Ain Sof Aur
“Theos-Vel-Samael”
I, Voidhanger Rec. 2026
Ciekaw jestem ile z was słyszało dotychczas o Ain
Sof Aur. A zespół to wcale nie młody, bowiem swoją obecność na scenie zgłosił
już równe dwie dekady temu. Co prawda panowie do najbardziej pracowitych nie
należą, bo w przeciągu tych dwóch dekad dorobili się zaledwie trzech demówek,
splitu, i trzech materiałów pełnowymiarowych, z których to najnowszy właśnie
dziś na tapecie. Jeśli powiem wam, że zespół pochodzi z Brazylii, i gra death /
black metal, to bankowo pomyślicie o czymś kompletnie innym, niż na tej płycie
znajdziecie. Nie, nie ma tu powiązań z Sarcofago, Sepulturą czy innym Volcano.
Choćby z tego powodu, że Ain Sof Aur grają stosunkowo powoli. Przynajmniej
przez zdecydowaną większość czasu. Panowie starannie budują napięcie, tworząc
mistyczną, czy wręcz okultystyczną atmosferę swoich kompozycji, uciekając się
do pokombinowanych akordów, często na zasadzie rzeźbienia nieco w stylu
francuskim przy akompaniamencie powolnie wybrzmiewającym dźwięku drugiej
gitary. Turpistycznego nastroju dodają też umiejętnie dawkowane klawisze,
stosowane miejscowo, w sposób bardzo oldskulowy. Biorąc pod uwagę, że
kompozycje na „Theos-Vel-Samael” są z gatunku długich, bo na
czterdziestosześciominutowy krążek składają się tylko trzy, możecie sobie
wyobrazić, że jest to raczej granie z gatunku tych, których słucha się na
lekkiej umysłowej fazie. Tutaj każdy dźwięk jest ważny, dlatego też całość
stanowi nierozerwalny monolit, którego rozbijanie na części pierwsze mija się z
celem. Niemniej jednak wspomnieć muszę, że wydawnictwo to nie zawiera jedynie
smolistej cieczy. Co jakiś czas muzycy zrywają się do galopu, i nierzadko w
momentach tych, poza Deathspell Omega, da się także wyczuć inspiracje zamorskie,
pod postacią Immolation. To chyba te dwie nazwy najbliżej wskazują na to, czego
możecie się po trzeciej płycie Ain Sof Aur spodziewać. Jak już zaznaczałem,
materiał ten brazylijski nie jest ani trochę (no chyba, że weźmiemy pod uwagę
moment trybalny w środkowej części „II”, aczkolwiek stanowi on jedynie krótki
fragment całości, i chyba mimo wszystko bardziej podchodzi pod dźwięki rytualne),
także pod względem brzmienia. Brak w nim surowości, a dominuje przede wszystkim
ciężar, jak najbardziej organiczny, i gęstość, co, patrząc obiektywnie,
idealnie uzupełnia się z dość posępnym obliczem muzycznym. Warto sobie rzucić
uchem na „Theos-Vel-Samael”, w najgorszym przypadku nawet z pobudek
edukacyjnych, żeby zobaczyć, że w Brazylii też potrafią grać inaczej, zupełnie
pod prąd. No a poza tym, to naprawdę solidny krążek, który nie leci do kosza po
jednym odsłuchu.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz