Mylingar
„Út”
Amor
Fati 2026
Przyznam się, szczerze, że kiedy zobaczyłem w
skrzynce odbiorczej promo nowego albumu Mylingar, to aż podskoczyłem z radości,
a pierwszą rzeczą jaką zrobiłem kiedy tylko odfajkowałem wszelkie obowiązki
domowe, było założenie słuchawek i… zejście do piekła. Stamtąd bowiem, bankowo,
dźwięki tworzone przez ten tajemniczy szwedzki projekt pochodzą. Może właśnie
dlatego do dziś nie wiadomo, kto tak naprawdę za Mylingar odpowiada, bo całkiem
możliwe, iż są one transmisją z zaświatów, a konkretnie z ich ciemnej strony.
No ale dość bajania, przejdźmy do rzeczy. „Út” to dokładnie to, na co czekałem
po wybijających się zdecydowanie, i to pod każdym względem, ponad przeciętność
trzech częściach trylogii „Döda”. Zdaje się, że projekt ten, mimo iż płynie w
wyznaczonym przez samych siebie kierunku, z albumu na album dojrzewa. Nie
powiem, że ewoluuje, bo byłoby to zapewne omylnie zrozumiane, ale pomału
dopracowuje swoją własną, autorską formułę na death / black metal. Mylingar nie
da się bowiem pomylić z żadnym innym zespołem, Sposób w jaki muzycy aranżują
poszczególne, najczęściej osadzone w wysokich tempach, kompozycje, jest
charakterystyczny tylko dla nich. Ta zawiłość riffów, gdzie linie gitarowe
przeplatają się nawzajem, tworząc coś, co na początku można odebrać jako chaos,
a przynajmniej dysonans, a ostatecznie, jeśli tylko spędzimy z „Út” trochę
czasu, krystalizujące się w obłąkańcze wizje, sprawia, że kompozycje Mylingar
mogą przeciętnego słuchacza wręcz odpychać. Bo tutaj nie ma łatwych melodii
wysuniętych na pierwszy plan. One skryte są pod powierzchnią, często majacząc
gdzieś w tle. W ich odkrywaniu bynajmniej nie pomaga, a wręcz przeszkadza
wyjątkowo brudne, surowe brzmienie, z niepodrabialnym strojem gitar. Zaznaczam
– surowe, nie lo-fi. Pod tym względem Mylingar też znalazł własną formułę,
której się trzyma, wprowadzając w zasadzie kosmetyczne poprawki. Cóż można
powiedzieć o wokalach? To bardziej spazmatyczne wymioty niż klasyczny growl, a
w niektórych partiach śpiewak musi język wypluwać przynajmniej do pasa, by
wydobyć zalegającą mu gdzieś na samym dnie wnętrzności żółć. Niezwykle
precyzyjnie pracuje tutaj sekcja rytmiczna. Zarówno wyraźny bas, jak i
działająca z chirurgiczną precyzją perkusja, chwilami wystukująca kompletnie
kosmiczne, niespodziewane patenty, na zasadzie improwizacji, jak choćby w „af”.
No i te nagłe przejścia w blasty, podczas gdy bas i gitara grają jakby zupełnie
dwa nie związane ze sobą utwory… Na tej płycie jest tyle smaczków, tyle
fenomenalnych zagrywek, że można jej słuchać w nieskończoność. I w bardzo
umiejętny sposób łączy ona w sobie nauki klasycznych mistrzów ze sceną bardziej
współczesną, chwilami nawet awangardową. A wieńczący ją jedenastominutowy kolos
„Neðan”, z niesamowicie chorowitym zakończeniem, to jest mistrzostwo naszego
układu słonecznego. Na pewno to, co tworzy Mylingar jest jedyne w swoim
rodzaju, a „Út” bezapelacyjnie potwierdzą klasę zespołu, i niesamowicie winduje
ich pozycję w moim osobistym rankingu. Ależ to jest, kurwa, dobre!
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz