sobota, 26 września 2026

Recenzja Throneum “Love is the Law but Death is the Frame”

 

Throneum

“Love is the Law but Death is the Frame”

Godz ov War 2026

W zasadzie to przestałem już czekać na nowy album Throneum. Kiedy bowiem ostatni raz rozmawiałem z Tomkiem, vel Wielkim Egze, mówił, że zespół na razie leży odłogiem. Skoncentrował się w zamian na Giants Dwarfs And Black Holes,  tworze o kompletnie innej, zupełnie nieprzemawiającej do mnie stylistyce. Aż tu nagle dnia pewnego, muzykowi trafiło się dłuższe L-4, więc zamiast siedzieć w chałupie bezczynnie, wziął się i pierdolnął materiał na „Love is the Law but Death is the Frame”. Dlaczego wspominam o tych okolicznościach? Bo one bardzo dużo wyjaśniają w kontekście samej płyty. Według mnie jest to najbardziej awangardowy, popieprzony, najmocniej improwizowany materiał jaki ukazał się pod szyldem Throneum. Jakichkolwiek klasycznych struktur utworów tu nie ma. Sytuacja niejednokrotnie zmienia się diametralnie podczas jednego kawałka, i to jeszcze zanim zdążymy się oswoić z poprzednią. I to zmienia się nie tylko pod względem tempa, że z blastu wyhamowujemy do zera. To akurat pikuś. Ale z death metalu wchodzimy w jakieś narkotyczne jazzy, czy inne happeningi, które autentycznie przypominają miejscami uliczne jammowanie grupy muzyków, którzy akurat przypadkowo przynieśli ze sobą swoje instrumenty. Gdzie indziej pojawia się motyw na quazirytualne bębny, za chwilę granie bardziej przypomina  ścieżkę do przedstawienia teatralnego, potem przed oczami malowany nam jest kosmos, przemknie jakiś motyw orientalny, no ja pierdolę, co tu się odjaniepawla? I jeszcze panna na przesterowanym wokalu, robiąca wiedźmowy klimat, pojawiająca się tutaj stosunkowo często. Zresztą wokalnie Grand Executor też zdaje się poszerzać skalę, nie wrzeszcząc w jednej tonacji jak w dawnych czasach. Ponadto w jego głosie rysują się tym razem także inne emocje niż tylko gniew i nienawiść. Niesamowitą rolę odgrywa na tych nagraniach bas. To już nie jest jedynie instrument do podbicia tonu. On tutaj wygrywa swoje odrębne pasaże, niejednokrotnie nie mniej ciekawe niż gitara wiodąca. Zaskakuje też Diabolizer, który totalnie poczuł ten mocno odmienny klimat, i gra na tej płycie inaczej niż kiedykolwiek wcześniej. Zapytacie zapewne, czy w takim razie zostało tu jeszcze cokolwiek ze starego Throneum. A i owszem, i to więcej niż można się spodziewać. Pomijając charakterystyczny sposób kostkowania i tworzenia melodii (no niestety, niektórych nawyków się człowiek nie wyzbędzie), tych klasycznych Throneumowych melodii, przewijającego się w tych kompozycjach wkurwu i kontrolowanego chaosu, oraz wystawiony do całej sceny środkowy palec. No i jest ponownie nagrany numer z drugiego demo, ale w wersji dopasowanej do współczesnego oblicza zespołu. Zespołu, który nigdy nie był zespół, podążający za modą. Oni zawsze robili swoje, czasem na przekór dla samej zasady. Tutaj poszli jeszcze bardziej po bandzie. Powiem wam szczerze, myślę, że „Love is the Law but Death is the Frame” przysporzy chłopakom więcej antagonistów niż nowych fanów. Mi się ta płyta podoba, i to bardzo, choć tak naprawdę to zaczęła odpowiednio żreć dopiero po trzecim odsłuchu. Jest to album, który długo się trawi, ale jak już się przyjmie, to zostaje w głowie na dłużej niż tylko trzy popołudnia. Wracam do słuchania, bo nie mogę się oderwać.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz