środa, 31 grudnia 2025

Recenzja Umulamahri “Learning the Secrets of Acid”

 

Umulamahri

“Learning the Secrets of Acid”

Ordovician Rec. 2025

Przyznam szczerze, że włączyłem sobie tą EP-kę wyłącznie dlatego, że ma przechujową okładkę. Sami bowiem przyznacie, że wygląda trochę jak praca domowa na plastykę ucznia klasy piątej, któremu pijany tatuś pomagał robić patchwork na pięć minut przed wyjściem do szkoły. Okazało się jednak, że dość konkretnie pasuje ona do zawartej na tym wydawnictwie muzyki, która to może nie jest przesiąknięta alkoholem, ale jakimiś twardymi narkotykami zdecydowanie. Zespół, a konkretnie duet, pochodzi ze Stanów, i tworzą go muzycy udzielający się w takich aktach jak choćby Pyrrhon czy Baring Teeth. Już to daje nieco do myślenia, bowiem oba te zespoły do sztywno zaszufladkowanych bynajmniej nie należą.  „Learning the Secrets of Acid” (tytuł, który jest kolejną częścią układanki) to dwadzieścia sześć minut muzyki opartej na death / black metalowym kręgosłupie. Kręgosłup ten jednak jest tak wyraźny, jak postać ze wspomnianej okładki, a słowo „awangarda” aż ciśnie się tu na usta. Przede wszystkim, te pięć kompozycji ma bardzo nieprzyjazny życiu i zdrowiu psychicznemu wydźwięk. Tutaj nic nie trzyma się jakichkolwiek schematów. Można chwilami powiedzieć, że partie syntezatora (ciężkie, mroczne, chwilami dark ambientowe), perkusji (nie mam pojęcia, czy to żywy organizm, czy automat), atakujące znienacka gitarowe eksplozje, często pozbawione jakichkolwiek struktur liniowych, pojawiający się i zanikający bas, oraz wylewające się z tła głębokie, charczące wokale, zostały złożone do kupy na zasadzie przypadku albo czystej improwizacji. Słuchając tych nagrań po raz pierwszy naprawdę nie sposób przewidzieć, co za chwilę nastąpi, w którą stronę skręcimy, i jak e potwory czekają za rogiem. Z tego też powodu założę się, iż spora część widowni wyszłaby z tego przedstawienia jeszcze przed zakończeniem pierwszego aktu. Ja jednak lubię takie wyzwania, dlatego czekałem cierpliwie, z każdą minutą zapadając się w fotel niczym w bagno, tonąc w muzyce Umulamahri coraz głębiej i głębiej, aż wspomniany chaos zaczął mówić ludzkim językiem. „Learning the Secrets of Acid” jest muzyką skrajnie trudną i odrzucającą, jednocześnie na swój sposób brutalną, a na pewno wszechogarniającą. Można odnieść wrażenia, jakby Amerykanie robili wszystko, byśmy nie przegryźli się do jej jądra, a na pewno zadania nie ułatwiają. Tym, którym ta sztuka się uda, zapewniają w nagrodę doznania faktycznie przypominające trip na kwasie. Pojebana płyta, tylko dla wytrwałych i lubiących eksperymenty.

- jesusatan




Recenzja Storming „Celestial Clear Moonlit”

 

Storming

„Celestial Clear Moonlit”

Iron Bonehead 2025

Storming jest solowym projektem Amerykanina, który ukrywa się pod pseudonimem Ratatosk. Powołał on go do życia w 2019 roku, aby w kolejnym wydać debiut i zamilknąć na pięć lat. Teraz wraca z drugą płytą, która zawiera pięć kawałków klimatycznego black metalu i udowadnia, że niektórzy muzycy z juesej jednak trochę w tym gatunku potrafią rzeźbić. To poza środkowym instrumentalnym utworem, cztery długie kompozycje, które hipnotyzują na całego. Storming nie byłby Stormingiem, gdyby na początku każdego wałka nie umieścił szumu wiatru i odgłosów burzy, ale jestem mu to w stanie wybaczyć, bo reszta to atmosferyczne granie, które pomimo dziesięciominutowych trwań utworów zupełnie nie nużą, choć wpędzają w trans, z którego nie łatwo się wyrwać. Jednostajny rytm, niekończące się tremolando przy uderzeniach perkusji, która i d-beatami raczyć potrafi, wzniosłe, lecz nieśmieszne wokale, które potrafią również szorstko warknąć i klawiszowe wstawki. Średnie tempo, chmurne melodie i upiorne akordy. Ostre, charakterystycznie brzęczące brzmienie gitar, chowający się za nimi bas oraz kartonowa perkusja. Oto obraz „Celestial Clear Moonlit”, który zabiera nas na wycieczkę do początków lat dziewięćdziesiątych, kiedy rządziły surowe i mistyczne produkcje, kalecząc przy tym uszy, ale również proponując mrok i posępność jako deser dla życia. To black metal o prostej konstrukcji i nieco piwnicznym charakterze, który przywołuje skojarzenia z takimi kapelami jak Vlad Tepes, Burzum czy Isengard. Częstuje jak one lodowatą barwą instrumentów, okultystycznym i depresyjnym wydźwiękiem i nieprzyjaznymi harmoniami. Muzyka, która płynie niby beznamiętnie, ale jak woda drąży skałę, tak ona z każdą nutą, ustawicznie wżera się w jaźń, pozostając w niej na długo. Smętna i upiorna trucizna. Narkotyk doskonały, który uzależnia bez efektów ubocznych. Prastare i wytrawne ujęcie. Oczywiście, że polecam.

shub niggurath




Recenzja Ectovoid „In Unreality’s Coffin”

 

Ectovoid

In Unreality’s Coffin

Everlasting Spew Records (2026)

 


Spora była moja podjarka gdy dowiedziałem się, że Ectovoid po siedmiu latach milczenia (ostatnie EP) i jedenastu od czasu wydania swojej drugiej płyty powraca na scenę z nowym materiałem. Nie żebym stawiał ekipę z Alabamy na jakimś piedestale, ale uważam, że to jeden z najlepszych epigonów Immolation ostatnich dwudziestu lat. Wiadomo, dłuższa rozłąka ze sceną przeważnie budzi obawy i raczej nie działa na korzyść zespołu, ale miałem nadzieję, że panowie z Ectovoid pójdą za ciosem i rozwiną formułę Immolaton w jakiś ciekawy sposób. Naiwniak ze mnie, bo „In Unreality’s Coffin” to przeciętny, kompletnie wykastrowany z oryginalności, szary do bólu, współczesny old school death metal, który z muzyką Rossa Dolana i ekipy nie ma już w zasadzie nic wspólnego. Obecne wcielenie Ectovoid doskonale wpisuje się w killtownowy profil death metalu operujące gdzieś na pograniczu death metalu i doom metalu, gdzie Incantation spotyka Bolt Thrower, riffy są generyczne, a studyjne efekciarstwo przyćmiewa faktyczne umiejętności i chęć wychylenia się przed szereg. Trzeci album Amerykanów jest schematyczny do bólu, operujący gdzieś na przecięciu rejestrów wczesnego Phrenelith i Hyperdontii, balansujący pomiędzy dość klasycznymi, deathmetalowymi schematami, a masywnym gnieceniem słuchacza. Niestety ostatnie kilka lat to zalew tego typu kapel i Ectovoid niestety nie ma do zaoferowania w tym momencie absolutnie niczego co by wyróżniło ich z tłumu. Wydaje mi się, że fakt wyzbycie się inspiracji Immolation zadziałał na ich niekorzyść, bo odebrał im atut pokazania jak dobrymi muzykami są. „In Unreality’s Coffin” nie pokazuje niczego ponadto, że panowie z Ectovoid potrafią odnaleźć się we współczesnych realiach, ale nie mają pomysłu na to, jak wyprzedzić deathmetalowy światek, który im trochę odjechał. Ten album zniknie w odmętach historii szybciej niż zdąży się ukazać i mówię to niestety z bólem serca. Po cichu liczę, że muzycy będą potrafili wyciągnąć z niego lekcje i na kolejnym  pełniaku pokazać na co ich naprawdę stać, bo stać ich na dużo i pokazywali to przecież wcześniej. Ja tym razem wysiadam na najbliższej stacji.

Harlequin




poniedziałek, 29 grudnia 2025

Recenzja Hexalter „Coronation in Chaos”

 

Hexalter

„Coronation in Chaos”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

 


Jestem pełen podziwu dla meksykańskiej Iron, Blood and Death Corporation. Bo nawet na amerykańskiej ziemi, potrafią w gatunku black metal wyłowić zespoły stanowiące swoistą antytezę do mojego obrazu rzeczonego gatunku w tamtym rejonie świata. Oto mamy debiutancki krążek Hexalter, tworu działającego na scenie od kilku lat, i mającego w swoim dorobku jakieś tam EP-ki i demo, oczywiście kompletnie mi nieznane. I co? I włączam sobie taki „Coronation in Chaos”, i momentalnie mam odczucie, że tytuł tego albumu jest jak najbardziej adekwatny do jego zawartości. Ten materiał to jakieś trzydzieści dwie minuty ostrego biczowania na wysokich obrotach. Silnie zainspirowanego sceną z północnej części Europy. Chwilami wpływy Marduk są bardzo wyraźne, choć nie stanowią cytatów dosłownych, gdzie indziej, we fragmentach kapkę wolniejszych zaśmierdzi Norwegią… Pewnie, przyrównywać można, ale nawet jeśli takie podobieństwa istnieją, bo w sumie są po dekadach od narodzin gatunku nieuniknione, to i tak najważniejsze jest, w jaki sposób chłopaki przekuwają nauki starych mistrzów na własną modłę. Moim zdaniem wychodzi im to lepiej niż dobrze. Tutaj nie ma pierdolenia się w tańcu, tylko intensywne szatkowanie blastbeatami podkręcanymi nie mniej agresywnym riffowaniem, i to zarówno w stylu tremolo jak i tym bardziej klasycznym, chwilami zahaczającym o klasykę thrashu. A i jakiś drobny dysonans czasem przebiegnie drogę, udowadniając, iż muzycy nie trzymają się sztywno jednej, jedynej ścieżki. Jedno jest natomiast nad wyraz zauważalne. Z tej muzyki bije na potęgę siarczysty mróz, powodujący szronienie gałki ocznej i uderzający w twarz niczym szalejąca śnieżna zamieć. Można bez kozery powiedzieć, iż jest to black metal taki, jakim z założenia być powinien. Czuć w tych kompozycjach kipiący wkurw, który mimowolnie przenosi się na odbiorcę. Ja, słuchając „Coronation in Chaos” niejednokrotnie przypierdoliłbym komuś, kto tylko znalazłby się w zasięgu mojej prawicy. Mocno to rzeźbi, mocno oddaje pierwotnego ducha, mocno do mnie przemawia. Na pewno jeden z mocniejszych albumów blackmetalowych ze Stanów na przestrzeni ostatnich miesięcy. Sprawdzać, nie pierdolić!

- jesusatan




Recenzja Temple of Katharsis „Worshipers of the Ancient Necromancy”

 

Temple of Katharsis

„Worshipers of the Ancient Necromancy”

Theogonia Records 2025

Długo tym Grekom zeszło na nagraniu debiutanckiego albumu, który ukazał się dwa lata temu. Widać zabrali się do roboty, bo właśnie mamy kolejny krążek. Na „Worshipers of the Ancient Necromancy” najbardziej podoba mi się intro, ponieważ łączy w sobie świetne, mroczne dźwięki z norweszczyzną, z której momentami przebijają wpływy Burzum, ale reszta tej płyty nie jest wcale taka zła jak na grecki zespół oczywiście. Dobra nie będę się pastwił, ponieważ Temple of Katharsis bardzo sprytnie w swoich kompozycjach wybełtali skandynawskie i hellenistyczne ujęcie black metalu, przez co osiągnęli coś oryginalnie brzmiącego. Dodatkowo ich diabelszczyzna mocno doprawiona jest klasycznym typem tego rzępolenia z lat osiemdziesiątych. To prosta muzyka, korzystająca z dobrodziejstw thrashowego kostkowania oraz typowych dla drugiej fali, tremolando. Całość obdarzona surową produkcją, płynie w wartkim tempie i całkiem nieźle kołysze, częstując niewyszukanymi melodiami, które jednak dalekie są od innych kapel z południowego krańca Półwyspu Bałkańskiego. Za to sypią idealną warstwą szronu i odpowiednią dawką greckiej atmosferyczności, dzięki której z tego albumu nie wieje tylko zimnem, ale także mistycznym klimatem. Klimatem, który w tym przypadku nie jest ani cukierkowy, ani pompatyczny, do czego zdążyli już dawno przyzwyczaić niektórzy „szatańscy metalowcy” z Grecji. Temple of Katharsis gra tutaj przyzwoity black metal, który swoim usposobieniem, podkreślonym przez ciekawe wokalizy, chwilami może przypominać to, co niegdyś kazali słuchać pewni Norwegowie na „Transilvanian Hunger”. Jednakże większa melodyjność i wychylający się okresowo na pierwszy plan „hellenizm” z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ratuje ten album przed oskarżeniami o plagiat. Ok, trochę sobie żartuje, ale nie mogę się od tego powstrzymać, obcując z brygadą z Grecji. Ten przypadek nie jest w żadnym razie beznadziejny. Typowy black metal z duszą, która coś wyraża. Wysoko nastrojone gitary, wycofany bas i kontrastowo do wioseł gęsta perkusja. Szorstkie i groźnie brzmiące wokale, biczujące riffy i dobrze wkręcające się tremolo robią robotę. Nic nowego, lecz słucha się tego łatwo i przyjemnie. Fanom klasyki polecam, nie powinni być zawiedzeni.

shub niggurath




Recenzja Voidhämmer „Noxious Emissions”

 

Voidhämmer

„Noxious Emissions”

Caligari Rec. 2026

 


Voidhämmer to nowy twór z Los Angeles, w którego skład wchodzą muzycy znani choćby z Crematory Stench czy Swampbeast, natomiast „Noxious Emissions” jest ich debiutanckim demo, które lada chwila ukaże się pod skrzydłami Caligari Records. I tak na dobrą sprawę, opierając się wyłącznie na tych informacjach, powinniście już mniej więcej domyślać się, czym to się je. Mamy tutaj niecałe piętnaście minut, w czterech odsłonach, staroszkolnego, nieskomplikowanego death metalu. Pod względem rytmicznym czy harmonijnym skojarzenia z pierwszym z wymienionych na wstępie zespołów będą jak najbardziej na miejscu. Można powiedzieć, że to prosty, pulsujący rytm, przy którym można sobie niespiesznie pokiwać głową, tudzież potupać nóżką. Rytm ubrany w obleśne szaty, śmierdzący bagiennym mułem, w którym rozkładu dokonują szczątki martwych istot. Panowie przyspieszają niezwykle rzadko, ale nawet jeśli, to i tak tylko na chwilę, po czym powracają do swojego upartego mielenia. Sekcja rytmiczna natomiast miejscowo przechodzi w klasyczny d-beat, przy którym robi się nieco bardziej punkowo, i to, na dobrą sprawę, także znamy z Crematory Stench. Zresztą nie tylko, bo takie granie jest popularne niczym sezonowa grypa, i zbyt wielkiego pola do popisów tutaj nie ma. Zwłaszcza jeśli się na takowe nie sili, a Voidhämmer preferują środki do bólu klasyczne. Podobnie pod względem brzmienia, gdzie wspomniany rozkład i organiczność są wszechobecne i nad produkcją nikt się bez potrzeby nie spuszczał, co nie znaczy, że czegokolwiek na tych nagraniach nie słychać. Wszystko jest jak najbardziej selektywne i ciężkie jak pokrywa rodzinnego nagrobka. Moim zdaniem, czysto muzycznie, jest to materiał zero-jedynkowy. Dla tych, co się w tego rodzaju nieskomplikowanym graniu lubują, będzie on niezłą pożywką. Inni, o bardziej wysublimowanych gustach, zapewne ziewną jedynie szeroko i rozejdą się do domów. Obie reakcje będą jak najbardziej adekwatne do tego, co się na „Noxious Emissions” znajduje. No to już chyba wiecie, czy po ten materiał w ogóle sięgać, czy sobie darować.

- jesusatan




 

Recenzja Morte France „Hesperia”

 

Morte France

„Hesperia”

Antiq 2025

 


Morte France powstało niedawno, bo cztery lata temu. Na koncie mają epkę, debiutancką płytę, a teraz wracają z kolejnym krążkiem, który zawiera siedem numerów black metalu w ujęciu francuskim z małym dodatkiem greckich naleciałości. Francuszczyzna w muzyce tego tercetu to przede wszystkim gęste kostkowanie, dysonansowe zabiegi i mistyczne, wysokotonowe tremolo. Zaś grecko brzmiące pierwiastki to niektóre melodie oraz wyraźnie pompatyczne i nastrojowe momenty w towarzystwie śpiewanych wokali. Wszystko oparte na skandynawskim fundamencie, który objawia się w szybszych i zadzierżystych riffach, generuje intensywnego bleczura, który poza atmosferycznością potrafi także ostro posypać szronem. Muza od Morte France to również silny podmuch europejskiego pogaństwa, bo panowie nie stronią od charakterystycznych dla tego odłamu chwytliwości, a także od dziedzictwa Starego Kontynentu. Dziedzictwa odnośnie nie tylko pierwotnych religii, lecz i chrześcijańskiej wersji wierzeń. Za pomocą swego różnorodnego black metalu, dążą do zwrócenia uwagi na wzajemne przenikanie się tych dwóch płaszczyzn, które według nich posiadają swoje piękno i powinny żyć w symbiozie. Czy to możliwe? Skoro Morte France z powodzeniem łączy barbarzyńską rogaciznę z kawałkami przypominającymi chorał gregoriański, tyle że w wydaniu żeńskim, to chyba tak. Jak dla mnie jest to absurd, ale black metalowa część tego albumu całkiem daje radę, no może poza tymi „hellenistycznymi” wstawkami, które teatralną dramaturgią powodują u mnie odruch wymiotny. Black metal zagrany na siarczyście mroźnych gitarach i dudniących bębnach w zdawkowej, syntezatorowej otulinie. Stojący na ideologicznym rozdrożu, pragnąc obrać obydwie dostępne drogi, co jest po prostu niemożliwe, tak samo jak połączenie melancholii z brutalnością, śniegu z Saharą i greckiej diabelszczyzny ze skandynawską. Wszystkie te elementy wzajemnie się wykluczają podobnie jak ogólny wydźwięk tego wydawnictwa, którego zmienność równa się chwiejności. Nie można mieć ciastka i zjeść ciastka. Panowie z Morte France powinni wiedzieć, że lepszy wróbel w garści niż gołąbek na dachu.

shub niggurath




sobota, 27 grudnia 2025

Recenzja Oak Coffin „The Obsidian Ritual”

 

Oak Coffin

„The Obsidian Ritual”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

 


Pierwszy materiał pod szyldem Oak Coffin ukazał się dokładnie trzy dekady temu, a było nim demo „Unholy Suicide”. Potem zespół działał jeszcze kilka lat, rejestrując kolejne dwie demówki, po czym się rozpadł, albo raczej przepoczwarzył w Open Grave, by w zeszłym roku powrócić pod starym szyldem i wypuścić debiutancki album, który to właśnie trzymam w dłoni, dzięki uprzejmości meksykańskiej Iron, Blood and Death Corporation. „The Obsidian Ritual” to nieco ponad pół godziny grania o blackmetalowym kręgosłupie. Trochę mnie to odstraszyło, bo nie od dziś wiadomo, że akurat ten gatunek muzyczny nie należy do popisowych dań kuchni amerykańskiej. Nie jest to jednak, na szczęście, typowy USBM. Z drugiej strony, nie jest to też, a to także zaliczę in plus, żadna bezpośrednia zrzynka, czy to z odłamu skandynawskiego, greckiego, czy jakiegokolwiek innego. Można powiedzieć, że to taka mieszanka wszystkiego po trochu. Na początku należy wspomnieć o brzmieniu, które, mimo iż niekoniecznie wymuskane, bliższe jest muzyce thrashmetalowej niż klasycznemu wysokotonowemu bzyczeniu. Zresztą same riffy czasami bliżej leża klasyki z lat osiemdziesiątych wspomnianego gatunku, a wychodzący wielokrotnie na pierwszy plan, wyraźnie słyszalny bas może nawet momentami delikatnie przywodzić na myśl amerykański Sadus. Z drugiej strony sporo w tych kompozycjach melodii, które mieszają się z ostrymi harmoniami, a także melodii nordyckich, bynajmniej nie takich z gatunku raw. W sferze wokalnej też nie jest jednowymiarowo. God Vomit poza szorstkim wrzaskiem potrafi uraczyć odbiorcę niższym growlującym niemal głosem, ale i barwą zbliżoną do czystej (choć to naprawdę w ilościach śladowych). Dla okrasy panowie wrzucili tutaj tez kilka zgrabnych, odrobinę melancholijnych solówek, a także akustyczny przerywnik. Dzięki temu „The Obsidian Ritual” na pewno nie jest materiałem nudnym czy zagranym na jedno kopyto. Z drugiej strony, nie jest to tez nic rzucającego na ziemię, choć trzeba przyznać, że z każdym podejściem coraz bardziej wkręca się w głowę. Biorąc pod uwagę standardy amerykańskie, można jednak śmiało powiedzieć, iż Oak Coffin wybijają się nieco ponad średnią krajową. A na pewno starają się robić muzykę po swojemu, a nie jedynie powielać znane wzorce. Sprawdźcie ich zatem, bo podejrzewam, że niejednemu przypadną do gustu.

- jesusatan




 

Recenzja Windswept „The Devil’s Vertep”

 

Windswept

„The Devil’s Vertep”

Season of Mist: Underground Activists 2025

 


Nowa płyta od kapeli Romana Saenki jest albumem koncepcyjnym, bo w warstwie tekstowej opowiada o procesach czarownic, które miały miejsce w Zachodniej Ukrainie w latach 1753-1754. Natomiast na płaszczyźnie muzycznej nic w przypadku Windswept się nie zmieniło. Ukraińcy nadal szyją prosty black metal, który w bardziej chmurnych momentach przypominać może ujęcie norweskie. W ogóle jest to rogacizna ze skandynawskim rodowodem, który został doprawiony wschodnim romantyzmem, objawiającym się głównie w melodyjności. Jednakże nie są to jakieś ckliwe czy nachalne chwytliwości, lecz nawiązujące do kultury Ukrainy smutne i wręcz posępne harmonie. Poza nimi to zwyczajowe dla tego gatunku kostkowanie, które płynie w średnich tempach, częstując zmiennymi nastrojami oraz ciekawymi, wysokotonowymi wtrętami. Za pomocą tych ostatnich Windswept przełamuje odrobinę jednostajność swojego black metalu, który posiada właściwości hipnotyczne, zwłaszcza że utwory na „The Devil’s Vertep” nie należą do krótkich. Black metal od Windswept to niezmiennie zimny bleczur o ostrych gitarach, dobrze naoliwionej sekcji rytmicznej i jadowitych wokalach. Może nie jest czymś odkrywczym czy szczególnie zapadającym w pamięć, ale zagrany jest zgodnie z prawidłami sztuki i z odpowiednim zaangażowaniem. Zadzierżysty i zjadliwy, ale również refleksyjny i chwilami epicki. Skonstruowany z naturalną lekkością, co powoduje, że łatwo się go słucha. Nie pozbawia go to oczywiście gatunkowych cech, więc można to w sumie uznać za atut. Jeśli lubicie typowy black metal z ostatniej dekady poprzedniego wieku to bierzcie.

shub niggurath




 

piątek, 26 grudnia 2025

Recenzja Apocalyptic Necroholocaust “Every Breath is Forgotten”

 

Apocalyptic Necroholocaust

“Every Breath is Forgotten”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

 


Chile, Chile, Chile… The country where I want to be… Można by zaśpiewać wzorem klasyków. Tak, to na pewno kraj, który spłodził w cholerę dobrych zespołów, jeden z najważniejszych punktów geograficznych Ameryki Południowej, przynajmniej pod względem death, black i thrash metalu. Apocalyptic Necroholocaust jest kolejnym wyziewem z okolic Andów, a „Every Breath is Forgotten” to ich pierwsze wydawnictwo, zawierające cztery numery brutalnego death metalu. Death metalu niezbyt skomplikowanego, za to ciężkiego w chuj. Owe „brutalny” często łączy się z przymiotnikiem „techniczny”. W tym przypadku niekoniecznie, co nie oznacza, że muzyka rzeczonych gentlemanów jest prosta jak konstrukcja cepa. Otóż nie. Faktycznie, rolę wiodącą grają tutaj nieskomplikowane (ale nie siermiężne) akordy, najczęściej podbite bardzo prostolinijnie stukającą perkusją. W tych prostych fragmentach mamy do czynienia z czymś podobnym do wojny na wyniszczenie, nieustannym atakiem za pomocą podobnych środków, trochę na oślep, byle dobić ostatniego wroga. Apocalyptic Necroholocaust wiedzą jednak, że zbytnia monotonia może być w ostatecznym rozrachunku zbyt… monotonna. Stąd też w utworach na tej EP-ce pojawiają się krótkie sample, akordy bardziej chwytliwe, a także sporo zmian tempa, po doomowe włącznie (W „The Forsaken Crypt” pojawiają się klimaty brytyjskopodobne, mam na myśli klasyków pokroju wczesnego My Dying Bride czy Anathema). W tymże kawałku wyróżniają się wokale, których barw mamy cały kalejdoskop, od głębokiego growla, po anielskie zaśpiewy w tle. Nie zmienia to jednak faktu, iż wydźwięk całości jest niemożebnie bolesny i kopiący dupę w bardzo oldskulowym stylu. Może trochę mniej w tych nagraniach tego typowego południowoamerykańskiego feelingu, bo chłopaki bardziej chyba skłaniają się ku północy, ale dzikość i agresja płynącą z tych nagrań nie pozostawia absolutnie niczego do życzenia. Jak na pierwszy krok, „Every Breath is Forgotten” jest wydawnictwem we wszech miar udanym i bardzo obiecującym. Warto zatem zapamiętać tę nazwę i obserwować dalszy rozwój kapeli. Fajnie chłopaki grają.

- jesusatan




 

Recenzja White Baroness „War Chariots”

 

White Baroness

„War Chariots”

Primitive Reaction 2025

White Baroness to kapela założona w tym roku, przez starych wyjadaczy fińskiej sceny black metalowej. Po objawieniu się światu w czerwcu za pomocą dema „Lonely Cold Grave / Melindra’s Blood”, szybko wracają ze swoim pierwszym albumem. Szybciutko również poczynają sobie na instrumentach, bo diabelszczyzna w ich wydaniu zapierdala jak bobslej po torze, który jedzie na rekord. To siedem kawałków skonstruowanych w oparciu o wzorce z lat dziewięćdziesiątych, czyli wysoko nastrojone gitary, wycofany bas i sowicie sypiąca brzękiem swych talerzy perkusja. Lodowate brzmienie, opętańcze wrzaski wokalisty oraz wojownicza prędkość akordów, kaleczą uszy i boleśnie smagają skórę. To błyskawiczny blizzard, który byłby nawet do zniesienia, gdyby nie typowa dla fińskiego ujęcia melodyjność, ale to tylko moje zdanie, bo jej nie znoszę i wydaje mi się, że poprzez jej istnienie dany materiał staje się miękką papką o dość trywialnym wyrazie. Nie wiem co jest takiego w tych harmoniach, że niektórzy twórcy nie mogą im się oprzeć i wduszają je do swoich kompozycji. Mniejsza z tym. Jedyneczka od White Baroness to taki nawąchany amfą Dissection, bo leci ekspresowo i obok wirujących jak płatki śniegu tremolando korzysta także z heavy metalowych zabiegów, nie stroniąc od thrashowego biczowania w wersji „speed”. Panowie grzeją, ile wlezie i w ogóle nie mają ochoty się zatrzymywać. Kapela siecze lodowatymi chwytliwościami, dodając do nich trochę syntezatorowej atmosferyczności. To black metal, którego kreuje jego prędkość i melodyjność, i te dwa czynniki napędzają jego agresywność. Szkoda, że ten drugi faktor wypełnia go w takim stopniu, ponieważ przez to, ta napastliwość jawi się po prostu jako zwykły wybuch gniewu dziecka, które na złość otoczeniu wrzeszczy i podskakuje w rytm wymyślonych melodyjek. Cóż, jakoś nadmiar emocji od czasu do czasu trzeba z siebie wyrzucić, a Finowie wybrali na to taki właśnie krnąbrny sposób.

shub niggurath




 

czwartek, 25 grudnia 2025

Recenzja Excavated Graves „Life Isn’t For Everyone”

 

Excavated Graves

„Life Isn’t For Everyone”

Selfmadegod Rec. 2026

 


Mimo iż Excavated Graves jest nową nazwą na scenie deathmetalowej, wcale nie oznacza, iż za powstanie tego tworu odpowiedzialne są jakieś żółtodzioby. Wręcz przeciwnie. Jest to nowe wcielenie Piotra Sabarańskiego, z rozpadniętego już niestety Parricide. A że do towarzystwa muzyk dobrał sobie Michała Stopę (mającego epizody w Dissenter), to już sam ten fakt czyni Rozkopane Groby zespołem wartym sprawdzenia. Pod nowym szyldem panowie postanowili oddać hołd starej szkole szwedzkiego death metalu. Zaczerpnęli zatem w studni wiedzy, i, bez zbędnego udziwniania, spłodzili nieco ponad dwadzieścia minut szwedzizny. Jeśli jednak obawiacie się kolejnego klonu Entombed / Dismember, których to na świecie pojawiły się przez ostatnie dekady tysiące, to pragnę was uspokoić. Nie samym „Entobedem” bowiem Szwecja stoi. Owszem, jakieś tak elementarne wpływy tychże można na tych nagraniach wyłapać, jednak „Life Isn’t For Everyone” stanowi bardziej mieszankę większego ciężaru z fragmentami bardziej chwytliwymi. I też nie jest to granie typowe z gatunku groove death metal, jak choćby bardziej współczesny Feral. To bardziej połączenie Grave z Edge of Sanity, gdzie ten pierwszy przewija się głównie w prostocie riffów, niesamowicie masywnych i walących w głowę na zasadzie potężnego katara, a wpływy Swano i spółki uzupełniają całość o jakby bardziej rockowe harmonie. Nie ma na tym mini wariackich prędkości czy technicznych sztuczek, tutaj każda z pięciu kompozycji to siermiężny cios na korpus, poprawione po chwili sierpowym na szczękę. Głębokie wokale, klasycznie strojone gitary (choć w tym przypadku jakby bardziej przeczyszczone, bez maksymalnej ilości piachu w strunach) i sekcja rytmiczna, może i nieskomplikowana, ale odpowiednio podbijająca ciężar nagrań. Mam świadomość, że śmierć metal po szwedzku miał prawo się przez trzydzieści lat przejeść, jednak nadal powstają zespoły potrafiące z tego starego trupa wykrzesać coś słuchalnego. Takim tworem jest choćby Excavated Graves, bardzo solidni uczniowie znanych i lubianych profesorów. Jakiekolwiek pierdololo o elementach oryginalnych w twórczości tych panów uważałbym za kurtuazję, więc sobie takową pominę i nie będę dzielił włosa na czworo. Chcecie trochę dobrej Szwecji z krajowego podwórka? To posłuchajcie tego wydawnictwa. Zapewniam, że warto.

- jesusatan




 

Recenzja Velmorth „Feral Dominion”

 

Velmorth

„Feral Dominion”

Purity Through Fire 2025

 


To jednoosobowy szyld, za którym stoi niemiecki twórca Revenant, mający także swój udział w takich kapelach jak Order of Nosferat i Sarkrista. To debiutancka jego płyta pod tą nazwą, z której leci chłodem zatem jak się każdy pewnie domyśla jest to black metal. Rogacizna oparta na skandynawskich wzorcach, czyli kłębiące się tremolo i trochę thrashowego kostkowania przy asyście wyraźnego basu i ciepło brzmiących bębnów. Aha, jeszcze są wokale, a Revenant wrzeszczy ostro i wpiekłogłosy z zacięciem oraz niezłym wkurwem. Wszystko fajnie i pięknie, ale niestety jak dla mnie zbyt melodyjnie, bo te sialala i tralala szarpią mi strasznie nerwy i powodują migrenę. Poza tym, te siedem kawałków plus intro, odznacza się okrutną typowością i nic konkretnego nie ma do zaproponowania. Ot muzyczka leci sobie w zmiennych tempach, choć przeważają wartkie prędkości, snując „magiczne” opowieści o czasach starych i mrocznych, częstując bajkowymi harmoniami i tylko patrzeć jak zza fotela lub z łazienki wyskoczy jakiś zły Saruman bądź Uruk-hai, rzucając się mi do gardła. Brrr, nie mogę tego słuchać, bo bardzo się boję, ale przecież muszę coś napisać. Trochę relanium i będzie dobrze. Dobra, koniec znęcania się nad Velmorth. Ginący w morzu innych, podobnych produkcji black metal, który według mnie nie ma szans na przyciągnięcie do siebie poważnego odbiorcy tego gatunku. Wszystko to co na „Feral Dominion” już kiedyś było w lepszej lub gorszej formie i nie jest w stanie niczym do siebie przyciągnąć. Ani na płaszczyźnie kompozycyjnej, ani pod względem emocjonalnym. Muzyczny obrazek pozbawiony siły wyrazu i odpowiednich kolorów, nie mówiąc już nic o atmosferyczności. Diabelszczyzna w miałkiej i mocno wyświechtanej formie, o zapachu taniego wampiryzmu. Sorry, ale jestem na nie.

shub niggurath




środa, 24 grudnia 2025

Recenzja Häxär „Teufelskult”

 

Häxär

„Teufelskult”

Purity Through Fire 2025

 


Häxär to jednoosobowy projekt ze Szwajcarii, który powołany do życia został relatywnie niedawno. Co prawda oficjalnych informacji o narodzinach nie ma w karcie, jednak można zgadywać, iż miało to miejsce w roku dwudziestym trzecim, lub chwile wcześniej, bowiem przez ostatnie trzy lata pod szyldem tym ukazywały się kolejne pełne wydawnictwa V Noir’a. „Kult Diabła” jest trzecim z nich, a pierwszym, które trafiło pod moją strzechę. Co my tu zatem mamy… Ano black metal. Może nie taki surowy i bezkompromisowy jak w okresie początków drugiej fali, bardziej kojarzący się z końcówką millenium, jednak bynajmniej nie z wszelkiego rodzaju piszczałkami, babskim śpiewem czy kilogramami klawiszy. Sama struktura muzyki Häxär oparta jest na podstawowym instrumentarium. Także brzmienie tych nagrań nie ma zbyt wiele wspólnego z narastającą wtedy z roku na rok polerką i coraz dokładniejszą obróbką. Owszem, wszystkie partie są tutaj dokładnie słyszalne, jednak bliżej całości do lodowatej organiczności z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych niż lat późniejszych. Czysto muzycznie album ten jest taką przekrojówką, niestety bardzo nierówną. W szybszych partiach, które, moim zdaniem, wypadają na „Teufelskult” zdecydowanie potężniej, słychać wpływy choćby Marduk czy wczesnego Dark Funeral. Przeszywające blasty podkreślające intensywne, lecz całkiem swobodnie wpadające w ucho tremolo, robią sporą robotę i potrafią chwilami solidnie biczować plecy. Zwłaszcza otwierający całość „Damomenblut” stanowi naprawdę solidną zawieruchę. Szkoda tylko, że tych zrywów jest statystycznie mniej niż połowa, a reszta materiału osadzona jest w tempie średnim, lub chwilami wolniejszym, a cały album z kawałka na kawałek jakby spuszczał z tonu. Te wolniejsze numery już nie robią na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, będąc „średnią skandynawską”, czyli źle nie jest, ale klękać nie ma przy czym. No i całkowicie niepotrzebny jest też, moim zdaniem, kawałek ambientowy pod koniec płyty. To dla mnie taki swoisty znacznik projektów solowych, w których autorzy pragną za wszelką cenę udowodnić, że w „klimat” też potrafią. Albo po prostu wpychają te pasaże na siłę, bo nie mają z nimi co zrobić. Zastanawiałem się zatem, czy w przypadku Häxär jestem bardziej na „tak”, czy na „nie”. Ostateczną szalę przeważyły śpiewane, niby podniosłe wokale w ostatnim na liście „Prozession de Wolfe”. Nie, to już jednak nie ma moje uszy. Facet jakby chciał nagrać dla każdego rodzaju odbiorcy inną piosenkę, by zgromadzić ich jak najwięcej. Zaczął z wysokiego C, a skończył tak, jak facet kończyć nie powinien. Nie wiem, chcecie, to sobie sprawdźcie, bo momenty są. Tylko, że mało ich, i ogólnie chyba jednak, mimo wszystko, szkoda czasu.

- jesusatan




 

Recenzja Pedestal for Leviathan „Enter: Vampyric Manifestation”

 

Pedestal for Leviathan

„Enter: Vampyric Manifestation”

Personal Records 2025

 


Kurczę, już sama nazwa tego zespołu jakoś tak źle mi się kojarzy, ale po kolei. Pedestal for Leviathan to solowy projekt Amerykanina, niejakiego Kendrick’a Lemke, który dokooptował sobie trzech muzyków, aby grać koncerty. Tak więc nie zdziwcie się jak będziecie sprawdzali lineup tej płyty na The Metal Archives, a na zdjęciu zobaczycie czterech facetów. To pierwszy, debiutancki album tego projektu, który zawiera jedenaście numerów muzyki, która określona została jako „symphonic blackened death metal”. Nieprawdaż, że to fascynujące połączenie? Tak, zaiste ciekawa to rzecz, bo rozbawiła mnie okrutnie, ale nie całościowo, bo jeśli chodzi o samą warstwę metalową nie jest wcale źle. Podstawowe instrumentarium generuje agresywny death metal, który intensywnie siecze ciężkimi riffami i dobrze wkręcającymi się tremolo. Od czasu do czasu przechodzi on w miarowe, powtarzalne akordy, które wraz z zero-jedynkowo bijącą perkusją skręca delikatnie w industrialne rejony. Okresowo, typowe death metalowe kostkowanie, Kendrick przełamuje modernistycznymi zagrywkami, przerywając liniowość utworów i nadając im improwizacyjnego oraz nieco surrealistycznego charakteru. W połączeniu z głębokimi i nieprzyjaznymi growlami to rzępolenie, nawet brutalnie rozprawia się z narządami słuchu, zalewając gęstymi uderzeniami, silnymi blastami i miażdżącymi zwolnieniami. Niestety nasz utalentowany mieszkaniec Denver postanowił do wszystkiego dodać sporo symfonicznie brzmiących klawiszy, które nie zawsze pasują do metalowego podkładu. Jeśli wstrzeliwują się bezbłędnie, to jest ok, ale są to raczej rzadkie momenty. W większości brzmi to kuriozalnie, zwłaszcza kiedy te syntetyczne nuty pojawiają się w formie minimalistycznych i infantylnych uderzeń w klawisze, jak chociażby w czwartym kawałku „Sancity of Retribution” lub jako przesadnie dramatyczne pasaże w ósmym „Warlock Blacksmith”, totalnie przeładowując i tak już gęste i zwaliste, podstawowe tekstury. Kendrick Lemke podobno powołał do życia Pedestal for Leviathan, „aby tworzyć muzykę łączącą brutalne riffy death metalowe z uwielbieniem dla symfonicznych, ekstremalnie black metalowych zespołów, takich jak Cradle of Filth i Dimmu Borgir”. Doskonale mu to wyszło, serwując nawet ciekawy death metal, który przez bombastyczne syntezatory ma przesycony i wręcz teatralizacyjny wymiar. Jednakże fani symfonicznych ujęć metalowego grania powinni być zachwyceni.

shub niggurath




 

wtorek, 23 grudnia 2025

Recenzja Fuck It „No Rest”

 

Fuck It

„No Rest”

Murder Rec. / Enfermo Distro 2025

 


Jak u was z punkiem? Nie mówię tutaj o ewidentnych naleciałościach czy inspiracjach z tego gatunku w death, czy głównie black metalu, ale o „punku” – punku. Pod koniec lat osiemdziesiątych miałem w kolekcji kasety G.B.H. czy Sex Pistols, i choć bardzo szybko granie metalowe wzięło u mnie górę, to sentyment do tego gatunku pozostał do dziś. Zresztą uwielbiam sobie czasem odpalić jakąś torpedę, będącą stopem owego gatunku z grind, hard corem czy innym crossoverem. Fuck It (przy okazji, cóż za wysublimowana nazwa), to banda Portugalczyków, którzy pod rzeczonym szyldem zapragnęli sobie połupać właśnie najczystszego punka. Wydali w zeszłym roku demo , zatytułowane po prostu ”demo # 1”, a kilka dni temu, pod szyldem wyżej widocznych wytwórni, puścili współczesnej scenie zgniłe jajo pod tytułem „No Rest”. Dziewięć kawałków prostego, opartego na d-beacie punka, jak za dawnych, żeby nie powiedzieć, archaicznych, czasów. Proste linie gitarowe, ciepło chodzący w tle, doskonale słyszalny bas, numery trwające po dwie minuty (nie zawsze z haczykiem), powtarzalne harmonie i proste, krzyczane z werwą wokalizy. Przepis prosty jak na jajecznicę. Ale nawet w przydrożnych motelach takowa zawsze najchętniej na śniadanie dla kierowców schodzi. W zasadzie można snuć rozkminy, czy granie tego samego od niemal pięciu dekad ma jakiś sens, czy jeszcze jest na to zbyt, czy w ogóle ktoś się pofatyguje, żeby kolejny, milionowy punkowy band odsłuchać. Nie wiem, ale tak samo jak mogę w kółko poznawać kolejne klony Entombed / Dismember, tak światek punkowy zapewne ma swoich „jesusatanów”, dla których jedynym kryterium aprobaty jest nie innowacyjność, a jakość. Dla jakiegoś kolesia z irokezem na głowie „No Rest” może być tym, czym był dla mnie zeszłoroczny debiut szwedzkiego Impurity. Zresztą abstrahując od tych analogii, ten krótki, bo mieszczący się w osiemnastu minutach materiał, to po prostu solidny strzał w podbródek. Słychać, że kolesie grają to, co lubią najbardziej, nie dla poklasku czy sławy (zresztą, z taką nazwą…), tylko dla samych siebie, i dla dobrej zabawy. Ja przy Fuck It spędziłem kilka dłuższych chwil, odprężyłem się (bo ta niezobowiązująca do wysiłku umysłowego muzyczka idealnie się do relaksu nadaje), i z przyjemnością postawię sobie ten album na półce, by czasem sobie do niego wrócić. Jak macie wolny kwadransik, a nie za bardzo wiecie, co by tu włączyć, to se jebnijcie „No Rest”. Pozytywne wibracje gwarantowane.

- jesusatan




 

Recenzja Uranium „Corrosion of Existence”

 

Uranium

„Corrosion of Existence”

Sentient Ruins Laboratories 2025

 


Uranium to industrialny, solowy projekt ze Stanów, o którym nic bliższego mi nie wiadomo, poza tym, że właśnie wydał swoją trzecią płytę. W sumie muzyk, który popełnił „Corrosion of Existence”, wybrał właściwą nazwę dla swojej kapeli, bo Uran jako pierwiastek naturalnie występujący na Ziemi, posiada największą liczbę atomową. Taka też jest twórczość tego zespołu. Ciężka i promieniotwórcza. Składają się na nią gęste i zarazem duszne akordy, które mają tendencję do częstego wpadania w atonalne formy i przeobrażania się w przytłaczające drony. Towarzyszą im mroczne i nierzeczywiste sample, syntezatorowe dźwięki oraz chorobliwe zagrywki. Poza elektroniką generują ją soczyście przesterowane gitary oraz zwaliste bębny, od których drżą szyby w oknach i podłoga. To mechaniczny materiał, który zalewa uszy rytmiczną powtarzalnością w towarzystwie szeregu upiornych ozdobników i gwałtownych blastów. Wszystkiemu asystują wokalizy nie z tego świata, zagęszczając i tak już mocno zwarte struktury tutejszych, pięciu utworów. To muzyka nosząca znamiona noisu, który również przybiera bardziej uporządkowane oblicza. Uwierająca i nachalnie wdzierająca się do mózgu przez kanały słuchowe niczym nuklearny podmuch, który pozostawia po sobie koszmarne skutki wybuchu bomby jądrowej. To soniczny pejzaż o skrajnie dystopijnym wyrazie, który za pomocą „Corrosion of Existence” przedstawia krajobraz spowity w radioaktywnym deszczu. Spowite mgłą zgliszcza, ropiejące ludzkie ciała. Skóra i mięso odchodzące od kości, ból, jęk i zawodzenie. Poszczególne nuty tego albumu są niczym reakcja łańcuchowa, podczas której dochodzi do rozszczepienia jąder atomowych, czego wynikiem w tym przypadku jest przerażająca, muzyczna wizja zagłady, która pochłania doszczętnie fizyczny świat. Atakuje opresyjnie, kipiąc nieszczęściem i niosąc nic poza agonią.

shub niggurath




 

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Recenzja Kingdom of the Lie “About the Rising Star”

 

Kingdom of the Lie

“About the Rising Star”

Moans Music 2025 (re-issue)

Ło matko! To mi teraz listonosz staroć do chałupy przyniósł. Ciekawe, ilu z was pamięta ten zespół. Nie działał on na scenie zbyt długo, bo najpierw przez chwilę jako Blaspherereion, a następnie właśnie pod nazwą Kingdom of the Lie, pod którą to zarejestrował jedno jedyne demo, wznowione kilka dni temu nakładem Moans Music. Materiał ten pochodzi z roku dziewięćdziesiątego trzeciego, i zawiera sześć, trwających łącznie dwadzieścia trzy minuty kompozycji. Co tu dużo mówić, nagrania te to klasyka polskiego undergroundu z tamtego okresu. Pamiętam ten wysyp młodych zespołów, głównie po tym, jak Vader otworzył sobie kopniakiem drzwi za Żelazną Kurtynę, czym niezaprzeczalnie zmobilizował krajową młodzież do działania i wiary we własne możliwości. Zresztą „About the Rising Star” związane jest po części personalnie ze wspomnianą legendą polskiej sceny, bowiem Peter Wiwczarek udzielił się gościnnie na tych nagraniach, dokładając od siebie partie solowe. Co jest największą zaletą tych piosenek? Niewątpliwie ich autentyczność. Death metal w wykonaniu Kingdom of the Lie nie był kalką żadnego z wiodących w tamtym okresie zespołów, raczej mieszanką własną, łączącą w sobie elementy z różnych rejonów świata. Niektórzy mówili, że zespół ten był wyznacznikiem nowej jakości na naszym podwórku, choć, biorąc pod uwagę jak niewiele nagrał, ciężko w tym momencie te hipotezy potwierdzić. Na pewno jednak potencjał w tym demo był wyczuwalny, i to spory. Nawet jeśli specjalnych fajerwerków na nim nie znajdziecie. To masywny, brutalny death metal (choć osadzony w średnim tempie, o blastach zapomnijcie), dokładnie taki, jaki się kochało te trzydzieści (plus) lat temu. Nie pozbawiony mankamentów (patrz: choćby bardzo koślawe brzmienie, zwłaszcza perkusji, która przypomina jakąś rozklekotaną, żelazną machinę do stemplowania znaczków), z drugiej strony posiadający coś, czego podrobić się nie da. Tą wspomnianą wcześniej szczerość, wylewający się z każdego dźwięku bunt, wyrzygiwany tutaj w każdym wersecie. Trzeba przyznać, że jak na tamte czasy Kingdom of the Lie był zespołem dojrzałym, i kto wie jak faktycznie potoczyłyby się jego dalsze losy gdyby nie pewne życiowe okoliczności. Jeśli nie znacie „About the Rising Star”, to uważam, że ta lekcja historii będzie dla was bardzo treściwa. Ale warto mieć ten materiał na półce nie tylko ze względów historycznych. Jedyną rzeczą, która mi się na tym wydawnictwie nie podoba, to okładka. Wiem, że wzorowana na oryginalnej, ale zbyt nowoczesna, przekombinowana, i właśnie z tego powodu kompletnie nie pasująca do konceptu reedycji tego demosa. Jeśli was ona jakoś tragicznie nie razi, to zapraszam do zakupu. Warto.

- jesusatan




Recenzja Lychgate „Precipice”

 

Lychgate

„Precipice”

Debemur Morti Productions 2025

Lychgate już kilka lat sobie gra, bo robi to od 2011 roku i od samego początku komponuje awangardowy black metal, który wiele źródeł porównuje do Blut aus Nord. Czy to pójście na skróty, czy prawda nie wiem, ponieważ osobiście nie gustuje w takim ujęciu, ale muszę przyznać, że ci Brytyjczycy szyją muzę nietuzinkową. Nowa płyta nie jest czymś nowym w ich repertuarze, gdyż panowie w dalszym ciągu zapodają połamany i odjechany bleczur. Pełno tu dysonansów, nastrojowego plumkania, dzikich zrywów i pokręconych, improwizacyjnych elementów. Wszystko to w towarzystwie pianina i syntezatorów tworzy eksperymentalnie podaną rogaciznę, która gwarantuje brak nudy, bo dzięki jej częstym zmianom kierunku i dźwiękowego ich natężenia w stan hipnozy wprowadzić nikogo nie da rady. To mroczna i emocjonalna muzyka, złożona z wielu pierwiastków, które posklejane są momentami na siłę, ale chyba to dobrze przemyślany zabieg. Za jego pomocą Lychgate generuje gwałtowną i gęstą gędźbę, której agresywność wyciszana jest okresowo przez bardziej klimatyczne riffy czy przerywniki, co potęguje jej kolejne wybuchy, nadlatujące jakby z znikąd i atakujące z pełnym zaangażowaniem. „Precipice” to dobrze zaprojektowana maszyna, szturmująca zmysły jazzowymi wstawkami, rozległymi, klawiszowymi pasażami oraz atonalnym i miażdżącym kostkowaniem. Całość płynie oczywiście w zmiennych tempach, wijąc się w spazmach i chwilami okrutnych boleściach. Trochę też w tym melodii, gotyckiej atmosfery no i rzecz jasna dramatyzmu, którego sinusoida mocno faluje, nie dając spokoju i wpędzając w nerwicę. Prawie pięćdziesiąt minut materiału, który tworzy surrealistyczne pejzaże, przełamywane przez duszne i ryjące beret akordy. Raz intensywnie, innym razem spokojnie, ale przez cały czas ambitnie, choć nieco zbyt teatralnie. Fani pokombinowanego black metalu powinni być syci, bo najnowszemu daniu od tych pięciu kucharzy treści nie brakuje.

shub niggurath




niedziela, 21 grudnia 2025

Recenzja Túmulo „Evangelho do Canhoto”

 

Túmulo

„Evangelho do Canhoto”

Caverna Abismal Rec. 2025

Túmulo to bardzo ciekawi ludzie są, że zacytuję klasyka. Gdybym wam powiedział, że oto zespół pochodzi ze Szwajcarii, i gra speed / black metal, to bankowo mielibyście nie te skojarzenia, które powinniście. Ale jak już zasugeruję, żebyście dokładnie przyjrzeli się logo zespołu? Coś powinno zaświtać. A jeśli zerkniecie na tytuły utworów? No po szwajcarsku, to one nie są, co nie? No to dalej, co jeśli głównodowodzącym jest człowiek mający brazylijski rodowód? Aaaaa, no to już nawigacja zaczyna działać! Równie dobrze zespół mógłby stacjonować w Ameryce Południowej, ale wiadomo, obecnie jesteśmy obywatelami świata i wszystko się popierdoliło. Do rzeczy… „Ewangelia Lewej Ścieżki” to stara szkoła grania ze wspomnianego przed chwilą kontynentu. Echa wczesnej Sepultury, Vulcano czy Sarcofago są bowiem na tych nagraniach nad wyraz słyszalne. Nie jest to żadne odkrywanie nowych lądów, ale, co zaznaczyć trzeba z odpowiednią stanowczością, nie jest to też prostolinijne kopiowane starych wzorców. Co najwyżej kontynuacja, albo współczesna wersja dziczy, którą wspomniane zespoły prezentowały kilka dekad temu. Może i pozbawionej tego elementu zaskoczenia, towarzyszącego nagraniom klasyków w tamtym okresie, ale nie mniej wkurwionej, satanistycznej, i stojącej w opozycji do dzisiejszego, bardzo ugrzecznionego oblicza black, czy thrash metalu. Panowie nie pierdolą się w tańcu, tylko gnają prosto przed siebie, często na pełnych obrotach, przynajmniej jeśli za standardy szybkości uznamy te panujące na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Poza ostrymi jak brzytwa riffami poczęstują nas jadowitymi solówkami, wyśmienicie podkreślającymi starodawny rodowód ich twórczości. No i te wokale, jak wspomniałem śpiewane po hiszpańsku… Bez dodatkowych efektów, czysty wkurwiony krzyk, z tą charakterystyczną dla tamtego zakątka globu intonacją. Wszystko się tutaj idealnie zazębia i czuć w tych nagraniach gotującą się w żyłach krew. Bo, niby muzycy młodsi od metalowych dinozaurów, ale czujący taki sam zew krwi, który towarzyszył narodzinom klasycznego dziś odłamu death czy black metalu. Materiał ten trwa niecałe trzydzieści pięć minut. Jeśli macie ochotę na podróż w czasie, a żona dopiero zaczęła obierać ziemniaki na obiad, to odsłuch „Evangelho do Conhoto” będzie najprawdopodobniej najlepszym sposobem na spędzenie tych kilku chwil przed posiłkiem dla ciała. Bardzo dobry materiał.

- jesusatan




Recenzja Hessian / Gomold „Blasphemous Ritual in the Unholy Underworld…”

 

Hessian / Gomold

„Blasphemous Ritual in the Unholy Underworld…”

Murder Records 2025

Składankę zaczynają specjaliści od surowego black metalu z Atlanty. Częstują daniem dla większości niestrawnym, ponieważ trochę tym razem przesadzili, a może jednak nie, bo tych dwóch kawałków raczej nie można rozpatrywać jako typowej, piwnicznej diabelszczyzny. Dużo o ich charakterze mówią tytuły, „Ritual 1” i „Ritual 2”, gdyż tymi słowami idealnie wpisują się w dźwięki płynące z głośników. To noisowe wariacje, których trzonem zdają się być inwokacje, wypowiadane upiornym głosem przez jakiegoś szamana. Towarzyszą im chaotyczne bębny, atonalne gitary i przerażające, przesterowane wrzaski. Całość przypomina koszmarny temat filmowy z horroru, obrazujący mroczny i niezrozumiały dla zwykłego śmiertelnika obrzęd, odbywający się nocą w niedostępnych ostępach leśnych. „Ritual 1” płynnie przechodzi w „Ritual 2”, przeistaczając się w szum gitar i sekcji rytmicznej, które wraz z wokalizami już bardziej pasują do zwyczajowego raw black metalu. Te jednostajne nuty jakby wieńczą, poprzedzającą je celebrację dzikim i hipnotycznym szumem, który zaprasza do otumaniającego tańca. Nie inaczej poczyna sobie trójka Węgrów z Gomold. Surowizna w ich wydaniu jest równie nierzeczywista jak u Hessian. To również dwa numery, które przetłumaczyć można jako „Wiatr Śmierci” i „Czarna Śmierć”. Zaiste kolor ten tutaj dominuje, pożerając światło niczym czarna dziura. W rzępoleniu Gomold jest więcej ładu niż u poprzedników, bo łatwo w tym diabelskim zamęcie wychwycić poszczególne riffy, które wraz z perkusją, basem i odstręczającymi wokalizami tworzą bardziej uporządkowane kompozycje. Jednakże są to także wysoce barbarzyńskie akordy, które przełamane są atmosferycznymi wtrętami, a ich przytłumione brzmienie zdaje się dobiegać do uszu z oddali jak w potwornym śnie. Obydwie kapele zaprezentowały w pełnej krasie swoje sataniczne oblicze, kreując złowróżbną i posępną muzykę, która może wydawać się bezładnym hałasem, niezdarnie pretendującym do tronu raw black metalu. Nic bardziej mylnego, ponieważ nie należy postrzegać tej produkcji jako typowego przedstawiciela gatunku, lecz jako demoniczną improwizację o wysokim stopniu obskurności. Nie lada gratka dla wielbicieli głęboko podziemnego metalu. Zamiast choinki zapalcie świece, załóżcie słuchawki i wsłuchajcie się w to wywołujące ciarki na plecach misterium. Bluźniercze, gęste od okultyzmu i śmierdzące zgnilizną wydawnictwo, ale nie dla wszystkich.

shub niggurath