niedziela, 22 marca 2026

Recenzja Ildfar „Der ligger et land”

 

Ildfar

„Der ligger et land”

Purity Through Fire 2026

Nie wiem, jak było wcześniej, bo nigdy Ildfar nie wpadł do mojego odtwarzacza, ale najnowszy, czwarty już album tego solowego projektu, to różnorodna muzyka. Całość obraca się oczywiście w black metalowych ramach, które w poszczególnych aranżacjach ten zdolny Norweg, przedstawia w odmiennych ujęciach. Część utworów, to coś, co można przyrównać do twórczości Fenriza pod szyldem Isengard. Są to kawałki, w których Ildfar łączy folkowe czy też pogańskie melodie z zadzierżystymi riffami, stosując również zmienne wokale, złowrogo warcząc i śpiewając czystym, zalatującym epickością głosem. Kolejną grupę kompozycji stanowią te, które odlatują nieco od poprzedniego kanonu, koncentrując się, na ocierającej się o blackgaze ścianie dźwięków. To spokojne, pływające akordy, które mieszają się z tradycyjnymi tremolo, kreując wraz z niemalże gotyckimi wokalizami, melancholijną i depresyjną atmosferę, mocno zalatując manierami Varga. Obydwa, równolegle funkcjonujące na „Der ligger et land” podejścia do diabelszczyzny, korzystają z dobrodziejstw gatunku, co słychać w zimnym i ziarnistym brzmieniu, użytych formach kostkowania i mizantropijnym wydźwięku całości. Na przemian raczą agresywnym riffowaniem, nastrojowymi tremolando i podniosłymi, wikińskimi harmoniami. To do szpiku kości przesiąknięty nordycką tradycją krążek, z którego w każdym momencie jego trwania, sączy się skandynawska nostalgia, ból, gorycz i wściekłość. Muzyka płynie tutaj w stonowanym tempie, kreśląc hipnotyczne i podszyte mistycyzmem nuty. Wyprodukowana w brudny, bliski garażowemu sposób, w którym obecny szum, odgrywa niewątpliwie znaczącą rolę. Mnie jednak na „Der ligger et land” razi trochę dualizm, co wskazuje na niezdecydowanie ildfar w jakim kierunku ma iść. Czy podążać ścieżką wytyczoną przez Isengard i Burzum, czy uderzać we współczesne, rozmywające black metal tony.

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz