Goatburner
„Time of Danger”
Time To Kill 2026
Dziś szybki
strzał z Finlandii. Goatburner zawiązał się prawie dziesięć lat temu, a w ich
dotychczasowej dyskografii znajdziemy dwie EP-ki, dwa pełniaki, i album
kolaboracyjny z muzykami Test. „Time of Danger” to kwadransik mocnego grzańska
z gatunku death / grind. Jeśli jednak od razu pomyślicie sobie o rozpędzonej do
maksimum lokomotywie, to jesteście w błędzie. W tym konkretnym przypadku
rzeczonego „death” jest dużo więcej niż „grind”. Zresztą już samo
brzmienie bardziej oscyluje w rejonach
bagienno - cmentarnych. Nisko strojone gitary, sporo kapiącego niczym smoła
basu, i jedynie perkusja wybrzmiewa nieco garażowo. Same kompozycje do
skomplikowanych nie należą. Kilka splecionych na krzyż akordów, często
narzucających rytmiczne tempo, idealnych do pomachania przyłbicą, albo
potupania odnóżem. Wokalnie finezji również nie u świadczycie. Przez
zdecydowaną większość mamy tu do czynienia z dość jednolitym, chwilami nawet
monotonnym growlem, osobiście kojarzącym mi się nieco z Ola Lindgrenem, i to
zarówno pod względem barwy jak i artykulacji. W ogóle nagrania te w niektórych
miejscach nieco zajeżdżają szwedzizną, choć niekoniecznie tą pichcona na pedale
HM-2 (acz d-beatowy „Suffocating” już się w ową stylistykę bardziej wpasowuje).
Ze wspomnianego grindu mamy tu typowe przejścia w blasty, gdzie kapkę zajedzie
Napalmami albo Rotten Sound, jednak występują one na tym albumie w zdecydowanej
mniejszości. O prostocie tego wydawnictwa niech natomiast najdobitniej świadczy
fakt, że wieńczący je numer tytułowy oparty jest dosłownie na jednym zapętlonym
akordzie. A mimo to jest to chyba najlepszy fragment „Time of Danger”. Zatem…
niby nic odkrywczego, nic, z czym spędzałoby się niezliczone wieczory,
natomiast na tyle solidna rzecz, że rzucić uchem nie zaszkodzi.
- jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz