Multiwomb
„Anatomy
of Gorelust”
Grave
Island Records 2026
Co
jak co, ale gościa z okładki spotkać to bym nie chciał. Multiwomb najwyraźniej
takich oporów nie mają, bo nawet skomponowali dla niego dziewięć numerów, które
składają się na ich debiutancki krążek. To trzech, pochodzących z Indonezji
facetów, którzy jak można się domyślić z załączonego obrazka, nie gustują w
wysmażonym, lecz w krwistym mięsie. To tradycyjny i podziemny death metal,
hołdujący flakom, litrom juchy, śmierdzącym płynom ustrojowym i wszelkiej
zgniliźnie. Z każdego kawałka tej płyty wypadają ludzkie szczątki, flegma,
ekskrementy i cuchnące wnętrzności. „Anatomy of Gorelust”, to adoracja śmierci
we wszystkich jej przejawach i wszystkim, towarzyszącym jej elementów. Zbiór
blastów, ciężkich zwolnień i mielących akordów. Zwarte brzmienie gitar, zagęszczone
mięsistym basem i kontrastowo zestawioną z wiosłami perkusją, ponieważ jej
barwa kojarzy się z napierdalaniem pałeczkami w plastikowe kubki lub wiadra. Za
instrumentami podążają oczywiście wokale, które są soczyste, ale nie do
przesady, bo to raczej ropny głos szalonego mordercy niż obleśnego,
bulgoczącego zombie, doskonale pasujący do indywiduum z oprawy graficznej.
Death metal od tej trójki Indonezyjczyków leci jak na ten region kuli ziemskiej
przystało. Jest tu surowo, intensywnie i brutalnie. To ekstremalna muza, która
uderza z pełną siłą w każdym tempie, serwując rzęsistą ścianę dźwięku.
Poniewiera ona swą czyściuteńką formą, dostarczając śmiercionośnych wrażeń. Jak
niegdyś Pyaemia czy Inveracity, podąża drogą skąpaną we krwi, kreśląc przy jej
użyciu swe sugestywne obrazy. Dziewięć nie za długich strzałów, przy których
nudzić się nie można, bo pomimo utartego wzorca, fundują łatwo wpadające w ucho
harmonie i zmienną rytmikę, które trafiają bez pudła. Miłośnikom gore’owych
klimatów wejdą bez popitki.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz