Foetorem
“Incongruous Forms of
Evergrowing Rot”
Everlasting Spew Rec. 2026
Już wieki temu pewien literacki wieszcz głosił, że
„There’s something rotten in the state of Demnark”. Podobnie sygnalizowali
pijacy z Illdisposed, niemal trzy dekady wstecz. I chyba faktycznie, coś w tym
musi być, bo oto fetor właśnie rozlał się z pełną siłą osobliwego wręcz
wszechogarniającego gnicia. Dokładnie takiego, jakie lubię najbardziej. Z
jednaj strony masywnego, miażdżącego przewalającymi się z gracją słonia
riffami, z drugiej lekko objechanego w kierunku eksperymentalnym. Choć to może
za duże słowo, ale ciężko zaprzeczyć, że są na tym albumie momenty bardzo mocno
kojarzące się z pewnym zespołem z Australii, którego nazwę pisało się przez
małe „d”. Foetorem w sposób godny starego wyjadacza wplatają te lekko
narkotyczne inspiracje w swoje uderzające z całym harmonie. A że Duńczycy mają
ogromne wyczucie, nie przesadzając z żadnym składnikiem na tyle, by zarzucić im
kopiowanie kogokolwiek, i do tego pisanie staroszkolnych riffów przychodzi im z
dziecinną łatwością, to w sposób bardzo naturalny budują na swoim albumie
atmosferę gęstą niczym smoła. Zwłaszcza w tych najwolniejszych, doomowych
partiach trudno oddychać, a dźwięki zdają się nas zalewać ze wszystkich stron.
Żebyśmy się jednak nie podusili, co jakiś czas otwierany jest lufcik pod
tytułem „staroszkolny death metal do machania łbem”, a wtedy można, a nawet
trzeba, dać upust nagromadzonej w naszym wnętrzu energii. W innych miejscach
wystawieni jesteśmy na intensywne gradobicie w klimacie Dead Congregation,
Cruciamentum, czy Grave Miasma, i tutaj już miejsca na ucieczkę nie ma. Dzięki
takiej żonglerce, kompozycje na „Incongruous Forms of Evergrowing Rot” co
chwilę czymś zaskakują, nie pozwalając przy tym, byśmy choć na chwilę
zapomnieli o śmierci i czekającym nasze truchła rozkładzie (o czym zresztą
dobitnie przypomina krótkie interludium, gdzieś w połowie albumu). Wokalnie
fajerwerków tu nie znajdziecie. To znaczy, owszem, mamy odpowiednio głęboki,
zaflegmiony growl, pozbawiony jednak jakichkolwiek odstępstw od reguły. I chyba
w tym przypadku nie są one nikomu do niczego potrzebne. Ostatnim elementem tej
układanki jest organiczne, nawet bagienne, brzmienie, dopełniające obrazu całkowitego
rozkładu. Katakumbowe gitary doskonale uzupełniają się z wyraźnie słyszalnym
basem, którego partie nie są jedynie buczącym tłem, a chwilami wychylają się
nawet do przodu w lekko djentowym stylu. Beczki chodzą fantastycznie, a jeśli
dobrze się wsłuchamy, to są tu momenty bardziej techniczne, niż by się
podejrzewało. Podsumowując, te czterdzieści minut to najwyższa półka death/doom
metalowego rzemiosła, płyta do obowiązkowego odsłuchu, zwłaszcza dla maniaków
gatunku, a dla mnie zakup obowiązkowy przy najbliższej okazji. Lepszy debiut
ciężko sobie wyobrazić.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz