piątek, 13 marca 2026

Recenzja Candarian „Trepanación”

 

Candarian

„Trepanación”

Memento Mori/Me Saco Un Ojo (2026)

 


W ostatnich latach Kostaryka wypluła w świat kilka bardzo wartościowych, death metalowych tworów, by wymienić choćby Astriferous, Bloodsoaked Necrovoid czy Corpse Garden. Pochodzący ze stolicy tego kraju Candarian śmiało można dopisać do tej listy. Kwartet, w którego składzie znajdują się m.in. Felipe Tencio i Chris G. De Haan (obaj ex-Corpse Garden) oraz Jose Pablo Philips (Astroferous) uzupełnieni przez mniej rozpoznawanego perkusistę Pablo Umanę właśnie debiutują w barwach Memento Mori i Me Saco Un Ojo (odpowiedzialni za wydanie – odpowiednio – CD i LP) albumem „Trepanación”. Tym razem Kostarykańczycy postawili na klasyczny do bólu, chamski, amerykański, naładowany groovem death metal z pierwszej połowy lat 90. Jeśli lubicie Obituary, bardzo wczesny Cannibal Corpse, Baphomet czy Deteriorate to wiecie czego można się spodziewać, przynajmniej w punkcie wyjścia. Płyta przynosi siedem kompozycji operujących na ogranych do bólu, ale jakże kochanych schematach, pełnych mięsistych gitar, organicznej perkusji, klasycznego, głębokiego growlingu i chaotycznych solówek. Candarian łupie i gniecie w każdej sekundzie robiąc to bardzo skutecznie. Można odnieść wrażenie, że jest to muzyka prosta i grubo ciosana, ale nie trzeba poświęcić temu materiałowi dużo czasu, żeby odkryć, że jest to tylko wrażenie. Oczywiście, o żadnym technicznym death metalu mowy tu nie ma, ale nawet mniej wyrobione ucho wyłapie, zwłaszcza w pracy sekcji rytmicznej fajne przełamywanie rytmu, zadziorny i zauważalny bas i wcale nie takie schematyczne partie garów. Momentami Candarian brzmi jak odrobinę mniej zdziczała, ale i bardziej rozbudowana inkarnacja Torture Rack. Albo bardziej mięsiste Gutless. Tutaj trzeba wyraźnie podkreślić, że momentami te kawałki potrafią być naprawdę fajnie rozbudowane. Co prawda ani na chwilę nie opuszczają one deathmetalowego kondominium, ale zdecydowanie jest tu na czy ucha zawiesić. Klasycznie deathmetalowy cover zdobiący to wydawnictwo doskonale oddaje jego treść – krwisty, skuteczny, tłuściutki metal śmierci, który niczego nikomu nie usiłuje udowodnić. Oczywiście ten album nie zawojuje żadnej, końcoworocznej listy, ale to kawał dobrego grania i fani gatunku mogą brać ten materiał w ciemno. Polecam!

                                                                                                                        Harlequin




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz