Death Invoker / Hessian
“Bestial Sacrifice for
Primitive Adorations”
Murder Rec. / Southern Soundclash Rec. 2026
Kolejny splicik z czarnej koperty, czyli tym razem
Death Invoker i Hessian. Ci pierwsi pochodzą z Limy, grają ku chwale rogatego
już dwie dekady, ale nadal bronią się przed wydaniem debiutu jak przed kąpielą
w święconej wodzie. Z ich strony dostajemy cztery kawałki (z których dwa to
instrumentalne wprowadzacze) black metalu, bardzo charakterystycznie dla
tamtego rejonu świata, bo wzbogaconego thrashowym sznytem. Albo nawet
odwrotnie, bo gdyby nie garażowe brzmienie i styl wokalny, powiedziałbym, że to
bardziej thrash / death niż black. Rzeczone intra w stosunku do kompozycji
właściwych są nieco przydługawe, bo niemal dorównują im pod względem czasu
trwania, ale tak sobie panowie wymyślili. Numery Peruwiańczyków to klasyka
podziemnej Ameryki Południowej. Słychać tu starą szkołę, są ostre riffy w stylu
teutońskim, pogłosy na wokalach, ogień buchający z każdej nutki i
charakterystyczny dla tamtejszego stylu klimat. Innowacji nie uświadczamy, ale
po cholerę, skoro taka formuła doskonale się sprawdza od lat. Mi się tutaj
wszystko zgadza, i nawet jeśli nie jest to poziom światowy, to na pewno bardzo solidny.
Zresztą możliwe, że niektórzy z was band kojarzą, bo swojego czasu wydali też
split z naszym Throneum. Ten również warto sprawdzić, tym bardziej, że Hessian
zaznacza na nim swoją obecność (co prawda tylko przez pięć minut) w klasycznym dla
nich stylu. Czyli szybko, na oślep do przodu, w stylistyce garażowo – wojennej.
W ich przypadku nie ma już wątpliwości, że to black metal, i to bardzo
minimalistyczny. Nordyckie tremolo, chwilami nawet melodyjne (jak na standardy
do których zdążyli mnie przyzwyczaić), tempo śrubowane przez nieskomplikowaną
perkusję (z zasady u Hessian jest to Pan Yamaha, ale w tym przypadku, nawet
jeśli, to zaprogramowany bardzo po ludzku), wściekłe wrzaski i charczenia,
klasyka surowego grania. Brzmi to jak podrzędny zespół podwórkowy, ale ma swój
urok. Nie wiem, czy zniósłbym takie łomotanie przez czterdzieści minut, ale te
kilkuminutowe wydawnictwa chłopaków z Atlanty wchodzą mi niczym igła w
pośladek. Dobry split. Warto rzucić uchem.
- jesusatan






