czwartek, 19 marca 2026

Recenzja Doodswens „Doodswens”

 

Doodswens

„Doodswens”

Svart Rec. 2026

 


Zespół, którego nazwę można przetłumaczyć na nasze jako „Życzenie Śmierci”, pochodzi z Holandii, a samozatytułowany krążek, którym delektuję się od dobrych dwóch tygodni, jest ich drugim w biografii pełniakiem. Jedynki nie znam, ale po tym, co to trio prezentuje na najnowszym wydawnictwie, czuję pilną potrzebę nadrobienia zaległości. Zacznijmy od tego, że Doodswens to black metal. I to black metal jak za starych, dobrych lat. Dodatkowo z gatunku tych, którym nie przykleja się od razu bezpośredniej łatki w temacie inspiracji, bo nawet jeśli zespół czerpie garściami ze spuścizny lat dziewięćdziesiątych, to wszelkie najlepsze wzorce przekuwa bezpośrednio na swój sposób. Nie będę ściemniał, i od razu na początku powiem, że jestem pod wielkim wrażeniem tego, co dzieje się na tej płycie w sferze wokalnej. Nie, nie dlatego, że spotykamy się z awangardowym sposobem operowania głosem, ale dlatego, że za krzyki na albumie tym odpowiada pani. A wiecie, że u mnie w tym temacie, to letko nie ma. Co ciekawe, kiedy się wsłuchać, to faktycznie można dostrzec ową kobiecą manierę, lecz w przypadku Inge (która zresztą w zespole również bębni, także podczas występów na żywo) chropowatość i moc strun głosowych porównać można do naszych rodzimych dziewczyn, JRMR czy Hekte Zaren. Ma kobitka zdrowie, trzeba przyznać. Wracając do muzyki, twórczość Dooswens zdecydowanie odzwierciedla to, co działo się na scenie północnej w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Nie jest to co prawda totalna surowizna brzmieniowa, jednak słychać, że prawidła starej szkoły także tutaj zostały zachowane. Same melodie są zadziorne, chłodne niczym styczniowy wiatr od morza, oparte raczej na niewyszukanych akordach, jednocześnie nie pozbawione chwytliwości czy doskonale wyważonej melodii. Pod tym względem najbardziej wpadającym w ucho jest chyba drugi na płycie „Verrot”, z wgryzającym się w głowę „refrenem”. Pod względem tempa mamy tutaj spory rozstrzał, od nieco bardziej nastrojowego „She Carries the Curse”, przez prędkości średnie, po rytmy konkretniejsze (acz do klasycznych blastów nie dochodzące). Muzycy zdecydowanie bardziej stawiają jednak na zimowy klimat swoich kompozycji niż bicie jakichś rekordów, czy zawijanie i łamanie aranży dla samej zasady. Tutaj niejednokrotnie większą krzywdę wyrządzają zapętlone harmonie, kłujące niczym napierający z naprzeciwka blizzard, pokazujące prawdziwą siłę black metalu, bezkompromisowego (bo nawet pospolitych „przeszkadzajek” na „Doodswens” nie znajdziemy. No chyba, że ktoś za takową nazwie akustyczny wstęp do „These Wounds Never Healed”), pierwotnego i oddanego Diabłu. Zanim w ogóle siadłem, by napisać o „Doodswens” kilka słów, wracałem do tej płyty wiele razy. Choćby dlatego, żeby sprawdzić, czy mój entuzjazm nie jest aby przesadzony. Nie jest. Panowie, i pani, nagrali naprawdę wyśmienity blackmetalowy (ileż to razy te słowa padły w powyższym tekście?) krążek, który jak się wkręci w głowę, to nie ma zlituj. Ode mnie najwyższa rekomendacja.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz