czwartek, 3 września 2026

Recenzja Wrath Division „Cremation Grounds Abyss”

 

Wrath Division

„Cremation Grounds Abyss”

Old Temple 2026

No, kurwa, w końcu się ogarnęli! Materiał na drugi album Wrath Division był gotowy już od jakiegoś czasu (w sumie to powstał zaraz po debiucie), ale chłopaki nie mogli zabrać się za wokale. Albo może zmobilizować śpiewaka do ich nagrania. No to pozmieniali mu cyferki w pseudonimie, po czym poszło już z górki, i oto mamy „Cremation Grounds Abyss”. Mało jest na polskiej ziemi grania warmetalowego, dlatego na to wydawnictwo czekałem bardzo niecierpliwie. Zwłaszcza, że „Barbed Vire Veins” niczym nie ustępował światowemu poziomowi grania w rzeczonym temacie. Nowy materiał niewiele różni się od debiutu, ale tylko i wyłącznie w przypadku, jeśli rzucimy na niego uchem laika. Nadal mamy tutaj ostrą, prymitywną napierdalankę ze ślizgami po gryfie, szalejącymi blastami, oraz bezlitosnym riffowaniem, prawda. Jeśli jednak jesteśmy w temacie owych blastów, czy też tempa, to zdecydowanie więcej na tym wydawnictwie zwolnień. I to, co się, kurwa, chwali, nie takich typowych slow-downów do pomachania łbem, których pełno na krążkach wszelkiej maści naśladowców Blasphemy, lecz przejść w tempo wolne z zachowaniem odpowiedniej linii melodycznej. Absolutnie nie powoduje to przy okazji zmniejszenia poziomu wkurwu kipiącego z tych nagrań. Tutaj nadal bucha czysty ogień, czy tam lawa, z tą różnicą, że efekty totalnej erupcji przerywane są przysłowiową ciszą przed burzą. Więcej tu też czysto deathmetalowych akordów, takich z czasów zawiązywania się gatunku. Jak nie wiecie o co mi chodzi, to posłuchajcie „Flesh Burning In Flames of Deliverance”, może załapiecie. Jest na tym albumie też kilka fragmentów, które przypiąłbym do czystego grind’u, bo są totalnym szaleństwem. Czego by jednak nie powiedzieć, album ten jest absolutnym rozpierdalatorem, obrazem dewastacji, totalnego zniszczenia, nawet jeśli dokonanego przy użyciu nieco innych środków niż poprzednio. A jeśli o środkach, to nie sposób tu nie wspomnieć o nowym śpiewaku. Facet zdziera struny do krwi, ale potrafi przy tym, w sposób naturalny, modulować swoje wyrzygi, przez co w tym temacie też nie pozostajemy na płaszczyźnie poziomej. W chuj dobry to krążek, a na pewno troszkę rozwijający zardzewiałą przecież, zdającą się nie do naprawienia przy użycie WD-40, formułę. Pół godziny z niewielkim okładem. Tyle chłopakom zajmie spuszczenie wam totalnego wpierdolu. Kto chętny?

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz