wtorek, 12 maja 2026

Recenzja Apollinarix „Misanthropic Transcendence”

 

Apollinarix

„Misanthropic Transcendence”

Morbid Chapel 2026

Co my tutaj mamy… Krąży w ręku złoty pieniądz… A nie, wróć. Wybrzmiewa w uszach amerykański death metal. Apollinarix pochodzą właśnie zza wielkiej wody, konkretnie z miasta nad słonym jeziorem, a grają tak, jak się u nich na kontynencie gra od dekad. I to na bardzo wysokim poziomie. Co uderza od samego początku, to niezwykle masywne brzmienie. Staroszkolne, lecz bardziej z rodzaju tych stuprocentowo selektywnych, dającym słuchaczowi możliwość dostrzeżenia każdego szczegółu. Zwłaszcza beczki brzmią tutaj mocarnie, a biorąc pod uwagę  naprawdę intensywną momentami pracę człowieka siedzącego za zestawem, będące prawdziwym, dobrze naoliwionym silnikiem tego Hummera. To, że Apollinarix nie są żółtodziobami słychać doskonale. Nie będę wymieniał projektów, w których panowie się udzielali (lub udzielają), bo żadne to supergwiazdy, ale niewątpliwie na poziom doświadczenia muzyków wpłynęły. Nie można powiedzieć, że pod nowym szyldem panowie odkrywają swój kontynent na nowo. Tego się zrobić nie da. Da się natomiast czerpać z klasyki, i składać nuty po swojemu. I to właśnie tutaj znajdziemy. Weźmy sobie na warsztat Deicide, Malevolent Creation, Monstrosity i, powiedzmy, Dying Fetus. Zblendujmy, wybierając co lepszej jakości składniki pod tytułem agresywne riffy wagi ciężkiej, oszczędne solówki, głęboko mruczący growl, kapka chwytliwości, ale bez przesadnej melodyki i… koktajl gotowy? Prawie. Bo Apollinarix, zwłaszcza w drugiej części „Misanthropic Transcendence” dokładają kapkę blackmetalowych tremolo i fragmentów spokojniejszych, bardziej klimatycznych. Z jednaj strony czyni to ich muzykę bardziej zróżnicowaną, z drugiej jednak, bardziej podoba mi się kiedy po prostu napierdalają po staroszkolnemu. Na szczęście tego drugiego jest tu nieporównywalnie więcej, a że kompozycje Jankesów momentami aż kipią energią, i co rusz walą z liścia konkretnym akordem, to i trup ściele się gęsto, i ratunku znikąd nie widać. Zresztą trzeba przyznać, że kalejdoskop tempa jest tutaj naprawdę szeroki, ale czy to powolnie, kafarem, czy na blaście, Apollinarix sztukę zabijania opanowali na poziomie uniwersyteckim. Zatem… „American death metal, anyone?”. Proszę się częstować, gwarantuję, że nikomu na żołądku nie stanie.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz