środa, 2 września 2026

Recenzja Deprive „The Archaic Summoning”

 

Deprive

„The Archaic Summoning”

Fallen Temple 2026

Nigdy nie spotkałem się wcześniej z tym hiszpańskim zespołem, ale gdy słuchem najnowszej, czwartej płyty od Deprive, to trochę mam wrażenie jakbym obcował z wczesnym, skandynawskim ujęciem death metalu. W szybszych i niezwykle nośnych partiach, mocno kojarzy mi się z takimi kapelami jak Cadaver, Carnage czy wczesny Therion, Podobnie jest z brzmieniem, które jak wtedy, nie jest tutaj aż tak mocno dociążone, ale całkiem nieźle świdruje w uszach dzięki swej charakterystycznej barwie. W śmierć metalowych fragmentach dominują szybkie i chwytliwe riffy z małą domieszką blastów, ale całość okraszona jest posępną wręcz depresyjną atmosferą, z której unosi się woń rozkładu. Muzyka Hiszpana to także sporo elementów doom metalowych, które wyraźnie przypominają wydźwiękiem i typową, jak na lata dziewięćdziesiąte melodyką takie kapele jak raczkujący wtedy przedstawiciele brytyjskiej sceny deta gotyckiego. Te powolne i klimatyczne zjazdy, raczą po mrocznemu melancholijnymi harmoniami, które dość dobrze zagęszczają powietrze, wpadając w żałobne tony. Ogólnie rzecz biorąc, „The Archaic Summonig” jest mieszanką death i doom metalu, który zabiera nas na wycieczkę do ostatniego dziesięciolecia dwudziestego wieku, przedstawiając ówczesne początki wymienionych i tutaj zespolonych gatunków, które w nieco odświeżonej przez Deprive formie, doskonale ze sobą korespondują. Oprócz tego dostarczają doskonale wyważonej mikstury złożonej z brutalności, cmentarnego przygnębienia i czysto, death metalowych miazmatów, to również częstują niesamowicie sugestywną aurą. Oldskulowy, dobrze napisany materiał, który jako fuzja doom i death metalu w przypadku tej płyty sprawdza się znakomicie.

shub niggurath




wtorek, 1 września 2026

Recenzja / a review of Death.Void.Terror. “To the Great Monolith III”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN - 


Death.Void.Terror.

“To the Great Monolith III”

Sentient Ruin Laboratories 2026

 


Życie jednak potrafi zaskakiwać. Sześć lat czekałem na następcę “To the Great Monolith II”, a kiedy w moje ręce w końcu trafiła EP-ka o numerze 2.5, to nie zdążyłem się nią jeszcze nacieszyć, gdy do drzwi zapukał ostatni rozdział trylogii. Słucham w tej chwili „To the Great Monolith III” po raz dziesiąty, i nadal nie potrafię się otrząsnąć, a miliony myśli kłębią mi się w głowie. Jak by tu je ubrać w słowa, żeby było krótko, ale bez pomijania kwestii najważniejszych. Przede wszystkim zacznijmy od tego, że trzecia część Wielkiego Monolitu to po raz kolejny muzyka nieco inna niż poprzednio. Małą wskazówkę odnośnie jej zawartości dostaliśmy już na wspomnianej EP-ce, ale to było jedynie pojedyncze mignięcie w obliczu eksplozji supernowej, czyli tego, co przynosi najnowszy materiał. Gruz i katakumby zniknęły niemal całkowicie. W zamian, dookoła nas wyrósł gęsty las, gdzie wstęp mają tylko nieliczny. Las, w którym odbywają się zakazane rytuały. „To the Great Monolith III” to pradawna msza, albo odprawianie czarów. To najbardziej dojrzałe, najbardziej podniosłe nagrania jakie zespół zarejestrował. Pięć kompozycji będących tajemną celebracją, zapomnianym obrządkiem, którego przebieg dane nam jest obserwować z ukrycia ze wstrzymanym oddechem. Muzyka na „III” pod względem tempa jest poniekąd monotonna, zarazem hipnotyzująca. Często dany moment, zazwyczaj niespieszny, co najwyżej w tempie marszowym, zapętla się na kilka dłuższych chwil. Wokół niego natomiast dzieją się rzeczy niesamowite. Biją trybalne bębny, druidzi w czarnych kapturach dmą w trąby, w tle płyną klawiszowe pasaże, a szamani śpiewają. Ale śpiewają tak pewnym siebie, mszalnym głosem (jakby odprawiali wyczekiwany przez tysiące lat obrządek), że można dostać gęsiej skórki. Zresztą wokale są na tym krążku jednym z najsilniejszych punktów. Są tu szepty, zawołania, wspomniane śpiewy (zarówno w wysokiej jak i niskiej tonacji), często brzmiące niczym inkantacje, growle, wrzaski, gwizdy… Kojarzycie płytę Morbid? Pamiętacie ten pijacki motym pod koniec albumu? Tutaj też mamy „la-la-la-la”, tylko że nie jest nam w tym przypadku do śmiechu. „To the Great Monolith III” to album który cały czas trzyma w napięciu, który nie daje nam pewności, ani żadnych wskazówek, odnoście tego, co się wydarzy za chwilę. To płyta, która z każdym odsłuchem zagnieżdża się coraz głębiej w głowie, by ostatecznie przejąć nad nami kontrolę. To płyta mocno awangardowa (są na niej momenty, które kojarzą mi się nawet z naszym Wędrowcy-Tułacze-Zbiegi), kompletnie niezwyczajna i odbiegająca dość mocno od ogólnoprzyjętych standardów. Płyta, na której instrumentarium czysto metalowe zepchnięte zostało na drugi plan, ale nie pozbawione swoich ściśle przypisanych funkcji. Bo poza wspomnianą magią, nagrania te mają w sobie odpowiedni tonaż, i bynajmniej nie skręcają w symfonię, jeśli ktoś mógłby tak domniemywać. Jeśli dziś bardzo małoprawdopodobnym jest nagrać płytę oryginalną, nieprzekombinowaną, ciężko przyswajalną, a zarazem we wszech miar intrygującą, to Death.Void.Terror właśnie tego dokonali. „To the Great Monolith III” to fantastyczne zwieńczenie projektu, który z każdym krokiem dojrzewał i ewoluował (i to w jak najlepszym tego słowa znaczeniu). Dla mnie jest to zdecydowanie jeden z najlepszych krążków jakie w tym roku słyszałem. Dalsza rekomendacja wydaje mi się zatem zbędna.

- jesusatan

 

 

Death.Void.Terror.

“To the Great Monolith III”

Sentient Ruin Laboratories 2026

 

Life has a way of surprising you. I’d been waiting six years for the follow-up to “To the Great Monolith II”, and when the EP numbered 2.5 finally landed in my hands, I hadn’t even had time to savour it before the final chapter of the trilogy came knocking at my door. I’m listening to “To the Great Monolith III” for the tenth time right now, and I still can’t shake it off, and millions of thoughts are swirling round in my head. How can I put them into words so that it’s brief, yet without overlooking the most important points? First and foremost, let’s start with the fact that the third chapter of “To the Great Monolith” once again features music that’s slightly different from before. We’d already been given a small hint as to its content on the aforementioned EP, but that was merely a fleeting glimpse compared to the supernova-like explosion that is this latest release. The rubble and catacombs have all but vanished. In their place, a dense forest has sprung up all around us, to which only a select few can enter.  A forest where forbidden rituals take place. ‘To the Great Monolith III’ is an ancient mass, or maybe rather a sorcery ritual. These are the most mature, the most solemn recordings the band has ever made. Five compositions constituting a secret celebration, a forgotten rite, the unfolding of which we are allowed to observe from hiding, holding our breath. The music on “III” is, in terms of tempo, somewhat monotonous, yet hypnotic. Often, a given part,  usually unhurried, at most at a marching pace,  loops for several prolonged moments. Meanwhile, incredible things are happening all around it. Tribal drums beat, druids in black hoods blow their horns, keyboard passages flow in the background, and shamans sing. But they sing with such a confident, choral voice (as if they were performing a ritual awaited for thousands of years) that it gives you goosebumps. In fact, the vocals are one of the strongest points on this album. There are whispers, shouts, the aforementioned singing (in both high and low registers), often sounding like incantations, growls, screams, whistles… Does the album ‘Morbid’ ring a bell? Do you remember that drunken chant at the end of the album? Here, too, we have ‘la-la-la-la’, only in this case it’s no laughing matter anymore. “To the Great Monolith III” is an album that keeps you on the edge of your seat throughout, offering no certainty or clues as to what’s about to happen next. It’s an album that, with every listen, burrows deeper and deeper into your mind, eventually taking control. It’s a highly avant-garde album (there are moments on it that even remind me of Polish Wędrowcy-Tułacze-Zbiegi), completely unusual and quite far from generally accepted standards. It’s an album on which purely metal instrumentation has been pushed into the background, though not stripped of its strictly defined functions. For apart from the aforementioned magic, these recordings possess the necessary weight, and by no means veer into symphonic territory, should anyone be inclined to assume as much. If it is highly unlikely these days to record an album that is original, not overexperimental, challenging, yet thoroughly intriguing in every respect, then Death.Void.Terror have done it. ‘To the Great Monolith III’ is a fantastic culmination of a project that has matured and evolved (in the very best sense of the word) with every step. For me, it is definitely one of the best albums I’ve heard this year. Any further recommendation therefore seems superfluous.

- jesusatan


https://sentientruin.bandcamp.com/album/to-the-great-monolith-iii-rifts

 

Recenzja Tsirhic „To Satan I Reply”

 

Tsirhic

„To Satan I Reply”

Iron Bonehead Productions 2026

Tsirhic to chyba świeży szyld ze Stanów Zjednoczonych, bo poza tą dwunastocalówką, nie ma na koncie żadnych nagrań. Za tym projektem stoi jeden człowiek, który zarejestrował na rzecz tego wydawnictwa cztery numery czarciej surowizny. Surowizny, w której mieszają się wpływy rzępolenia Czarnych Legionów, wczesnych, norweskich poczynań i trochę fińskich manier. Do tego wszystkiego nasz bezimienny muzyk dołożył odrobinę pensylwańskiej finezji i mamy „To Satan I Reply”. Lodowate piekło zagrane na gitarach o twardym i zimnym brzmieniu oraz wycofanej sekcji rytmicznej, które miejscami wspomagane są przez syntezatorowe wstawki. To posępna rogacizna, która raczej jednostajnie prze do przodu, tylko niekiedy zmieniając rytmikę i sposób kostkowania. Każdy z tutejszych numerów to hipnotyczne i zapętlone tremolando, które okresowo przełamywane jest przez krótkie przejścia w inne akordy lub przez dołożenie do głównych tekstur ornamentalnych zabiegów. Aby dodatkowo urozmaicić swoje aranżacje i dodać im jeszcze bardziej garażowego klimatu, Amerykanin postarał się również o kilka, budzących grozę sprzężeń i opętańczych dźwięków. Ponure melodie, przechodzące momentami w mroczno-melancholijne chwytliwości i nienawistne riffy, które miejscami pobujać rytmicznie potrafią, robią wrażenie właściwą atmosferą, choć to nic nowego. Nic odkrywczego, ale zapodanego w ascetycznym stylu, lecz wyważonego w punkt, zarówno pod względem produkcyjnym jak i kompozytorskim. Minimalistyczny black metal o odpowiednim dla tego gatunku wyrazie, który podkreślają zajadłe wokalizy. Prosto, bez zadęcia, ale z odpowiednim efektem, co nie zawsze się udaje. Dla miłośników black metalu w wersji „sauté” i tego, odrobinę bardziej dopieszczonego jak znalazł. Fani Dimmu Borgir lub The Magus mogą sobie odpuścić.

shub niggurath




poniedziałek, 31 sierpnia 2026

A review of Skumstrike “Flawless Intrigue from Hell”

 

Skumstrike

“Flawless Intrigue from Hell”

Dying Victims Prod. 2026

 

I was pretty sure I’d come across the name Skumstrike before. And indeed, it was at the EP called “Execution Void” which quickly kicked my hairy ass. I missed their full-length debut, even though it was released by a label right here in our backyard, but I did sit down to listen to their second album. Well, stylistically, not much has changed for these Canadians. It’s still a wild ride full steam ahead, often with eyes closed. An old-school ride, of course. Maybe there’s definitely less punk here than on their earliest recordings, or maybe the guys have simply learned to handle their instruments better over time. But the backbone of this music is undeniably thrash. And it’s thrash that’s absolutely brimming with energy, bubbling over in every track. That doesn’t mean, however, that the album relies solely on blast beats. There are plenty of those here for sure, but the center stage, take the riffs! And that’s why I mentioned the noticeable improvement in the musicians’ skills, because whether they’re flooring the gas pedal or only slightly exceeding the speed limit, listening to the melodies flowing from “Flawless Intrigue from Hell” feels like being whipped. And the lashes falling on our backs hurt more and more with every passing moment, each one seems stronger, and each one hits the mark perfectly. What’s more, Skumstrike’s music has this incredible, aggressive, thrash-style groove that makes you want to dance with your fist clenched, or even punch someone in their ugly face. The only element here that strays from the main genre’s framework is the vocals, which are more screeching and black metalesque than in the classics. The sound is also “blacker”, though the overall vibe remains the same. These guys clearly love the genre’s classics from the ’80s and ’90s, as evidenced by their cover of Abigail’s song for “goodbye”, and they perfectly capture the spirit of those times in their music. In fact, the title of the cover perfectly defines Skumstrike’s work itself. So please stand up, raise your hands in the air, make the devil’s sign, and sing together: Satanic Metal Fucking Hell! Satanic Metal Fucking Hell!

- jesusatan




sobota, 29 sierpnia 2026

Recenzja Intubation „Hallucinations”

 

Intubation

„Hallucinations”

Morbid chapel Rec. 2026

Dziś zajmiemy się medycznym przypadkiem halucynacji podczas intubacji, czyli nową EP-ką z Morbid Chapel Records. Panowie pochodzą z Fin, i popełnili wcześniej dwie demówki, które ukazały się najpierw w wersji cyfrowej, a potem na kasecie jako kompilacja. Patrząc na zdjęcie, to chłopaki chyba dopiero skończyli podstawówkę, a na pewno nie osiągnęli jeszcze pełnoletniości. Nie przeszkadza im to w tworzeniu muzyki, która swój rodowód ma w latach młodości ich rodziców. Biorąc pod lupę nazwę zespołu, tytuł i okładkę, nie trzeba być Einsteinem, by domyśleć się, iż jest to śmierć metal. I tu musimy podzielić to wydawnictwo na dwie części. „Hallucinations” to materiał skomplikowany, niezbyt różnorodny, oparty na starych wzorcach, głównie z kraju, z którego młodzież ta pochodzi. Całość otwiera intro, a potem mamy cztery, utrzymane w średnim tempie numery. Całkiem solidne, bez wałkowania w kółko tego samego tematu, osobiście przypominające mi wczesny Convulse, może trochę Funebre albo Abhorrence. Technicznie jest zatem raczej na poziomie podstawowym, choć swoistej melodii kompozycjom tym nie brakuje. A to i jakaś solówka się przewinie, a to harmonie bardziej wpadające w ucho. Podstawą jest tutaj jednak tej oldskulowy klimat, który towarzyszył wczesnym latom gatunku, czyli ma być ciężko, brudno, i ma walić trupem. Słychać w tych dźwiękach nieco młodzieńczej naiwności, ale z drugiej strony oczywistym jest, że piosenki te stworzone i nagrane zostały z pasji. Nie jest to jeszcze żadne mistrzostwo świata, czy też nawet czubek drugoligowej tabeli, ale jak na początki brzmi to naprawdę bardziej niż przyzwoicie. A jak już o brzmieniu, to mamy tu czysty analog, nawet lekko niedopieszczony, co akurat uznaję za wartość dodatnią. Natomiast „Undifferentiated Malignancies”, czyli najnowsza EP-ka, dorzucona do CD na zasadzie bonusa, to lekkie poszerzenie kursu. Lekkie, bo to nadal stary death metal, ale jakby bardziej w Carcass’owym stylu (zwłaszcza „Neurological Brain Carnage”). Jest szybciej, lepiej technicznie, i bardziej melodyjnie, acz brzmienie nadal pozostaje brudne i demówkowe. Trochę więcej też dzieje się na drugiej gitarze w tle, czyli chłopaki jednak uczą się harmonie mieszać, czy też na siebie nakładać. No i ładnie, bo widać, że nie zamknęli się w szklanej kuli, tylko swoje wizje rozwijają. Daje to nadzieję na sprawienie w niedalekiej przyszłości jakiejś małej niespodzianki. Na co szczerze liczę.

- jesusatan




Recenzja TrenchWarfare „Achtung! Destroy the Weak”

 

TrenchWarfare

„Achtung! Destroy the Weak”

Conjuring Records 2026

TrenchWarfare jest tercetem z Teksasu, gdzie zainicjował on swoją działalność w 2015 roku, wydając demo „Perversion Warfare”. Najnowszy krążek „Achtung! Destroy the Weak” jest ich drugim albumem, który ukazał się dziesiątego sierpnia więc maniakom bezkompromisowej napierdalanki, powinien być już znany. Ci, którzy lubują się w war metalowych dźwiękach, powinni wiedzieć, że Amerykanie grają trochę odchudzoną i mniej gęstą wersję tego gatunku. Owszem, jest tutaj szybko i mało melodyjnie, ale brzmienie zbliżone jest nieco do szwedzizny z lat dziewięćdziesiątych, a niektóre riffy mogą przypominać wczesny Morbid Angel. W ogóle granie tej trójki, zalatuje wojennymi rytmami tylko podczas jednostajnych galopad w ekspresowej formie, które nie dają zbyt dużo czasu na wytchnienie. To hipnotyczne ściany sonicznego ataku, które napastują sumiennie i z niezwykłą cierpliwością, drążąc dziurę w mózgu, zamieniając go w papkę. Od czasu do czasu przecinają je odjechane i tym samym mocno popierdolone solówki, bądź nieliczne zwolnienia, w których właśnie mocno słychać maniery rozpowszechnione przez ekipę Trey’a. Do muzyki TrenchWarfare bardziej pasuje określenie black-death, bo i kilka dzikich tremolando można na tym materiale znaleźć, barwa instrumentów oraz zwartość kostkowania odbiega od zwyczajów z Ross Bay, a i ograniczona szybkość, która nie jest zestawiona z nagłymi, rytmicznymi zwolnieniami i zjazdami po gryfie, nie jest gorącym, nuklearnym podmuchem. Nie ma jednak co narzekać, ponieważ panowie Teksańczycy grzeją ostro i zapamiętale, gardząc trendami i świętością wszelaką. Brutalny, bluźnierczy metal, który dewastuje skutecznie. Tylko dla fanów rzezi.

shub niggurath




piątek, 28 sierpnia 2026

Recenzja Bacht’n de Vulle Moane “Verdwazing Der Dwazen”

 

Bacht’n de Vulle Moane

“Verdwazing Der Dwazen”

Into Endless Chaos Rec. / De Pankraker Rec. 2026

No, bardziej finezyjnej i trudniejszej do zapamiętania nazwy to sobie panowie wymyśleć nie mogli. To ja już może skorzystam z dobrodziejstw Internetu, i zapamiętam sobie polskie tłumaczenie: Niech Będzie Błogosławiona Pełnia Księżyca (a no tak, Vulle Moane – Full Moon, ale ja głupi). Prawda, że ładniej? Dobra, ale nazwa nazwą, natomiast postanowiłem napisać kilka słów o debiucie Belgów z konkretnego powodu. Lubię, jak ludzie łączą ze sobą różne, zwłaszcza kontrastujące ze sobą, style. W notce prasowej stoi, że panowie (a jest ich dwóch) grają „experimental elektro black metal”. Już sobie wyobrażałem taneczny black przy akompaniamencie syntezatorów rodem z Perturbator. A tu… chuja prawda! Ale po kolei. Jest tutaj trochę surowego, i to takiego niemal minimalistycznego black metalu. Choćby w pierwszym kawałku. Jest też sporo elektroniki, acz bardziej na zasadzie elektro-goth niż techno napierdalawy. Ale jest sporo grania praktycznie punkowego. Z tym, że ubranego właśnie w klawiszowe szaty, skocznego na bardzo prosty, prymitywny sposób. Są na tym krążku też elementy czysto ambientowe, jak choćby pod koniec wspomnianego otwieracza. Im dalej jednak idąc w las, bardziej zastanawiam się, gdzie tu ten jebany black metal? Że wokale trochę na podobę? Że czasem zajedzie mechaniczną kanonadą na automat perkusyjny mogącą (przy odrobinie fantazji) kojarzyć się z Mysticum? Albo że pojawią się, na zasadzie ściany dźwięku w tle, surowe, niżej strojone gitary? No, kurwa, nie! Tym bardziej, że i tym składowym towarzyszy bezustannie albo wspomniany elektro goth, albo pełna elektronika. A jak komuś jeszcze jest mało, to w ostatnim na liście „Angstenzuur (Ten oorlog tegen de wereld)” wjeżdża totalnie mroczny, powodujący mrowienie na karku industrial. Nie wiem jakie leki biorą Belgowie, nie wiem co u nich zdiagnozowano, ale schizofrenia to zapewne najlżejsza z dolegliwości. Nawalili na „Verdwazing Der Dwazen” teoretycznie randomowych pomysłów, mogących być podstawą do stworzenia kilku oddzielnych projektów zupełnie z innej beczki, ale… Cholera! Podoba mi się to. Bo jest inne, bo jest „jakieś”, bo jest, mimo wszystko, w pewnie sposób spójne. Zatem, jak wspomniałem na wstępie… Jak ktoś lubi pojebane, inne od codzienności granie, i lubi wymienione w tekście gatunki, niech sprawdza. Nie gwarantuję satysfakcji, ale szanse są.

- jesusatan