niedziela, 27 września 2026

Recenzja KROLOK „Hričov-Súľov-Lietava”

 

KROLOK

„Hričov-Súľov-Lietava”

Osmose Prod. 2026

Chwilę temu swoją premierę miał trzeci album słowackiego Krolok. Zapewne większość z was ten twór kojarzy, tym bardziej, że udzielający się w nim muzycy powiązani są personalnie z nie mniej znanym Malokarpatan. A i sam Krolok dał się do tej pory poznać z niezwykle konsekwentnej postawy hołdowania starej szkole black metalu. Nie inaczej jest na „Hričov-Súľov-Lietava”, krążku będącym bezpośrednią kontynuacją stylu wypracowanego przez ostatnią dekadę. Może zacznę od tego, co się jednak w muzyce tych bardów zmieniły. Choćby to, że album otwiera najdłuższy w ich historii, bo ponad trzynastominutowy, „Hričov”. Stylistycznie może niezbyt odległy od całości, choć w drugiej części oparty bardziej na deklamacji niż śpiewie, udowadniający jednak, że muzycy potrafią tworzyć kompozycje poniekąd epickie. Drugą, i tu już bardziej zauważalną kwestią jest fakt, iż wszystkie teksty zostały zaśpiewane w języku narodowym twórców. I to jest akurat bardzo dobre posunięcie, bowiem i tak dość majestatyczna, mocno ocierająca się o folki wszelakie, muzyka Krolok zyskała jeszcze bardziej wyrazistego, ludowego ducha. Pozostałe składowe tego krążka to w mniejszej lub większej dozie to, za co Słowaków lubimy. Tutaj nie ma żadnych fajerwerków, technicznych popisów czy awangardy. Jest za to staroszkolny do szpiku kości black metal, oparty na tradycjach z lat dziewięćdziesiątych. W klimatach zdecydowanie bardziej leśnych niż wysokogórskich, bo nieodzownym elementem całości są tutaj wspomniane wstawki ludowe, wszędobylskie klawisze, i instrumenty wykraczające poza zestaw podstawowy. Jeśli już o klawiszach, to podkreślić trzeba, że nie są to nudnawe, w zasadzie nic nie wnoszące, płynące w tle pasaże, a instrument równie istotny co gitary, i co najistotniejsze, stosowany według oldskulowych prawideł. Sporo na „Hričov-Súľov-Lietava” fragmentów akustycznych, stonowanych (chwilami mogących nawet przywoływać skojarzenia z wikińskim Bathory), prawie baśniowych, dzięki czemu można odnieść wrażenie, jakby Krolok opowiadali nam kolejną niesamowitą historię znaną z ogniskowych wieczorków w towarzystwie starszyzny. Całość trwa niemal czterdzieści minut, stanowiąc album bardzo spójny, wciągający, i, co raz jeszcze podkreślę, do bólu staroszkolny. Warto posłuchać, zwłaszcza jeśli poza wycieczkami na Arktykę lubimy też czasem przycupnąć wieczorem na polance.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz