sobota, 31 października 2026

Recenzja / A review of Befouled Malediction „Desperate Necromancy”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Befouled Malediction

„Desperate Necromancy”

Ixiol Productions / Dawnbreed Records 2026

To zdaje się nowa kapela ze Stanów Zjednoczonych, a to jej debiutancka płyta, która niesie ze sobą siedem utworów melodyjnego black metalu. Kurczę, problem mam z tym krążkiem jak cholera, bo nie gustuje w takich wykwitach, a za recenzję powinny wystarczyć słowa z notki informacyjnej, które mówią, że płyta ta […] śledzi losy czarnoksiężnika, którego świat rozpada się po nagłej śmierci ukochanej [...]. Temat dla diabelszczyzny jak znalazł, co nie? Cóż, tą smutną historię Befouled Malediction ubiera w tradycyjne formy dla gatunku, czyli mieszankę tradycyjnego biczowanie i tremolo, która płynie w zmiennych tempach i oprócz sypania szronem oraz zadawania tęgich razów, częstuje chwytliwymi solówkami i dodatkami w stylu dungeon synth. Rzecz jasna, całość obdarzona jest odpowiednią do konceptu melodyką, która ma bodajże za zadanie podnosić smutasów na duchu lub rozmarzać i wpędzać w jeszcze większą depresję niż przed chwilą. To rogacizna wygenerowana na cieniutkich gitarach i delikatnie wycofanej sekcji rytmicznej, choć momentami przebija się ona śmiało do przodu. Za instrumentami podążają wokale, przy wydobywaniu których, mikrofoniarz zdziera sobie gardło, ale całkiem nieźle mu to wychodzi. Amerykanie grają black metal bez siły przebicia, na czym w sumie im nie zależy, ponieważ mocno mi się wydaje, że wolą stawiać na chwytliwość i romantyczną atmosferę, dając pierwszeństwo ckliwej opowieści, budując ją, używając dźwięków tego mrocznego gatunku z niewiadomych przyczyn. Tekst od promotora, dołączony do tego materiału mówi również, że album ten powinien trafić bez trudu do fanów Arckanum, Sacramentum i Dissection, zatem im polecam sprawdzić to wydawnictwo, ale reszcie oczywiście i w żadnym wypadku tego zabronić nie mogę.

shub niggurath

 

 

Befouled Malediction

“Desperate Necromancy”

Ixiol Productions / Dawnbreed Records 2026

 

This appears to be a new band from the United States, and it’s their debut album, featuring seven tracks of melodic black metal. Man, I’ve got a hell of a problem with this one, because I’m not into this kind of stuff, and the words from the press release, which say that this album “Follows the story of a sorcerer whose world falls apart after the sudden death of his beloved”. A perfect theme for devilry, isn’t it? Well, Befouled Malediction wraps this sad story in the genre’s traditional forms, that is, a mix of classic thrashing and tremolo that flows at varying tempos, and besides sending chills down your spine and delivering heavy blows, it treats you to catchy solos and dungeon-synth-style elements. Of course, the whole thing is imbued with a melody befitting the concept, which is presumably meant to lift the spirits of the melancholic or to lull them into an even deeper depression than before. It’s a dark, brooding sound generated by high-pitched guitars and a subtly recessed rhythm section, though at times the rhythm section boldly pushes its way to the forefront. The vocals follow the instruments, and the singer is practically screaming his lungs out to get them out, but he pulls it off pretty well. The Americans play black metal that lacks punch, which they don’t really care about, because it seems to me that they prefer to focus on catchiness and a romantic atmosphere, prioritizing a maudlin narrative and building it up using the sounds of this dark genre for reasons unknown. The text from the promoter, included with this material, also states that this album should easily appeal to fans of Arckanum, Sacramentum, and Dissection, so I recommend that they check out this release, but of course, I can’t stop anyone else from doing so either.

shub niggurath




 

czwartek, 29 października 2026

Recenzja Grave Hex “Domain of Foul Rebirths”

 

Grave Hex

“Domain of Foul Rebirths”

Night Terrors Rec. / Cavernous Rec. 2026

Grave Hex zawiązał się w Helsinkach zaledwie dwa lata temu. Zespół zdążył już jednak dać się poznać swoim debiutem, który to zresztą przedstawiłem tutaj nieco ponad rok temu. Teraz panowie, wespół ze swoją własną Jo Bench (czyli Hanną na basie), wracają z pięcioma nowymi numerami, kryjącymi się pod widocznym powyżej tytułem. Dla tych, którzy nie kojarzą, Finowie grają śmierć metal. I to w przypadku tej EP-ki nawet bardziej tradycyjny i czysty gatunkowo niż na wspomnianym debiucie. Mniej tu kombinowania, nieco mniej punkowych podjazdów, więcej staroszkolnych konkretów. Ze wspomnianego punka pozostały ewentualnie rytmy perkusyjne, aczkolwiek tym razem i tak brzmią one bardziej jak u klasyków ze Szwecji niż faktycznych inspiracji tym nieco starszym gatunkiem. Owszem, jest w tej muzie trochę skoczności i chwytliwości, ale jej podstawę stanowi deathmetalowy ciężar. Jak wspomniałem, finezji w tych nagraniach jakby mniej niż na „Vermian Death”, co nie znaczy, że panowie zapomnieli o wplataniu w swoje riffy odpowiedniej dawki melodii, czy zmian tempa. To, głównie obraca się w granicach średnich, acz niekiedy kapkę spada na rzecz siermiężnych, uderzających w łeb, rytmicznych akordów. Trochę to wówczas przypomina marsz nieumartych, a masą kojarzy się ze średniej wielkości spychaczem. Gdzie indziej, też w tych prostych, niewyszukanych momentach, staje mi przed oczami Haemorrhage i Fernando wymachujący górną, czy tam dolną, kończyną, niby zajumaną z kosza na szpitalne odpady. Choćby w „Master’s Lair”. Poza powyższymi nazwami wymienić jeszcze, w formie inspiracji, można połowę Szwecji, albo Incantation, którego echa również się na tym EP-ku przewijają. Innowacji tu niewiele, za to konkretnego pierdolnięcia zdecydowanie więcej. Masywnie to brzmi, więc za ten element też plus. Wokal – rasowy, bez finezyjnych wywijasów, idealnie pasujący do podkładu muzycznego. Legancko się tego słucha, nawet jeśli na podłogę nie rzuca. Sprawdzić zatem można, a nawet wypada, choć jeśli ktoś się zgapi, to życia raczej nie przegra. Debiut podobał mi się chyba mimo wszystko bardziej. Zobaczymy jaki będzie następny krok Grave Hex. Myślę jednak, że z tej mąki więcej niż solidny wyrobnik ostatecznie nie wyrośnie.

- jesusatan




Recenzja Dominion „Mortification of Thy Flesh”

 

Dominion 

„Mortification of Thy Flesh”

Sinistrari Records 2026

Trochę kapel o tej nazwie się nazbierało, ale ta pochodzi z New Hampshire, gdzie powstała w 2019 roku. Nagrań ma bez liku, bo jedną epkę i koncertówkę, no i ten debiut więc chyba załoga się nie przemęcza, w sumie rozumiem, gdyż też nie lubię. Dominion gra death metal w klasycznej odmianie, która funkcjonowała w latach dziewięćdziesiątych w USA. Jest to ujęcie bardzo surowe, które odznacza się żylastością i siermiężnością. To proste, sękate riffy i sporo gęstego, tłumionego bicia, co podkręca sekcja rytmiczna, która składa się z dwóch, mięsistych basów i nieco płaskiej perkusji. Instrumentarium towarzyszą bulgoczące i lepkie growle, od których przewraca się w żołądku. Muza grana przez Amerykanów płynie głównie w wolnych i średnich tempach, gniotąc i mieląc cierpliwie, bo miażdżyć i rozdrabniać z pietyzmem wręcz kocha. Death metal w wykonaniu Dominion jest bezlitosną i prymitywną maszyną, która dla współczesnego fana tego gatunku, może okazać się zupełnie nie atrakcyjna. Surowe brzmienie, piskliwe zagrywki i zgrzytliwe solówki wraz z łupiącymi basami i beczkami robią małe kuku, a obrzydliwe teksty wyrzygiwane przez gościa przy mikrofonie, stawiają kropkę nad i. Muzyka paskudna, brudna i bezkompromisowa. Oprócz tego w dzisiejszych czasach może wydawać się wtórna i w gruncie rzeczy taka jest, ale jest to obliczony efekt, założony przez jej twórców, którzy po prostu grają to co lubią, odtwarzając utarte schematy sprzed wielu lat. Album ten to swoisty przekrój tego gatunku, który koncentruje się na jego najbardziej obscenicznej stylistyce, uwalniając na świat ohydnego potworka w postaci „Mortification of Thy Flesh”.Poza wstępem i zakończeniem, sześć numerów, od których dostaniecie mdłości. Pycha. Częstujcie się.

shub niggurath




Recenzja Master “Among the Seeds of Death”

 

Master

“Among the Seeds of Death”

Hammerheart Rec. 2026

Odliczania ciąg dalszy, czyli Master po raz… szesnasty! Mało który zespół dorobił się na przestrzeni lat tylu albumów. Chuj tam, że się dorobił, ale żeby cały czas utrzymywał wysoki poziom, to już jest prawdziwy ewenement. Coś circa dwa lata temu pisałem wam, że „”Saints Dispelled” to dojebana płyta, i Speckman nadal umie w death / thrash. Kilka tygodni temu, kiedy zrobiłem sobie z „Among the Seeds of Death” z dwie rundki, pomyślałem, że nieco mu ciśnienie spadło. I w sumie nawet chciałem sobie odpuścić recenzję tego albumu, ale któregoś dnia wypiłem sobie trzy bursztynowe, i poczułem ponowną ochotę na Master. I tak mnie ten krążek ruszył, że z kolegą słuchaliśmy go cały wieczór. Tak, wiem, i przyznam to od razu bez bicia, muzyka brodacza mieszkającego obecnie za naszą południową granicą faktycznie jest wtórna, powtarzalna, nieskomplikowana, a na nowym albumie nawet chyba jeszcze bardziej punkowa niż dotychczas. No i? I chuj! Niech sobie będzie, skoro to i tak jest wysoki (no nie napiszę że najwyższy, bo będzie że się spiłem) poziom grzańska. Co jak co, ale proste granie to ja akurat lubię. A Master gra prosto. Dla zwykłego chłopa spod budki z piwem. Co prawda gdzieś tam pomacha mu przed zamglonymi oczami bardziej klasyczną, nie należącą do prymitywnych solówką, w innym momencie pobuja chwytliwą melodią, ale nawet wtedy ów Mistrz będzie ubrany w brudne, obrzygane i kilka miesięcy nie prace łachmany, znalezione pewnie pod kontenerem PCK. Muzyka Master to klasyka prostoty gatunku. Jednocześnie muzyka, która dla określonego grona odbiorców jest nadal tym, czego im najbardziej do szczęścia potrzeba. Ja, jak idę po piwo, to nie muszę za każdym razem kupować Komesa. Częściej walnę za podobną cenę z trzy dyskontowe mocne, i jestem po nich równie szczęśliwy. Z muzyką mam podobnie. Wykwintną nie pogardzę, ale i tak gdzieś tam w serduchu najsilniej bije mi ta prosta, wulgarna. Powiem wam zatem najprościej jak się da. Nowy Master to naprawdę fajna płyta, o ile nie oczekuje się od staruszka, że zatańczy jak młody kozak. Może i rzeczywiście w ostatecznym rozliczeniu słabsza od poprzedniej, ale tylko odrobinkę. Speckman, mimo iż już siwy, i pewnie mu kręgosłup siada, nadal daje radę. Jak mało kto w jego wieku (nie wypominając). Oby tak dalej.

- jesusatan




Recenzja Disembody „Awakening of Ancient Evil”

 

Disembody

„Awakening of Ancient Evil”

Helldprod Records 2026

Kurcze, całe pięć lat zajęło Finom nagranie drugiego krążka, a debiut był całkiem, całkiem. Na „Awakening of Ancient Evil” panowie kontynuują rzeźbienie w materii poczernionego thrashu i w dalszym ciągu nawiązują do gwiazd tego gatunku z lat osiemdziesiątych. Jednakże na najnowszym wydawnictwie mniej słychać podobieństw do Sodom, Kreator czy Slayer, choć poruszanie się w określonej stylistyce powoduje, że pewne maniery narzucają się same i nigdy do końca, od skojarzeń dana kapela się nie uchroni. Disembody grzeją ostro, biczując aż puchnie, a na dokładkę wiercą dziury w mózgu, świdrującymi solówkami, ale też sporo dusznej i przepełnionej magią atmosfery za pomocą bliskowschodnich melodii, zesłać są mili. Finowie szyją zaciekłe, bezlitośnie raniące riffy, podbite ostrym i lodowatym brzmieniem, któremu nie przeszkadza w torturach wycofana sekcja rytmiczna. Całości przygląda się, śpiewając swym chropowatym i nieprzyjaznym głosem mistrz tej ceremonii, cedząc arogancko bluźnierstwa. Czyste, diabelskie rzępolenie, obdarzone satanicznym jadem i mistycznym klimatem, które w sumie i w przypadku tego duetu niczego nowego do kanonu nie wnosi. Kolejna odsłona black-thrashu z lat osiemdziesiątych, zapodana w czasach, w których według ówczesnej kultury samochody powinny latać i pierwsze hotele na Marsie powstawać. Niestety, czas zatrzymał się w miejscu, przynajmniej w kwestii tego gatunku, który Disembody na swojej drugiej płycie napierdala rzetelnie i z zaangażowaniem. Tylko po jasną cholerę niektóre numery mają aż siedem lub osiem minut? Oprócz tego małego zgrzytu wszystko w normie. Surowo, zgrzytliwie i mrocznie. Posłuchać nie zaszkodzi, a fani klasyki powinni być zadowoleni.

shub niggurath




środa, 28 października 2026

Recenzja Calus „The Evolution of Social Exclusion”

 

Calus

„The Evolution of Social Exclusion”

Independent 2026

Calus jest podobno już trochę legendą na amerykańskiej scenie stoner metalowej. W sumie się nie dziwię, bo od momentu powstania w 2002 roku, razem z „The Evolution of Social Exclusion”, w swojej dyskografii posiadają tylko trzy epki. Najnowsze wydawnictwo zawiera sześć utworów zwyczajowego, klasycznie potraktowanego stonera, który dobrze buja i otumania, bo podstępnie trochę powietrza odbiera. W sumie z tą klasyką to trochę mnie poniosło, ponieważ Amerykanie oprócz ciężkich kołysanek mają również tendencje do schodzenia na niższe rejestry, brodząc momentami trochę w błocie, co zbliża ich rzępolenie do sludge metalu. Panowie potrafią odjechać również w drugą stronę, odchudzając okresowo aranżację, wprowadzając do nich nieco lżejszych brzmień, jeśli grunge’owe akordy takimi nazwać można. Calus gra muzę mroczną, gęstą i psychodeliczną. Nie jest ona jednak pozbawiona melodyjności, a i brudnego groove’u jej nie brakuje. Co charakteryzuje ten materiał, to różnorodność brzmienia, smołowate riffy, nawiązujące do Black Sabbath, chwytliwe solówki, które korespondują z melodyjnym rockiem oraz cały kalejdoskop stoner’owego, sludge’owego i grunge’owego kostkowania w towarzystwie zmiennych wokaliz. Kwintet z Karoliny Południowej zadbał również o wrażliwszych odbiorców, umieszczając na tej epce także miłą, ale też nieco gorzką balladkę w postaci trzeciej kompozycji „Stone Snake”. Fanom takiej muzyki to wydawnictwo polecam. Twardziele i sataniści mogą sobie darować.

shub niggurath




wtorek, 27 października 2026

Recenzja Mørkgrim „Sǫgur frá Norðfirði”

 

Mørkgrim

„Sǫgur frá Norðfirði”

Soulseller Rec. 2026

Kurwa, myślałem, że jak zespół ma w nazwie Mörk i Grim, to może być mroźnie i ciekawie. Tytuł ich debiutu z kolei, który przetłumaczyć można jako „Sagi z Nordfjordu”, skojarzył mi się natychmiast z cyklem wydawniczym „Saga o ludziach lodu”, który to swego czasu czytał shub niggurath, i pamiętam, że  mu się podobało. No to, z racji tego, iż akurat nie miałem nic innego do roboty, sobie owe piosenki sprawdziłem. Od razu wrócę do nazwy, i nieco się powtórzę… Sądziłem, że jeśli się jakąś wybiera na swój szyld, to do czegoś ona jednak zobowiązuje. Tutaj nie jest, niestety, ani mrocznie, ani ponuro. Jest nudno i… poniekąd zabawnie. Nudno, bo panowie grają przeciętny, choć sprawnie skonstruowany, i oprawiony nawet przyzwoitym brzmieniem, black metal. Niestety, bardziej w klimatach, za którymi nie szaleję, czyli borostworowych. Sporo tu ogniskowych przyśpiewek (zresztą dźwięki palonego drewna gdzieś się tam po drodze przewijają, przy akompaniamencie jakiegoś rogu czy innego dętego), także z panienką, w wersji akustycznej, ludowych melodii, pradawnych instrumentów, chodzenia po lesie i szukania grzybów. Prawdziwego black metalu natomiast deficyt. Widać duet stawia na budowanie klimatu z czasów, kiedy to mężczyźni portki mieli ze skóry lisa, jako kondoma używali ogona wiewiórki, a o centralnym ogrzewaniu nikt jeszcze nawet nie myślał. Słyszałem w życiu kilka dobrych płyt z tego odłamu, ale „Sǫgur frá Norðfirði” stoi lata świetlne od nich. OK., było, że nudno, to teraz, czemu zabawnie. Ludzie… Posłuchajcie tego wokalu. Jak bym nie wiedział, to bym pomyślał, że sobie chłopaki robią jaja. Nie dość, że głos jest tutaj wyjątkowo mocno wyeksponowany w miksie, to jeszcze jego barwa (nie przymierzając Golum z „Władcy Pierścieni”), po prostu może wywoływać eksplozję śmiechu. Dawno już nie słyszałem tak kabaretowego podejścia do tematu. Trochę odetchnąłem z ulgą, kiedy w końcu nastała cisza, ale, ku mojemu zdziwieniu, po dłuższej chwili coś zaczęło do mnie z głośników gadać. A potem był jeszcze bonus track. Na drugie podejście się już nie zdecydowałem, czym zaoszczędziłem pół godziny życia (a przez pół godziny można sobie w spokoju wypić, na przykład, dwa piwa z lodówki). Co do podsumowania… Kto lubi takie folkowo leśne klimaty, niech sobie sprawdzi. Ale szału nie gwarantuję. Kto nie lubi, jak ja, może sobie darować.

- jesusatan