poniedziałek, 9 marca 2026

Recenzja Multiwomb „Anatomy of Gorelust”

 

Multiwomb

„Anatomy of Gorelust”

Grave Island Records 2026

 


Co jak co, ale gościa z okładki spotkać to bym nie chciał. Multiwomb najwyraźniej takich oporów nie mają, bo nawet skomponowali dla niego dziewięć numerów, które składają się na ich debiutancki krążek. To trzech, pochodzących z Indonezji facetów, którzy jak można się domyślić z załączonego obrazka, nie gustują w wysmażonym, lecz w krwistym mięsie. To tradycyjny i podziemny death metal, hołdujący flakom, litrom juchy, śmierdzącym płynom ustrojowym i wszelkiej zgniliźnie. Z każdego kawałka tej płyty wypadają ludzkie szczątki, flegma, ekskrementy i cuchnące wnętrzności. „Anatomy of Gorelust”, to adoracja śmierci we wszystkich jej przejawach i wszystkim, towarzyszącym jej elementów. Zbiór blastów, ciężkich zwolnień i mielących akordów. Zwarte brzmienie gitar, zagęszczone mięsistym basem i kontrastowo zestawioną z wiosłami perkusją, ponieważ jej barwa kojarzy się z napierdalaniem pałeczkami w plastikowe kubki lub wiadra. Za instrumentami podążają oczywiście wokale, które są soczyste, ale nie do przesady, bo to raczej ropny głos szalonego mordercy niż obleśnego, bulgoczącego zombie, doskonale pasujący do indywiduum z oprawy graficznej. Death metal od tej trójki Indonezyjczyków leci jak na ten region kuli ziemskiej przystało. Jest tu surowo, intensywnie i brutalnie. To ekstremalna muza, która uderza z pełną siłą w każdym tempie, serwując rzęsistą ścianę dźwięku. Poniewiera ona swą czyściuteńką formą, dostarczając śmiercionośnych wrażeń. Jak niegdyś Pyaemia czy Inveracity, podąża drogą skąpaną we krwi, kreśląc przy jej użyciu swe sugestywne obrazy. Dziewięć nie za długich strzałów, przy których nudzić się nie można, bo pomimo utartego wzorca, fundują łatwo wpadające w ucho harmonie i zmienną rytmikę, które trafiają bez pudła. Miłośnikom gore’owych klimatów wejdą bez popitki.

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz