niedziela, 17 maja 2026

Recenzja SAĦĦAR „Migja ta Mohh Mignun”

 

SAĦĦAR

„Migja ta Mohh Mignun”

Time To Kill Rec. 2026

Kurka wodna, już myślałem, że oto wyłowiłem jakiś nieoszlifowany, w dodatku egzotyczny diament. Choć bardziej, precyzując, miałem na to nadzieję. Zespół pochodzi z Malty, i już sama pisownia jego nazwy wydała mi się intrygująca. Dodatkowo tytuł, bynajmniej nie po angielsku, ani w żadnym innym znanym mi języku. Pewnikiem maltańskim. No i jeszcze info, że jest to black metal. Ech, nie wiem, co sobie wyobrażałem, ale moje emocje szybko opadły. Bo, po pierwsze, żadna to nowość na scenie. Odpowiedzialny za Sahhar pan Marton tworzy pod rzeczonym szyldem już równe dwie dekady, i materiałów zdążył wypuścić bez liku. Starczy wspomnieć, iż „Migja ta Mohh Mignun” to już siódmy pełniak projektu. Dość długi, bowiem całość trwa, z bonusami, ponad pięćdziesiąt minut. Szczerze, to mi styknęłaby wersja podstawowa, dziesięć minut krótsza. Chyba dlatego, że płyta  jest strasznie rozwleczona i cholernie nijaka. Faktycznie, największą zawartość tego krążka stanowi black metal. Trochę skandynawski, trochę grecki, taki w sumie misz masz w różnorodnej szybkości. Bo raz wchodzimy na wysokie obroty (to rzadziej), by zaraz potem zwolnić, nierzadko niemal do tempa spacerowego. Największą wadą tego blackmetalowego oblicza jest jego banalność. Wszystkie riffy wychodzące spod palców muzyka są na wskroś oklepane, nijakie, kompletnie nie wciągające, pozbawione agresji czy jakiejś specjalnie jadowitej melodii. Żeby jeszcze klimat był, ale też nic mnie tu nie jest w stanie oczarować. Zdaje mi się, że jest to takie granie dla grania, z którego nic nie wynika, bo jednym uchem akordy wpadają, a drugim zaraz wylatują, nie pozostawiając w środku kompletnie nic. W drugiej części albumu muzyk jeszcze bardziej zwalnia, wchodząc (w „Ftakar Fija!”) w rejony sludge’owe. I ponownie, harmonie jego pomysłu… nie są do końca harmoniami jego pomysłu. Bo podobnych, nawet nie będąc przesadnym fanem gatunku, słyszałem od cholery i jeszcze trochę. Można powiedzieć, że są to riffy podstawowe dla każdego adepta, na zasadzie motywu z „Smoke on the water”. Jedyną ciekawą rzeczą są tutaj deklamacje we wspomnianym maltańskim. Nawet jeśli nic z tego nie rozumiem, to brzmią rzeczywiście dość rytualnie. No ale co z tego, skoro do końca płyty mamy jeszcze trzy numery, i ciągną się one jak flaki z olejem. Nawet brzmienie tych nagrań jest słabe. Stopy trykają w stylistyce thrashowej, a gitary pozbawione są ciężaru / chłodu (niepotrzebne skreślić, w zależności, czy chcielibyśmy bardziej po death czy blackmetalowemu). Jest to mizerne, i sam nie wiem, czy muzyk chciał bardziej na surowo, czy może zapomniał swojego oręża odpowiednio naostrzyć. Kompletnie nie podeszła mi ta płyta, i jeśli miałbym ją komukolwiek polecić, to chyba jedynie poszukiwaczom geograficznych ciekawostek. Straszna nuda.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz