Mughtasib
„Invictus”
Rex Diaboli Death Syndicate 2026
Mughtasib to jednoosobowy projekt z Meksyku
wykonujący muzykę określaną, przez twórcę oczywiście, jako “Anty - abrahamowy
wojenny metal”. I żeby było ciekawiej, we wkładce do kasety wcale nie mamy
płonącego kościoła, a zbombardowane miasto z dymiącym meczecikiem. Tak dla
odmiany, żeby tak zwani „obrońcy wiary chrześcijańskiej” nie mogli w tym
przypadku użyć swojego koronnego argumentu z aluzją do odwagi tych, co ich
rzekomo atakują i obrażają. No dobra, ale przejdźmy do samej muzyki. „Invictus”
to drugie demo Supreme Fornicatora (dojebana ksywka!), zawierające cztery
kompozycje, o łącznym czasie piętnastu minut. I przyznać muszę, że wspomniane
określenie „wojenny metal” pasuje tu jak ulał. Całość otwiera krótki wstęp
noise’owy, po czym rozpoczyna się atak w stylu piwnicznym, chamskim,
niewyszukanym. Mughtasib, że tak się posłużę może konkretnymi skojarzeniami, to
mieszanka kultu Ross Bay, indyjskiego death metalu (choćby Tetragrammacide, by
wymienić nazwę chyba najbardziej kojarzoną) z industrialnym posmakiem Mysticum.
O ile tych pierwszych składników wykładać na tacy nie trzeba, bo każdy sobie
mieszankę napiedolu i ledwo ujarzmianego chaosu powinien być w stanie
wyobrazić, to ów industrial przejawia się głównie w pracy automatu
perkusyjnego, wybijającego odhumanizowane rytmy rodem z taśmy produkcyjnej w
fabryce broni. Z tym charakterystycznym beatem często kontrastuje nisko
strojony bas, bo gitarowe tornado często chowa się trochę na drugim planie, acz
doskonale spełnia tam swoją rolę. Jeśli spojrzymy na to z dystansu, i dodamy do
całości wściekle charczące wokalizy, chwilowe zejścia do tempa marszowego, i
ogólny brud brzmieniowy, to faktycznie oczom naszym powinien ukazać się
wspomniany na samym początku obrazek. Bo „Invictus” to soniczna zagłada,
totalna anihilacja i spadający z nieba grad bomb. Jednocześnie war metal w
całkiem świeżym i oryginalnym, jak na sztywne ramy gatunku, ujęciu. Jest tylko
jedna rzecz, która wydaje się na tym demo zbędna, a przynajmniej niepotrzebne
rozciągnięta. Chodzi mi o „Bestial Matanzal”, trzeci na liście, niemal
czterominutowy utwór czysto noise’owy, dość mocno wybijający z klimatu całości.
Można by go skrócić do kilkunastu sekund, bądź też umieścić na końcu,
ewentualnie wyjebać w pizdu, bo kompletnie nic się w nim nie dzieje. Poza tym
jednym potknięciem, nie mam większych uwag. W zasadzie nie mam ich wcale.
Zdecydowanie warto sięgnąć po tę kasetkę.
-
jesusatan





