Dionysiaque
I, Voidhanger Records (2026)
Jakoś
debiutancki album Francuzów, choć wydany w barwach lubianej przeze mnie I,
Voidhanger Records mnie ominął. Podchodząc do odsłuchu nadchodzącego
wydawnictwa zatytułowanego „La Tourbe Des Reves” spodziewałem się
okołoblackowej awangardy do której włoski label nas przyzwyczaił. Jakież było
moje zdziwienie gdy usłyszałem kilka pierwszych minut tego wydawnictwa.
Klasyczny doom metal, lekko skąpany w awangardzie odrobinie bardziej wyrafinowanych
aranżacji skutecznie przykuł moją uwagę na dłużej. Tego typu granie to nie jest
kompletnie mój target, ale muzycy Dionysiaque za sprawą tego wydawnictwa
zrobili mi całkiem spore kuku. Zacznę od kwestii, które mnie najbardziej
zachwyciła – brzmienie. Potężne, organiczne, masywne, brudne. Zupełnie jakby
wyjęte z lat 80., z tym tłustym, pełnym i analogowym brzmieniem gitary
wspaniale dudniącą perkusją. Tak się teraz nie nagrywa i dawno już nie miałem takiego jawdropa jeśli chodzi o
aspekt realizatorski. Na szczęście warstwa muzyczna idzie również w parze z
produkcją. Punkt wyjścia w postaci Candlemass czy nawet Solitude Aeturnus
skutecznie przeprawia nas przez heavymetalową klasykę (skojarzenia z ich
kamratami z ADX są tu jak najbardziej na miejscu), po okazjonalne wygibasy i
ambitne wkrętki, zwłaszcza zauważalne w pracy sekcji rytmicznej. Wisienką na
torcie są wokalizy – bardzo teatralne, balansujące gdzieś na pograniczu
pastiszu i opery, nasuwające bardzo mocne skojarzenia Garmem z czasów jego współpracy
z Arcturus. Jest to element, które na pewno będzie budził skrajne emocje i
nijakość na pewno jest ostatnim słowem, którym owe wokalizy można określić.
Sześć kompozycji tu zamieszczonych wciąga, intryguje i frapuje. Nie jest to
bezkształtna masa. Ba, w katalogu włoskiej wytwórni może to być jedna z
najbardziej poukładanych, „piosenkowych” i zapadających w pamięć płyt, co
należy uznać za bardzo duży atut. Francuska ekipa to grupa naprawdę dobrych,
świadomych i zdolnych kompozytorów, a „La Tourbe Des Reves” tylko to
potwierdza. Bardzo możliwe, że jest to jedna z najlepszych pozycji w ich bardzo
obszernym portfolio. Ja kurewsko mocno polecam ten album.
Harlequin

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz