wtorek, 17 marca 2026

Recenzja Sparagmos „Error”

 

Sparagmos

„Error” (Reissue)

Selfmadegod Records 2026

Sparagmos’a pamiętam przez pryzmat ich splitu z Lastwar i charakterystycznie wydanej kasety, która w tej chwili wala się w jakimś kartonie z innymi taśmami, w piwnicy moich rodziców. Tak naprawdę zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć, jak leciała ich muza, bo w tamtych latach specjalnego wrażenia na mnie nie zrobili, a poza tym chyba za bardzo nie mogli wtedy konkurować z kapelami, których nagrania docierały do Polski z Zachodu. Tak więc reedycja ich drugiej płyty, która pierwotnie ukazała się tylko na kasecie w 1994 roku, szybko naświetliła sprawę i stała się całkiem miłą przypominajką czasów minionych. Nie będę ściemniał i świrował na znawcę ówczesnej sceny w naszym kraju, bo poza kilkoma szyldami, które miały w tamtych latach znaczenie, to miałem ją w dupie, ale poczytałem trochę i dowiedziałem się, że po składance z zespołem z Wągrowca, Sparagmos urósł do eksperymentatorów na naszej, death metalowej scenie. Po przesłuchaniu obecnego „Error”, któremu mastering nadał dynamiczniejszego brzmienia, lecz nie zburzył jego analogowości, muszę wszelkim źródłom przyznać rację, ponieważ Warszawiacy mocno kombinowali, aby wyjść poza ramy tego, co w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych królowało w metalu śmierci. Robili to, korzystając z wielu wzorców, bo na „Error” wyraźnie słychać łączenie thrash i death metalu z progresywnymi zagrywkami, co kreowało chwilami dość połamane aranżacje. Panowie pełnymi garściami czerpali z dokonań takich tuzów jak Morbid Angel i Slayer, ale poza tymi, gwałtownymi akordami, które wyraźnie zalatywały Amerykańcami, potrafili wpleść w swoje kompozycje, sporo zabiegów kojarzących się z „Forest of Equilibrium” Cathedral czy „Shades of God” Paradise Lost. Zatem nie był to zwyczajny thrash-death metal z technicznymi zawijasami, ale przede wszystkim eklektyczna, ciężka muza, która nie bała się łączenia różnych ujęć z dodatkiem nieoczywistych, awangardowych wtrętów. Ponowne wydanie tego materiału przez Selfmadegod Records, to dobre posunięcie i przypomnienie krążka, który jak i Sparagmos nie do końca został doceniony. Może poprzez fuzję wyżej wymienionych elementów, która okresowo pobrzmiewała również tradycyjnym, brytyjskim death metalem oraz małymi odjazdami w kierunku Type O Negative, była zbyt nieliniowa i w związku z tym irytująca. Nie wiem, ale niewątpliwie kwartet ten, nie chciał się zatrzymać na jednym, utartym wzorcu. Czy fani w 1994 roku nie byli gotowi na „Error”, czy Sparagmos przez chęć bycia za wszelką cenę oryginalnym, pogrzebał się sam. Teraz, z perspektywy trzydziestu dwóch lat i w konfrontacji, z niektórymi, obecnymi, muzycznymi wykwitami, odpowiedź powinna być łatwa. Jeśli nie znacie, to sięgnijcie po tą produkcję, gdyż warto.

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz