czwartek, 26 marca 2026

Recenzja Foetorem “Incongruous Forms of Evergrowing Rot”

 

Foetorem

“Incongruous Forms of Evergrowing Rot”

Everlasting Spew Rec. 2026

 


Już wieki temu pewien literacki wieszcz głosił, że „There’s something rotten in the state of Demnark”. Podobnie sygnalizowali pijacy z Illdisposed, niemal trzy dekady wstecz. I chyba faktycznie, coś w tym musi być, bo oto fetor właśnie rozlał się z pełną siłą osobliwego wręcz wszechogarniającego gnicia. Dokładnie takiego, jakie lubię najbardziej. Z jednaj strony masywnego, miażdżącego przewalającymi się z gracją słonia riffami, z drugiej lekko objechanego w kierunku eksperymentalnym. Choć to może za duże słowo, ale ciężko zaprzeczyć, że są na tym albumie momenty bardzo mocno kojarzące się z pewnym zespołem z Australii, którego nazwę pisało się przez małe „d”. Foetorem w sposób godny starego wyjadacza wplatają te lekko narkotyczne inspiracje w swoje uderzające z całym harmonie. A że Duńczycy mają ogromne wyczucie, nie przesadzając z żadnym składnikiem na tyle, by zarzucić im kopiowanie kogokolwiek, i do tego pisanie staroszkolnych riffów przychodzi im z dziecinną łatwością, to w sposób bardzo naturalny budują na swoim albumie atmosferę gęstą niczym smoła. Zwłaszcza w tych najwolniejszych, doomowych partiach trudno oddychać, a dźwięki zdają się nas zalewać ze wszystkich stron. Żebyśmy się jednak nie podusili, co jakiś czas otwierany jest lufcik pod tytułem „staroszkolny death metal do machania łbem”, a wtedy można, a nawet trzeba, dać upust nagromadzonej w naszym wnętrzu energii. W innych miejscach wystawieni jesteśmy na intensywne gradobicie w klimacie Dead Congregation, Cruciamentum, czy Grave Miasma, i tutaj już miejsca na ucieczkę nie ma. Dzięki takiej żonglerce, kompozycje na „Incongruous Forms of Evergrowing Rot” co chwilę czymś zaskakują, nie pozwalając przy tym, byśmy choć na chwilę zapomnieli o śmierci i czekającym nasze truchła rozkładzie (o czym zresztą dobitnie przypomina krótkie interludium, gdzieś w połowie albumu). Wokalnie fajerwerków tu nie znajdziecie. To znaczy, owszem, mamy odpowiednio głęboki, zaflegmiony growl, pozbawiony jednak jakichkolwiek odstępstw od reguły. I chyba w tym przypadku nie są one nikomu do niczego potrzebne. Ostatnim elementem tej układanki jest organiczne, nawet bagienne, brzmienie, dopełniające obrazu całkowitego rozkładu. Katakumbowe gitary doskonale uzupełniają się z wyraźnie słyszalnym basem, którego partie nie są jedynie buczącym tłem, a chwilami wychylają się nawet do przodu w lekko djentowym stylu. Beczki chodzą fantastycznie, a jeśli dobrze się wsłuchamy, to są tu momenty bardziej techniczne, niż by się podejrzewało. Podsumowując, te czterdzieści minut to najwyższa półka death/doom metalowego rzemiosła, płyta do obowiązkowego odsłuchu, zwłaszcza dla maniaków gatunku, a dla mnie zakup obowiązkowy przy najbliższej okazji. Lepszy debiut ciężko sobie wyobrazić.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz