są tutaj deklamacje we wspomnianym maltańskim. Nawet jeśli nic z tego
nie rozumiem, to brzmią rzeczywiście dość rytualnie. No ale co z tego, skoro do
końca płyty mamy jeszcze trzy numery, i ciągną się one jak flaki z olejem. Nawet
brzmienie tych nagrań jest słabe. Stopy trykają w stylistyce thrashowej, a
gitary pozbawione są ciężaru / chłodu (niepotrzebne skreślić, w zależności, czy
chcielibyśmy bardziej po death czy blackmetalowemu). Jest to mizerne, i sam nie
wiem, czy muzyk chciał bardziej na surowo, czy może zapomniał swojego oręża
odpowiednio naostrzyć. Kompletnie nie podeszła mi ta płyta, i jeśli miałbym ją
komukolwiek polecić, to chyba jedynie poszukiwaczom geograficznych ciekawostek.
Straszna nuda.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz