Tulus
„Morbid
Desires”
Darkness Shall Rise Productions 2026
Minęły
trzy latka i powrócili panowie z Tulus, proponując swoim odbiorcom kolejną
odsłonę black metalu w autorskim wydaniu. Tym razem to dziewięć numerów, które
lecą głównie w średnim tempie, zwalniając niekiedy i przechodząc w nastrojowe
wyciszacze czy gniotące siermiężnie walce. Tak naprawdę to nic nowego, bo
Norwedzy postępują zgodnie z wypracowanym przez lata działalności szablonem.
Twarde, przybrudzone gitary, wysunięty do przodu bas, dźwięczna perkusja oraz
charakterystyczne warczenie Blodstrup’a, pozostaną chyba już na zawsze bez
zmienne. Podobnie jest z nonszalancją, z jaką poczynają sobie ci muzycy,
kreując typowe dla siebie kompozycje, które czy to się komuś podoba, czy nie,
robią swoje według utartego wzorca i mają w dupie, że już na poprzednim albumie
motoryką i riffami zbliżają się do Khold. Jednakże na „Morbid Desires” tych
analogii jest nieco mniej, ponieważ tercet ten potrafi również przygrzać zimnym
tremolo i przejść w energiczną bujankę, zapożyczając akordy z rock’n’rolla.
Znaleźć tu także można sporo odniesień do klasycznego heavy, co słychać w
niektórych solówkach, z których kipi mroczny romantyzm bądź epickie harmonie.
Tulus nie byliby sobą, gdyby nie wprowadzili kilku wcześniej niespotykanych w
ich twórczości urozmaiceń, które aktualnie występują pod postacią wtrąceń w
stylu flamenco, akustycznych przerywnikach, a także harmonijki ustnej, która
idealnie wkomponowuje się w klimat ostatniego utworu na tej płycie,
poświęconemu Black Sabbath. Oprócz sztywnego kręgosłupa black metalu od Tulus, który
zawsze nadawał mu niebywałego zacięcia i siarczystości, Norwegowie na
najnowszym krążku umieścili sporo chwytliwszych rytmów, co wniosło nieco
lżejszej atmosfery. Na „Morbid Desires” jest więcej powietrza niż na
poprzednich produkcjach, ale to nie dyskwalifikuje tego materiału jako rasowej
diabelszczyzny, bo już nie pierwszy raz udowadniają, że umiejętnie użyte, obce
wpływy, zmieniają tylko delikatnie architekturę black metalu, pozbawiając go
schematyczności, która niekiedy może nużyć. Kolejny solidny album od tej
brygady. Chwilami potraktowany w niekonwencjonalny sposób, co podbiło jego
różnorodność. Jasne, że polecam.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz