Via
Doloris
„Guerre
et Paix”
Season
of Mist 2026
Za
nazwą Via Doloris stoi Gildas Le Pape, który swego czasu udzielał się jako
muzyk sesyjny i koncertowy w Satyricon. Niebawem, bo dwudziestego marca, ukaże
się jego debiutancka płyta. „Guerre et Paix” to siedem kawałków black metalu,
pod który bębny podłożył sam Frost, ale nie wydaje mi się, żeby to jakoś
znacząco wpłynęło na efekt końcowy. To wygładzony black metal, w którym
mieszają się norweskie wpływy, folkowe odloty i dysonansowe plecionki. Mknie to
w zmiennych tempach, na przemian racząc zimnymi blizzardami, nieco ckliwą
cepelią, odrobinę dusznymi, atonalnymi akordami oraz melancholijnymi
wyciszaczami. Dźwiękowy pejzaż, wypełniony pogańskim klimatem,
północnoeuropejskim romantyzmem, który okresowo zamienia się w siarczystą
diabelszczyznę. Fuzja kilku ujęć, która momentami całkiem nieźle żre i zsyła
sporo mrocznej aury. Niestety zbyt duży wachlarz inspiracji, jak na mój gust,
totalnie rozmywa ten materiał. Nie wiem, czy połączenie złowrogich riffów,
subtelnych zagrywek, wikińskiej atmosfery w stylu Bathory i epickich harmonii w
tym przypadku jest do końca spójne. Słuchając tego krążka, tak naprawdę
musiałem się chwilami zastanowić z czym w ogóle mam do czynienia. Czy z
mizantropijną norweszczyzną, czy z pogańskimi bujankami, czy może z francusko
brzmiącym modernizmem. Via Doloris, korzystając z dorobku nordyckiego i nie
tylko, black metalu, upchnął na „Guerra et Paix” sporą ilość zabiegów, które
pozwoliły stworzyć dzieło, zbudowane na kontrastach. Niektóre z umieszczonych
tu rozwiązań robią wrażenie, aby za chwilę spowodować, pojawienie się nad
głową znaku zapytania. Trochę mroku, odrobina introspekcji, momentami
agresywnie, momentami sentymentalnie. Jak dla mnie zbyt duży miszmasz, ale
sprawdźcie, nie zaszkodzi i może wam się bardziej spodoba.
shub
niggurath
Via Doloris to projekt pomysłu Gildasa Le Pape,
Francuza, który to swego czasu uzupełniał skład koncertowy Satyricon. Facet na
co dzień zaangażowany jest muzycznie bardziej w jazz, ale widać ciągnęło wilka
do lasu, bowiem postanowił podłubać gdzieś na boku, i wydać swoje osobiste
blackmetalowe opus magnum. No cóż, takie historie często mnie śmieszą, ale w
tym przypadku wyszedł facetowi naprawdę solidny krążek. Dość zróżnicowany, i na
pewno nie nudny. Co prawda, i wspomnę o tym już na samym początku, brzmieniowo
zdecydowanie bliżej tutaj do mainstreamu niż do piwnicy, bo wszystko jest mocno
wygładzone, a poszczególne instrumenty solennie wyeksponowane, ale nagrania te
nie są raczej skierowane do mieszkańców najgłębszego undergroundu. A że ja też
czasem lubię z nory łeb wyściubić i posłuchać czegoś bardziej „przystępnego”,
to sobie z „Guerre et Paix” (po naszemu „Wojna i Pokój”) kilka okrążeń
zrobiłem. Jak już przetłumaczyłem tytuł na nasze, to wspomnę jeszcze, że teksty
na tym krążku napisane są w trzech językach, po francusku, angielsku i
norwesku. Na pewno nie brak tutaj ciekawych kompozycji, i to o bardzo szerokim
spektrum. Jest na przykład mocno Satyriconowy otwieracz pod postacią
„Communion” (w sumie chyba najlepszy numer na płycie, bo najagresywniejszy),
jest zdecydowanie wolniejszy, zawierający kapkę folkowych dodatków
„Omnipresents”, marszowy „Ultime Tourment”, w którym chwilami nieco zajeżdża
Bathory (choć nie tylko tu), czy bardziej melodyjny, też na folkową nutę,
dwuczęściowy „Visdommens Vei I / II”. Słychać, że facet talent do aranżacji ma,
bo próżno szukać w tych siedmiu numerach mielizn. Zwłaszcza pod względem instrumentalnym,
co oczywiste, jeśli weźmiemy pod uwagę, iż Francuza przy pracy wspomógł sam
Frost. No i bębny tutaj to czyste złoto, a Norwegowi należą się osobne oklaski.
Jeśli lubicie współczesny black metal pokroju Enslaved, Moonsorrow czy przede
wszystkim Satyricon, i chcecie sprawdzić, czy były gitarnik tych ostatnich
solowo daje radę, to premiera „Guerre et Paix” już niedługo. Natomiast
ortodoksi mogą sobie odpuścić, bo dla nich będzie tu za sterylnie, za
tanecznie, i zbyt komercyjnie.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz