sobota, 21 marca 2026

Recenzja Tulus „Morbid Desires”

 

Tulus

„Morbid Desires”

Darkness Shall Rise Productions 2026

Minęły trzy latka i powrócili panowie z Tulus, proponując swoim odbiorcom kolejną odsłonę black metalu w autorskim wydaniu. Tym razem to dziewięć numerów, które lecą głównie w średnim tempie, zwalniając niekiedy i przechodząc w nastrojowe wyciszacze czy gniotące siermiężnie walce. Tak naprawdę to nic nowego, bo Norwedzy postępują zgodnie z wypracowanym przez lata działalności szablonem. Twarde, przybrudzone gitary, wysunięty do przodu bas, dźwięczna perkusja oraz charakterystyczne warczenie Blodstrup’a, pozostaną chyba już na zawsze bez zmienne. Podobnie jest z nonszalancją, z jaką poczynają sobie ci muzycy, kreując typowe dla siebie kompozycje, które czy to się komuś podoba, czy nie, robią swoje według utartego wzorca i mają w dupie, że już na poprzednim albumie motoryką i riffami zbliżają się do Khold. Jednakże na „Morbid Desires” tych analogii jest nieco mniej, ponieważ tercet ten potrafi również przygrzać zimnym tremolo i przejść w energiczną bujankę, zapożyczając akordy z rock’n’rolla. Znaleźć tu także można sporo odniesień do klasycznego heavy, co słychać w niektórych solówkach, z których kipi mroczny romantyzm bądź epickie harmonie. Tulus nie byliby sobą, gdyby nie wprowadzili kilku wcześniej niespotykanych w ich twórczości urozmaiceń, które aktualnie występują pod postacią wtrąceń w stylu flamenco, akustycznych przerywnikach, a także harmonijki ustnej, która idealnie wkomponowuje się w klimat ostatniego utworu na tej płycie, poświęconemu Black Sabbath. Oprócz sztywnego kręgosłupa black metalu od Tulus, który zawsze nadawał mu niebywałego zacięcia i siarczystości, Norwegowie na najnowszym krążku umieścili sporo chwytliwszych rytmów, co wniosło nieco lżejszej atmosfery. Na „Morbid Desires” jest więcej powietrza niż na poprzednich produkcjach, ale to nie dyskwalifikuje tego materiału jako rasowej diabelszczyzny, bo już nie pierwszy raz udowadniają, że umiejętnie użyte, obce wpływy, zmieniają tylko delikatnie architekturę black metalu, pozbawiając go schematyczności, która niekiedy może nużyć. Kolejny solidny album od tej brygady. Chwilami potraktowany w niekonwencjonalny sposób, co podbiło jego różnorodność. Jasne, że polecam.

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz