poniedziałek, 21 września 2026

Recenzja Ash Magick “Rituals of Anathematic East”

 

Ash Magick

“Rituals of Anathematic East”

Apocalyptic Witchcraft Rec. 2025

Założę się, że powyższa nazwa niewiele komukolwiek mówi. Jest to jednoosobowy wykwit z Turcji, a odpowiedzialna za niego jest niejakia „VI-th”. Z kolei album, który ukazał się w zeszłym roku, jest już trzecim w dorobku tej kobitki. O ile z dystansem podchodzę do takich solowych przedsięwzięć, bo zdecydowana większość z nich nie jest warta funta kłaków, tak tutaj muszę zdjąć czapkę z głowy, bo Turczynka nagrała kawał konkretnego rozpierdolu. Ujmując rzecz ogólnie, jest to amalgamat black metalu z odrobiną deathmetalowego posmaku. Amalgamat w dość gęstej strukturze, ciemnej barwie i odorze siarki pomieszanej z kadzidłem. Jeżeli szukacie w muzyce jadu i surowości, to na tych nagraniach zdecydowanie ją znajdziecie. Jeśli dodatkowo lubicie muzykę odrobinę pokombinowaną, i nie mówię tutaj bynajmniej o jakichś awangardowych zapędach, to też dobrze trafiliście. Z drugiej strony z tą awangardą, to troszkę można dyskutować. Chwilami Ask Magick brzmi bowiem jak Portal na silnych lekach uspokajających. Nie ma tutaj może aż takiego wariactwa, wiru tasujących się akordów, ale wyraźnie słychać, że ta bardziej współczesna szkoła riffowania odcisnęła na twórcy dość mocne piętno. Dla zrównoważenia tejże, na „Rituals of Anathemic East” przewijają się również linie gitarowe mające swój rodowód w drugiej fali black metalu, głównie odłamu norweskiego, i to w szerokim rozstrzale, od Darkthrone po Mysticum. Tworzy to naprawdę mroczną, rytualną mieszankę, w której oparach zdecydowanie tańczy Szatan, stukając z radości kopytem, aż iskry lecą. Niektóre fragmenty oparte są na zapętlonym tremolo, wciągającym niczym czarna dziura, czasem rytm łamie się i zmienia, gdzie indziej mamy wrażenie jak byśmy pędzili na złamanie karku w narkotycznym transie. Podróży tej towarzyszą także dość ciekawe dodatki i smaczki, podkreślające temat przewodni albumu, którym to jest wschodni mistycyzm. Całość trwa niemal trzy kwadranse, ale zlatuje jakby było to dwadzieścia minut. Bardzo dobra, i intensywna to płyta, przy której nudzić się nie sposób. Sprawdzajcie. Zapewniam, że warto.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz