Doodswens
„Doodswens”
Svart
Rec. 2026
Zespół, którego nazwę można przetłumaczyć na nasze
jako „Życzenie Śmierci”, pochodzi z Holandii, a samozatytułowany krążek, którym
delektuję się od dobrych dwóch tygodni, jest ich drugim w biografii pełniakiem.
Jedynki nie znam, ale po tym, co to trio prezentuje na najnowszym wydawnictwie,
czuję pilną potrzebę nadrobienia zaległości. Zacznijmy od tego, że Doodswens to
black metal. I to black metal jak za starych, dobrych lat. Dodatkowo z gatunku
tych, którym nie przykleja się od razu bezpośredniej łatki w temacie
inspiracji, bo nawet jeśli zespół czerpie garściami ze spuścizny lat
dziewięćdziesiątych, to wszelkie najlepsze wzorce przekuwa bezpośrednio na swój
sposób. Nie będę ściemniał, i od razu na początku powiem, że jestem pod wielkim
wrażeniem tego, co dzieje się na tej płycie w sferze wokalnej. Nie, nie
dlatego, że spotykamy się z awangardowym sposobem operowania głosem, ale
dlatego, że za krzyki na albumie tym odpowiada pani. A wiecie, że u mnie w tym
temacie, to letko nie ma. Co ciekawe, kiedy się wsłuchać, to faktycznie można
dostrzec ową kobiecą manierę, lecz w przypadku Inge (która zresztą w zespole
również bębni, także podczas występów na żywo) chropowatość i moc strun
głosowych porównać można do naszych rodzimych dziewczyn, JRMR czy Hekte Zaren.
Ma kobitka zdrowie, trzeba przyznać. Wracając do muzyki, twórczość Dooswens
zdecydowanie odzwierciedla to, co działo się na scenie północnej w pierwszej
połowie lat dziewięćdziesiątych. Nie jest to co prawda totalna surowizna
brzmieniowa, jednak słychać, że prawidła starej szkoły także tutaj zostały
zachowane. Same melodie są zadziorne, chłodne niczym styczniowy wiatr od morza,
oparte raczej na niewyszukanych akordach, jednocześnie nie pozbawione
chwytliwości czy doskonale wyważonej melodii. Pod tym względem najbardziej
wpadającym w ucho jest chyba drugi na płycie „Verrot”, z wgryzającym się w
głowę „refrenem”. Pod względem tempa mamy tutaj spory rozstrzał, od nieco
bardziej nastrojowego „She Carries the Curse”, przez prędkości średnie, po rytmy
konkretniejsze (acz do klasycznych blastów nie dochodzące). Muzycy zdecydowanie
bardziej stawiają jednak na zimowy klimat swoich kompozycji niż bicie jakichś
rekordów, czy zawijanie i łamanie aranży dla samej zasady. Tutaj niejednokrotnie
większą krzywdę wyrządzają zapętlone harmonie, kłujące niczym napierający z
naprzeciwka blizzard, pokazujące prawdziwą siłę black metalu, bezkompromisowego
(bo nawet pospolitych „przeszkadzajek” na „Doodswens” nie znajdziemy. No chyba,
że ktoś za takową nazwie akustyczny wstęp do „These Wounds Never Healed”),
pierwotnego i oddanego Diabłu. Zanim w ogóle siadłem, by napisać o „Doodswens”
kilka słów, wracałem do tej płyty wiele razy. Choćby dlatego, żeby sprawdzić,
czy mój entuzjazm nie jest aby przesadzony. Nie jest. Panowie, i pani, nagrali
naprawdę wyśmienity blackmetalowy (ileż to razy te słowa padły w powyższym
tekście?) krążek, który jak się wkręci w głowę, to nie ma zlituj. Ode mnie
najwyższa rekomendacja.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz