czwartek, 12 marca 2026

Recenzja Undertaker „Epicentrum”

 

Undertaker

„Epicentrum”

Black Flame Rebellion 2026

 


No to ładną nam niespodziankę przyszykowała Black Flame Rebellion, do pary zresztą z grupą szczecińskich grajków. Oto bowiem po, bagatela, trzydziestu czterech latach, z debiutanckim albumem powraca Undertaker. Co prawda w nieco odświeżonej wersji, zarówno jeśli chodzi o skład zespołu (choć trzon pozostał w zasadzie niezmieniony), jak i, przede wszystkim muzycznej, ale jestem przekonany, że niejednemu wydawnictwo to zrobi mocne kuku. Jeśli pamiętacie Grabarza z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, jako zespół grający tradycyjny death metal, to równie dobrze możecie o tym zapomnieć. Nowy materiał w postaci dziewięciu strzałów, trwających łącznie dwadzieścia osiem minut, to prosta wypadkowa między Terrorizer a Napalm Death z późniejszego okresu. Zresztą już pierwszy na liście, „Blessed Carrion”, brzmi niemal jak wyjęty z „World Downfall”. Duża w tym zasługa właśnie brzmienia, tak gitar jak i perkusji, chyba celowo wzorowanego, przynajmniej po części, na wspomnianych klasykach. Mamy na tej płycie w zasadzie dziewięćdziesiąt procent muzyki, którą można uznać za naśladownictwo mistrzów death/grind’u. Nie da się temu zaprzeczyć, nawet gdyby bardzo się chciało. No bo wsłuchajcie się w to charakterystyczne, obecne tu praktycznie na każdym kroku riffowanie, zwróćcie uwagę na to w jaki sposób do gry wchodzą blasty, nawet na to, jak Barneyowo chwilami wybrzmiewają wokale. I żebyśmy się tutaj źle nie zrozumieli… To o czym piszę, traktuję bardziej jako komplement niż zarzut, bo kopia, czy też swoisty Frankenstein, stworzony przez Undertaker jest naprawdę wysokiej jakości. Choćby wspomniane akordy, czy struktury kompozycji… No niby słyszalne praktycznie na każdej późniejszej płycie Napalmów, podobne przyspieszenia i powroty do tempa średniego, w chuj oklepane headbangingowe momenty (przy „Psychotic Instincs” niemal nie odpadł mi łeb, choć numer ten nie jest żadnym wybijającym się ponad ustawiony wysoko poziom), a jednak na „Epicentrum” nie sprawiające, nawet w najmniejszym stopniu, wrażenia, że chłopaki chcieli zagrać identycznie na siłę. Tutaj wszystko zdaje się w stu procentach naturalne i organiczne. I ma niesamowity groove, a przy tym power, który mocno ściska jajca z siłą imadła! Są też na tej płycie drobne dodatki własne, dzięki czemu „Epicentrum” nie jest klonem całkowitym, ale akurat dla mnie pozostaje to bez różnicy. Bo debiut Undertaker to naprawdę bardzo dobry materiał, który jak się zapętli, to nie chce wyjść z łba. Sprawdzajcie, bo warto!

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz