Barren
„Verderf”
Selfmadegod Records 2026
Świat lubi zaskakiwać nieznanymi
dotąd kapelami, choć już trochę one istnieją, ale jakoś nie mogą wpaść w twoje
łapy. Tym razem niespodzianka przyleciała z Belgii w postaci Barren, który jest
tercetem i chyba najbardziej lubi pojawiać się na splitach, bo ma ich kilka w
swojej kolekcji, co w stosunku do reszty ich dyskografii stanowi dominującą
formę wydawniczą. Chuj w sumie z tym, ponieważ na tapecie mamy drugiego
długograja od Belgów, który proponuje fanom czternaście, krótkich strzałów w
ryj. To, że są krótkie to o niczym nie świadczy, gdyż ich siła jest znaczna
więc bez problemu będziecie znokautowani. Ja osobiście zostałem przez Barren
ostro napierdolony, pożarty, przetrawiony i wysrany, a jednak sobie chwalę
„Verderf” bardzo i niesamowicie dobrze mi z tym. Panowie nakurwiają grinda z
domieszką deta, a i trochę z jakimś szalonym blekiem skojarzyć miejscami ten
materiał można. Cóż, chłopaki mielą na pełnej piździe, kreując miażdżące
blast-beaty, oszałamiające swą agresją kaskadowe ataki, wyhamowania do średnich
prędkości jak i nagłe „pit stopy”. Wszystko to wygenerowane zostało na
żwirowatych gitarach, którym barwy nadał sławny HM-2, co upodabnia rzępolenie
Barren do znajomej szwedzizny. Ta muza to również i rzecz jasna mięsista, ale
nie przerośnięta sekcja rytmiczna oraz dwojakie wokale, które gadają ze sobą
milutko w każdym kawałku. To soczysty i brutalny grind-death, który nie
pierdoli się w tańcu. To soniczna rozpierducha, która została urozmaicona
samplami, uwierającymi piskami wioseł i przesterami, od których aż bolą zęby.
Diabelskie kurestwo, które mogłoby z powodzeniem zostać użyte, jako ścieżka dźwiękowa
do ostatniej odsłony „Martwego zła”, ci co oglądali, będą wiedzieć co mam na
myśli. Polecam lubiącym krwiste, zalatujące zgnilizną i smołą potrawy. Dobra
uczta i wpierdol gwarantowane.
shub niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz