niedziela, 27 września 2026

Recenzja Barren „Verderf”

 

Barren

„Verderf”

Selfmadegod Records 2026

Świat lubi zaskakiwać nieznanymi dotąd kapelami, choć już trochę one istnieją, ale jakoś nie mogą wpaść w twoje łapy. Tym razem niespodzianka przyleciała z Belgii w postaci Barren, który jest tercetem i chyba najbardziej lubi pojawiać się na splitach, bo ma ich kilka w swojej kolekcji, co w stosunku do reszty ich dyskografii stanowi dominującą formę wydawniczą. Chuj w sumie z tym, ponieważ na tapecie mamy drugiego długograja od Belgów, który proponuje fanom czternaście, krótkich strzałów w ryj. To, że są krótkie to o niczym nie świadczy, gdyż ich siła jest znaczna więc bez problemu będziecie znokautowani. Ja osobiście zostałem przez Barren ostro napierdolony, pożarty, przetrawiony i wysrany, a jednak sobie chwalę „Verderf” bardzo i niesamowicie dobrze mi z tym. Panowie nakurwiają grinda z domieszką deta, a i trochę z jakimś szalonym blekiem skojarzyć miejscami ten materiał można. Cóż, chłopaki mielą na pełnej piździe, kreując miażdżące blast-beaty, oszałamiające swą agresją kaskadowe ataki, wyhamowania do średnich prędkości jak i nagłe „pit stopy”. Wszystko to wygenerowane zostało na żwirowatych gitarach, którym barwy nadał sławny HM-2, co upodabnia rzępolenie Barren do znajomej szwedzizny. Ta muza to również i rzecz jasna mięsista, ale nie przerośnięta sekcja rytmiczna oraz dwojakie wokale, które gadają ze sobą milutko w każdym kawałku. To soczysty i brutalny grind-death, który nie pierdoli się w tańcu. To soniczna rozpierducha, która została urozmaicona samplami, uwierającymi piskami wioseł i przesterami, od których aż bolą zęby. Diabelskie kurestwo, które mogłoby z powodzeniem zostać użyte, jako ścieżka dźwiękowa do ostatniej odsłony „Martwego zła”, ci co oglądali, będą wiedzieć co mam na myśli. Polecam lubiącym krwiste, zalatujące zgnilizną i smołą potrawy. Dobra uczta i wpierdol gwarantowane.

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz