Throneum
“Love is the Law but Death
is the Frame”
Godz ov War 2026
W zasadzie to przestałem już czekać na nowy album
Throneum. Kiedy bowiem ostatni raz rozmawiałem z Tomkiem, vel Wielkim Egze,
mówił, że zespół na razie leży odłogiem. Skoncentrował się w zamian na Giants
Dwarfs And Black Holes, tworze o
kompletnie innej, zupełnie nieprzemawiającej do mnie stylistyce. Aż tu nagle
dnia pewnego, muzykowi trafiło się dłuższe L-4, więc zamiast siedzieć w
chałupie bezczynnie, wziął się i pierdolnął materiał na „Love is the Law but
Death is the Frame”. Dlaczego wspominam o tych okolicznościach? Bo one bardzo
dużo wyjaśniają w kontekście samej płyty. Według mnie jest to najbardziej
awangardowy, popieprzony, najmocniej improwizowany materiał jaki ukazał się pod
szyldem Throneum. Jakichkolwiek klasycznych struktur utworów tu nie ma.
Sytuacja niejednokrotnie zmienia się diametralnie podczas jednego kawałka, i to
jeszcze zanim zdążymy się oswoić z poprzednią. I to zmienia się nie tylko pod
względem tempa, że z blastu wyhamowujemy do zera. To akurat pikuś. Ale z death
metalu wchodzimy w jakieś narkotyczne jazzy, czy inne happeningi, które
autentycznie przypominają miejscami uliczne jammowanie grupy muzyków, którzy
akurat przypadkowo przynieśli ze sobą swoje instrumenty. Gdzie indziej pojawia
się motyw na quazirytualne bębny, za chwilę granie bardziej przypomina ścieżkę do przedstawienia teatralnego, potem przed
oczami malowany nam jest kosmos, przemknie jakiś motyw orientalny, no ja
pierdolę, co tu się odjaniepawla? I jeszcze panna na przesterowanym wokalu, robiąca
wiedźmowy klimat, pojawiająca się tutaj stosunkowo często. Zresztą wokalnie
Grand Executor też zdaje się poszerzać skalę, nie wrzeszcząc w jednej tonacji
jak w dawnych czasach. Ponadto w jego głosie rysują się tym razem także inne
emocje niż tylko gniew i nienawiść. Niesamowitą rolę odgrywa na tych nagraniach
bas. To już nie jest jedynie instrument do podbicia tonu. On tutaj wygrywa
swoje odrębne pasaże, niejednokrotnie nie mniej ciekawe niż gitara wiodąca. Zaskakuje
też Diabolizer, który totalnie poczuł ten mocno odmienny klimat, i gra na tej
płycie inaczej niż kiedykolwiek wcześniej. Zapytacie zapewne, czy w takim razie
zostało tu jeszcze cokolwiek ze starego Throneum. A i owszem, i to więcej niż
można się spodziewać. Pomijając charakterystyczny sposób kostkowania i
tworzenia melodii (no niestety, niektórych nawyków się człowiek nie wyzbędzie),
tych klasycznych Throneumowych melodii, przewijającego się w tych kompozycjach
wkurwu i kontrolowanego chaosu, oraz wystawiony do całej sceny środkowy palec. No
i jest ponownie nagrany numer z drugiego demo, ale w wersji dopasowanej do
współczesnego oblicza zespołu. Zespołu, który nigdy nie był zespół, podążający
za modą. Oni zawsze robili swoje, czasem na przekór dla samej zasady. Tutaj
poszli jeszcze bardziej po bandzie. Powiem wam szczerze, myślę, że „Love is the
Law but Death is the Frame” przysporzy chłopakom więcej antagonistów niż nowych
fanów. Mi się ta płyta podoba, i to bardzo, choć tak naprawdę to zaczęła
odpowiednio żreć dopiero po trzecim odsłuchu. Jest to album, który długo się
trawi, ale jak już się przyjmie, to zostaje w głowie na dłużej niż tylko trzy
popołudnia. Wracam do słuchania, bo nie mogę się oderwać.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz