poniedziałek, 30 marca 2026

Recenzja Cenotafio “La escisión acausal: Por la vía inversa hacia la descarnación”

 

Cenotafio

“La escisión acausal: Por la vía inversa hacia la descarnación”

Demoniac Prod. 2026

“La escisión acausal: Por la vía inversa hacia la descarnación” to już trzeci album tego chilijskiego hordu. Panowie na scenie aktywni są od ponad dziesięciu lat, ale u nas w kraju jakby o nich cicho. Za cicho, jeśli weźmiemy pod uwagę to, co ten duet tworzy. A tworzy muzę na gęsto Potężny amalgamat death i black metalu, na najwyższym zresztą poziomie. Może od razu sypnę kilkoma nazwami, żebyście wiedzieli, w którą stronę myśli kierować. Grave Miasma, Dead Congregation, Teitanblood, Incantation… Paniali? No to bardzo dobrze. Żeby ktoś czasem nie pomyślał, że to popierdułka jakaś. W tych klimatach Panna Kostuszanka zapewne czuje się wyśmienicie, bowiem plony z tego poletka są wyjątkowo obfite. Przede wszystkim, dźwięki tworzone przez Cenotafio to parująca smoła, opary siarki i wszechobecne zgliszcza. Pomijając już samo brzmienie, które jest bardziej organiczne, niż kompostownik u mojego, zmarłego już, dziadka na ogródku, kompozycje, w liczbie sześciu, to jedna wielka lawina przytłaczających, miażdżących riffów. Zazwyczaj zagranych w tempie pośrednim, z naciskiem na tonaż, bynajmniej nie chwytliwość, momentami, a są to momenty całkiem częste, rozpędzających tą machinę zniszczenia do prędkości huraganu, zamiatającego wszystko na swojej drodze z dziecinną łatwością, pozostawiającego po sobie jedynie ruiny i porozrzucane szczątki. Wiele na tym krążku momentów tak intensywnych, że można zapomnieć oddychać, a kiedy zdaje się, że mamy wokół siebie apogeum żywiołu, panowie podrzucają do kotła jeszcze kilka dodatkowych łopat węgla. Chwilowe zwolnienia są wyjątkowo zdradliwe, i każdy, kto uwierzy, że zazna chwili spokoju, bardzo szybko wszelkich złudzeń jest brutalnie pozbawiany. Jednocześnie muzyka Cenotafio nie jest typową ścianą dźwięku, w której należy doszukiwać się harmonii. One tutaj są bardzo wyraźne, jednocześnie niesamowicie skomasowane i zbite w niezniszczalny monolit. Dodatkowo scementowany bulgoczącym, stosowanym bardziej jako dodatkowy instrument, wokalem, wypluwającym liryki z manierą topielca w głębokiej studni. Całość trwa czterdzieści dwie minuty, i jest to chyba dawka wystarczająca, by żywy stąd nie wyszedł nikt. Jak znacie Cenotafio, to i tak po tę płytę sięgniecie. Bez obaw, to już sprawdzona marka. Jeśli natomiast nazwa ta jest wam do dziś nieznana, to nadrobienie zaległości uważam za sprawę obowiązkową. Zwłaszcza jeśli wymienione wcześniej nazwy leża w kręgu waszych muzycznych zainteresowań.

- jesusatan




 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz