Undertaker
„Epicentrum”
Black
Flame Rebellion 2026
No to ładną nam niespodziankę przyszykowała Black
Flame Rebellion, do pary zresztą z grupą szczecińskich grajków. Oto bowiem po,
bagatela, trzydziestu czterech latach, z debiutanckim albumem powraca Undertaker.
Co prawda w nieco odświeżonej wersji, zarówno jeśli chodzi o skład zespołu
(choć trzon pozostał w zasadzie niezmieniony), jak i, przede wszystkim
muzycznej, ale jestem przekonany, że niejednemu wydawnictwo to zrobi mocne kuku.
Jeśli pamiętacie Grabarza z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, jako
zespół grający tradycyjny death metal, to równie dobrze możecie o tym
zapomnieć. Nowy materiał w postaci dziewięciu strzałów, trwających łącznie dwadzieścia osiem minut, to prosta wypadkowa między Terrorizer a Napalm Death z późniejszego
okresu. Zresztą już pierwszy na liście, „Blessed Carrion”, brzmi niemal jak
wyjęty z „World Downfall”. Duża w tym zasługa właśnie brzmienia, tak gitar jak
i perkusji, chyba celowo wzorowanego, przynajmniej po części, na wspomnianych
klasykach. Mamy na tej płycie w zasadzie dziewięćdziesiąt procent muzyki, którą
można uznać za naśladownictwo mistrzów death/grind’u. Nie da się temu
zaprzeczyć, nawet gdyby bardzo się chciało. No bo wsłuchajcie się w to
charakterystyczne, obecne tu praktycznie na każdym kroku riffowanie, zwróćcie
uwagę na to w jaki sposób do gry wchodzą blasty, nawet na to, jak Barneyowo
chwilami wybrzmiewają wokale. I żebyśmy się tutaj źle nie zrozumieli… To o czym
piszę, traktuję bardziej jako komplement niż zarzut, bo kopia, czy też swoisty
Frankenstein, stworzony przez Undertaker jest naprawdę wysokiej jakości. Choćby
wspomniane akordy, czy struktury kompozycji… No niby słyszalne praktycznie na
każdej późniejszej płycie Napalmów, podobne przyspieszenia i powroty do tempa
średniego, w chuj oklepane headbangingowe momenty (przy „Psychotic Instincs”
niemal nie odpadł mi łeb, choć numer ten nie jest żadnym wybijającym się ponad
ustawiony wysoko poziom), a jednak na „Epicentrum” nie sprawiające, nawet w
najmniejszym stopniu, wrażenia, że chłopaki chcieli zagrać identycznie na siłę.
Tutaj wszystko zdaje się w stu procentach naturalne i organiczne. I ma
niesamowity groove, a przy tym power, który mocno ściska jajca z siłą imadła!
Są też na tej płycie drobne dodatki własne, dzięki czemu „Epicentrum” nie jest
klonem całkowitym, ale akurat dla mnie pozostaje to bez różnicy. Bo debiut
Undertaker to naprawdę bardzo dobry materiał, który jak się zapętli, to nie
chce wyjść z łba. Sprawdzajcie, bo warto!
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz