Leper
Colony
„Back
to Primal Sludge”
Testimony Records 2026
Tak
po prostu powinienem zacząć i zarazem zakończyć te wypociny, podając nazwisko
gościa, który stoi za tym szyldem, bo to Rogga Johansson, ale jak już wpadł mi
ten materiał do skrzynki, to jednak wypada coś napisać. Nie będzie tego wiele,
ponieważ najnowszy krążek od Leper Colony nic nowego do szwedzkiego death
metalu nie wnosi, a kilka elementów, wiążących go z Florydą, jakoś umyka w
tutejszym zalewie d-beatów, typowych dla Skandynawii tremolo i takich też,
rytmicznych galopad, przesterowanych za pomocą HM-2. Do tego nasz zdolny
kompozytor dołożył sporo melodii, trochę solówek i klimatycznych riffów, co
zaowocowało materiałem poprawnym, ale i też cholernie typowym, który w żadnym
aspekcie nie wybija się ponad przeciętność. Wszystko to już było wiele razy i
chyba tylko ci, którym ta estetyka nigdy się nie znudzi, łykną ten materiał.
Owszem buja on odpowiednio, atmosfery dostarcza jej nie szczędząc, a i
brutalnie przyłoić potrafi, ale cóż. Płynie to sobie swobodnie, a ja
zastanawiam się co tam z głośników brzęczy i w jakim celu, bo banalność „Back
to Primal Sludge” rzuca się nie tylko i przede wszystkim do uszu, lecz i męczy
boleśnie. Nie wiem, co jest w tym albumie nie tak, choć wydawać by się mogło,
że wszystko stoi na swoim miejscu. Chyba chodzi o skrajne zgranie schematu, na
którym bazuje Rogga Johansson. Wszyscy, którzy znają jego twórczość, mogą się
spodziewać po tym krążku tego samego co zawsze więc zaskoczeń nie przewiduje.
Jedynym przyciągającym słuch, wydaje się tu być Marc Grewe, który niegdyś
trzymał mikrofon w Morgoth i na „Back to Primal Sludge” brzmi całkiem nieźle.
Rogga kilka wyskoków ostatnio miał ciekawych, jak chociażby ostatnia jego płyta
pod własnym nazwiskiem oraz dwójeczka Ravaged of the Yeti, ale były to
wydawnictwa „na chwilę” i szybko zniknęły ze świadomości, ale świeży Leper
Colony jak dla mnie jest zbędny, a przyda się tylko zatwardziałym maniakom
takiego grania.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz