Infrahumano
„Depths of Suffering”
Lavadome Prod. 2025
Dziś mała wycieczka do roku ubiegłego. W
październiku ukazał się bowiem drugi duży krążek Infrahumano, jednak wydawca
nieco zaspał, i materiał ten wyciągnąłem ze skrzynki pocztowej dopiero kilka
dni temu. Skoro jednak płyta do mnie
dotarła, to wypadało rzucić uchem, co nie? Zespół pochodzi z Galicji, ale
gdybym o tym nie wiedział, zapewne celowałbym gdzieś za ocean. Najbardziej
chyba do Baltimore, skąd chorobę rozsiewa Umierający Płód, ewentualnie na Nowy
York, miasto filarów śmierć metalu, czyli Uduszenia, tudzież Samospalenia. Heh,
tak sobie kiedyś gaworzyliśmy z ziomkami, co, jeśli to język polski byłby
wiodącym na świecie, i z szyldami pokroju „Nieświęte Jebanie Kozy” bylibyśmy za
pan brat. Ciężko byłoby utrzymać powagę słuchając takich płyt. No ale wracając
do meritum… „Głębiny Cierpienia” to niecałe czterdzieści minut w dziewięciu
odsłonach. Odsłonach brzmiących, jak wspomniałem, na wskroś amerykańsko. Przede
wszystkim sporo na tym albumie momentów „mielonych”, z mocarnym riffem, kilkukrotnie
powtarzanym, tworzącym wrażenie jak byśmy byli wbijani w ziemię przy pomocy
spadającego na łeb kafara. Sporo też bardziej technicznych zagrywek w nieco
Vignowym stylu, acz niekoniecznie takich bezpośrednich, jak to się zdarza w
wielu przypadkach. Ta Immolationowa nuta jest w tym przypadku nieco
przypudrowana, albo może trochę schowana w tle. No i bardzo dużo tu ciężaru,
pod tytułem „cios boksera wagi ciężkiej”. Te elementy zmieszane razem w jedną
masę tworzą naprawdę mocarny ładunek wybuchowy. Skonstruowany może i metodą
chałupniczą, jednak równie groźny, co obecna na polu walki od dawien dawna mina
przeciwpiechotna, po stanięciu na której nie da się już chodzić piechotą.
Hiszpanie chyba niezbyt mają na uwadze oryginalność. Choć, w sumie wymienione
przeze mnie wcześniej, słyszalne inspiracje, są tu faktycznie obecne, to
bardziej na zasadzie lekkich porównań, a nie znaków równości. Chodzi mi o to,
że Infrahumano nie tworzą metodą kopiuj / wklej, lecz starają się owe wzorce
odegrać na swój własny sposób. I chyba w tym największa zaleta „Depths of
Suffering”. To staroszkolny death metal, odświeżony (chuj z tym, że po raz
tysięczny) na własny sposób. Z zachowaniem wszelkich odstawowych wytycznych
(wokale, brzmienie), ale jednak po swojemu, I, co najważniejsze, na wysokim
poziomie. Tego typu płyty nie wymagają dogłębnej analizy. O nich mówi się albo,
że zadanie wykonane zostało dobrze, albo zostało spisane od kolegi, albo uczeń
napisał bzdury i totalnie się pogubił, tudzież nie zrozumiał. Infrahumano
zrozumieli bardzo dobrze, i do swoich nagrań się przyłożyli. Nawet jeśli ten
album to nic powalającego, to jest a tyle dobry, że warto dać mu szansę.
Światowego poziomu na pewno nie zaniża.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz