poniedziałek, 30 marca 2026

Recenzja Ordh „Blind In Abyssal Realms”

 

Ordh

„Blind In Abyssal Realms”

Pulverised Record (2026)

 


Gdy zobaczyłem okładkę zdobiącą premierowy pełniak pochodzącego z Vermont zespołu Ordh pomyślałem sobie, że ktoś wypuszcza reedkę naszych krajan z Clairvoyance. Okładka autorstwa Paolo Girardiego, kolorystyka, tematyka – można się pomylić. Po przesłuchaniu „Blind In Abyssal Realms” nie mam wątpliwości, że ekipy z północnego wschodu USA z Clairvoyance nie pomylimy i w ogóle bardzo ciężko będzie ich pomylić z kimkolwiek. Mamy tu bowiem do czynienia z materiałem w pewnym sensie wyjątkowym, bo choć omawiane tu wydawnictwo jak najbardziej wpisuje się w deathmetalowy kanon, to dość szybko przestało mi towarzyszyć poczucie, że słucham  swojego ulubionego nurtu. Misternie klecony w domowych i garażowych pieleszach przez kilka debiut Ordh to progrock, czy progmetal, który tak naprawdę zbieżność z metalem śmierci osiąga w warstwie wokalnej. Od wyraźnie długiego czasu przedrostek „prog” jest być antyreklamą i znakiem ostrzegawczym przed odsłuchem jakiejkolwiek płyty, ale w tym przypadku zdecydowanie warto sięgnąć po rezultat tej sesji nagraniowej. Muzycy Ordh absolutnie cudownie operują przestrzenią, niespiesznie, często transowo. Rozmarzone, ale nie przesłodzone partie gitar rozpuszczają się na tle skromnych partii akustycznych i delikatnie plumkających, ale chirurgicznie precyzyjnych mini-riffów, które kreują muzyczny świat tej płyty. Jet on namacalnie piękny, oniryczny, czasem niepokojący, ale trudno mi znaleźć jakieś porównania i zerojedynkowe punty odniesienia, żeby zobrazować i opisać to co tutaj usłyszałem. Z jednej strony cisną się tu na usta nazwy takie jak Morbus Chron (z okresu drugiego albumu), Edge Of Sanity czy Apophis, a zarazem jest tu coś ze starożytnego mistycyzmu Sandersa, dziwnego niedopowiedzenia Timeghoul i postrockowego malowania piachem. Ponad wszystko ciśnie się jednak camelowa subtelność, która bierze górę nad skandynawską melodyką i sporadycznymi, morbidowymi zwolnieniami. Te deathmetalowe porównania ą tutaj raczej odzwierciedlone w wibracjach, podświadomym odbiorze niż w czysto dźwiękowym przełożeniu. Tego drugiego jest tutaj bardzo mało. Nawet w najszybszych partiach muzyka dalek ajest tu od brutalności. Można chwilowo dać się uśpić „Blind I Abyssal Realms”, ale w całej swojej subtelności jest to niesamowicie wciągający i angażujący materiał, który stoi pomysłami i inwencją twórczą. Na pewno znajdą się tacy, którzy będą zarzucać tej płycie miękkość, melodie i tym podobne, ale stoi ona pomysłami i tożsamością. To nie będzie materiał dla każdego i nie będzie to wydawnictwo do słuchania na każdą okazję. Ale gwarantuję, że jeśli ktoś nie boi się odejść od deathmetalowego, a może i po prostu metalowego paradygmatu i ma ochotę się zmierzyć z oryginalną i po prostu ciekawą wizją progresywnego death metalu to szczerze polecam. To nie brzmi jak Blood Incantation, to nie brzmi jak Cryptic Shift, nie brzmi jak Opeth, nie brzmi jak Timeghoul, nie brzmi jak Orphaned Land, nie brzmi jak szereg tech/prog/deathowych gówien z wypolerowaną jak psie jaj produkcją. To jest kurwa naprawdę w chuj dobre.

                                                                                          Harlequin




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz