niedziela, 3 listopada 2024

Recenzja Zmora „Za Mgłami Nocy”

 

Zmora

„Za Mgłami Nocy”

Wolfspell Rec. 2024

Teoretycznie „Za Mgłami Nocy” to EP-ka. Z tym, że EP-ka niemal czterdziestominutowa, zatem i tak dłuższa niż niejeden pełnometrażowy album. Biorąc jednak pod uwagę, że poprzedni krążek Zmory, „Pomiędzy Światami”, niósł ze sobą siedemdziesiąt minut muzyki, jakaś logika w tym jest. Dajmy jednak spokój dywagacjom, i przejdźmy do zawartości „Za Mgłami Nocy”. Na szczęście cały czas, jak od zarania zespołu, mamy tu do czynienia z surowym black metalem, pozbawionym jakichkolwiek wątków eksperymentalnych. Mówię „na szczęście”, bo, jakby nie patrzeć, styl w jakim Zmora kultywuje tradycje wczesnej drugiej fali zawsze do mnie trafiał. Może dlatego, że minimalizm z black metalem zawsze, według mnie, idealnie się dogadywał. Cztery na sześć kompozycji zawartych na tym wydawnictwie to utwory oparte na zapętlonych tremolo i charakterystycznie dla Diabolizera stukającej perkusji, do bólu kwadratowo, niemal tak prosto jak na „Transilvanian Hunger”. Nawiązań do klasyków tu aż nadto, a jednocześnie od początku do końca wszystko ponownie poukładano w „zmorowym” stylu. Zazwyczaj jest szybko, prosto i nad wyraz sugestywnie. Wokale, za które tym razem ponownie odpowiada Diabolizer, wykrzyczane zostały po naszemu, a ich przekaz to kwintesencja gatunku. Nie jakieś tam filozofowanie, wyłącznie czerń, chłód i śmierć. Przy okazji trzeba przyznać, że facet posiada jedną z najohydniejszych i najintensywniejszych barw głosu na krajowej scenie. No i na koniec zostawiłem sobie sprawę klawiszy. To, że zespół używa ich w sposób niezwykle wyważony, by podkreślić w niektórych miejscach nastrój kompozycji, to żadna nowość. Natomiast tym razem, Zmora zapodaje nam także dwa numery dungeon – synth’owe, oparte właśnie wyłącznie na syntezatorze. I trochę nie wiem po co. Bo trwają one łącznie niemal kwadrans, i, zwłaszcza ostatni na płycie „U źródła umarłych Gwiazd”, nieco się dłużą. Gdyby ich nie było, to świat by się bynajmniej nie zawalił. Nie mniej jednak warto sobie „Za Mgłami Nocy” na półce postawić, bo to kolejny, bardzo solidny materiał dokumentujący historię współczesną rodzimej sceny. Tak właśnie powinien brzmieć black metal.

- jesusatan

Recenzja Inverted Cross „Eternal Flames Of Hell”

 

Inverted Cross

„Eternal Flames Of Hell”

Helldprod Records 2024

 


Istnieją od 2017 roku, a pochodzą z Barcelony. Po dwóch demach i dwóch splitach przyszedł czas na debiutanckiego longa, który ukaże się pod koniec listopada i zapewne pozamiata. Co grają? Jak myślicie, jaką muzykę mogą nieść ze sobą kawałki zatytułowane na przykład „Invoke The Goat” lub „Black Leather Hordes” bądź „Attack With Hellfire”? O tak! To dziki speed metal sowicie polany smołą i czerpiący pełnymi garściami z teutońskich wzorców lat osiemdziesiątych. Tych trzech panów i dziewczyna zapierdala na „Eternal Flames Of Hell” jak ta lala. Ich muzyka to lawina szybkich jak skurwysyn riffów. Prędkość z jaką gitarzyści kostkują po strunach jest chwilami nie do uwierzenia. Przy pierwszym odsłuchu miałem wrażenie, że nagrane to jest na przyspieszonym tempie normalnie, ale chyba nieee do chuja. Niemniej jednak agogika tutaj jest jak TGV i biczuje do krwi tak jak nawet Chrystus nie doświadczył. Nie da się również ukryć, że w ostrych jak brzytwa akordach czuć wczesnym Kreator i Destruction, a bardziej mroczne niż warczane wokale, które wypływają jakby z drugiego planu śmierdzą piekłem i katakumbami co kojarzy się z początkiem twórczości Sodom i tym samym nadaje diabelskości tej płycie. Świdrujące brzmienie wysuniętych do przodu wioseł jak i terroryzujące nuty jakie wygrywają może kojarzyć się z jedynką Bathory, podobnie jak delikatnie chropowata produkcja „Eternal Flames Of Hell”. Za tym bluźnierczym huraganem podąża wycofana i z wyczuciem traktowana perkusja i czasami słyszalny bas. Całe szczęście, że są i trzymają w ryzach nieokiełznane i tym samy wymykające się momentami spod kontroli akordy, trzymając wszystko w kupie i chroniąc przed zadyszką. Intensywną i sataniczną jazdę zafundowali na swym dużym wydawnictwie Katalończycy. To poza szaleńczo kąsającymi riffami mnóstwo zwariowanych i zapętlających się melodii, wściekłych solówek i odrobina średnich temp, które wyhamowują okresowo tą machinę wojenną tak abyśmy nie dostali zawału serca. Zaciekły i ciernisty speed-black metal na najwyższych obrotach. Może wywołać niezły zamęt. Polecam.

shub niggurath

sobota, 2 listopada 2024

Recenzja Sentient Horror “In Service of the Dead”

 

Sentient Horror

“In Service of the Dead”

Redefining Darkness 2024

Sentient Horror to załoga z Jułesewej, która telepie się po scenie już równo dekadę. Trzeba przyznać, że panowie są dość systematyczni, bowiem w tym okresie dochrapali się już czterech pełnych wydawnictw, z których ostatnie właśnie kręci się u mnie w komputerowym odtwarzaczu. Są jednocześnie bardzo konsekwentni, bowiem ich muzyka w zasadzie od zarania jest taką hybrydą wszystkiego co najlepsze w death metalu starej szkoły, czyli tej z lat dziewięćdziesiątych. Jeśli mieliście okazję poznać poprzednie nagrania Sentient Horror, to wiecie, że chłopaki zza wielkiej wody bezsprzecznie kochają szwedzkie brzmienia. Według mnie te bardziej z gatunku Grave niż Entombed, bowiem więcej w tych kompozycjach bezpośredniego ciężaru niż punkowych rytmów i typowo sztokholmskiej melodii. Owszem, te drugie elementy także się trafiają, jednak absolutnie nie dominują. Nie brak w twórczości Sentient Horror także wpływów im rodzimych, zwłaszcza z okolic Florydy. Zastanawia mnie jednak fakt, iż nikt dotychczas nie zauważył, że chłopcy z New Jersey równie mocno czerpią ze spuścizny Carcass. No przecież wystarczy nadstawić ucho choćby na riff rozpoczynający „Glory to the Rotten”, motyw główny w „Feeding the Fear” czy kilka innych przewijających się na tej płycie patentów. Toć to czysty „Heartwork”, i nawet brzmienie gitar to sygnalizuje, bo absolutnie nie powiedziałbym, że jest w tym przypadku typowo szwedzkie. Wcześniej wycieczki w kierunku Angoli także się zdarzały, ale jako że mamy na warsztacie „In Service of the Dead”, to już nie będziemy się zajmować przeszłością. Bo co by nie gadać, to faktem bezsprzecznym są dwie rzeczy. Po pierwsze – w muzyce Sentient Horror nie znajdziecie za chuj innowacji. Tutaj wszystko jest takim zlepkiem starych pomysłów, znanych i lubianych. Niektóre z nich są bardziej, inne mniej dosłowne, ale zespoły, które stanowiły inspiracje do stworzenia tego zespołu można by wymieniać w nieskończoność i w każdym numerze wskazywać dokładnie, od kogo dany riff pochodzi. I rzecz druga, chyba ważniejsza – słucha się tego naprawdę dobrze. Bo nawet wspomniane „kopiowanie” ma w sobie tego kopa, ten groove i feeling lat minionych, przy którym człowiekowi micha się cieszy. Pewnie, że nie jest to żadna petarda, ale na pewno przygoda z „In Service of the Dead” nie jest jednorazową, i każdy maniak starego śmierć metalu chętnie odpali ten krążek więcej niż tylko raz.

- jesusatan

Recenzja Vafurlogi „Í VökulliÁþján”

 

Vafurlogi

„Í VökulliÁþján”

NoEvDia / Oration 2024

 


Vafurlogi to Islandzka brygada, która powstała w 2018 roku i niedawno, bez żadnych wstępnych wydawnictw wypuściła swój debiut. Płyta ta, to osiem kawałków, które przez niemalże trzy kwadranse katuje zapamiętale. Nie od dziś wiadomo, że islandzki black metal ma swój charakter, który odbiega nieco od głównego nurtu, udziwniając go czasami aż za bardzo. Coś kurczę musi być w tamtejszym powietrzu, że niekiedy naprawdę niezrozumiałe pomysły przychodzą muzykom z tej wyspy do głowy. Tak też jest w przypadku „Í VökulliÁþján”, bo co się tutaj wyrabia, to ja tego nie pojmuje. Ogólnie rzecz biorąc wygląda to jakby panowie wikingowie wzięli po trochu z każdego ujęcia tego gatunku i zlepili na siłę. Zatem mamy tutaj melodyjny na szwedzko-fińską modłę bleczur, odrobinę zdecydowanej rogacizny z lat dziewięćdziesiątych w wydaniu norweskim, sporo dysonansowego zagmatwania w stylu francuskim no i bez liku awangardowych zawijasów po islandzku.  Mieli się to wszystko razem i kotłuje, sunąc w zmiennych tempach i zasypując nas falami dźwięków, które momentami serwują huraganowe i atonalne akordy, przechodzące w agresywnie biczujące kostkowanie, poprzecinane na przemian radosnymi i chmurnymi harmoniami, w między które wkrada się okresowo jakieś tremolo lub wypełza szereg powykręcanych i brzękliwych modernistycznych riffów. Całość obdarzona zimnym (ale nie za bardzo) i miękkim strojeniem gitar, którym rzecz jasna towarzyszy wyraźna, lecz delikatnie wycofana sekcja rytmiczna o minimalnie kartonowych beczkach i grubym basie. Oczywiście są też obecne groźne wokalizy, które swą barwą doskonale wpisują się w ten groch z kapustą. To z racji mnogości bezustannie tasujących się ze sobą środków wyrazu gęsty black metal, który na każdym kroku zaskakuje zestawianiem ze sobą przeróżnych pomysłów. Chwilami Vafurlogi to wychodzi, a czasami nie, ale nie to jest istotne, gdyż w ostatecznym rozrachunku wydawnictwo to jest zbyt przeładowane i jak dla mnie stanowi jakiś absurdalny eksperyment, na zgłębianie którego najzwyczajniej brakuje mi cierpliwości. Może Wam pójdzie lepiej.

shub niggurath

Recenzja BECERUS „Troglodyte”

 

BECERUS
„Troglodyte”

Everlasting Spew Records (2024)

 


No nie ma Tito, włodarz włoskiej Everlating Spew Records ręki do brutalnego death metalu. Włoskie trio Becerus debiutowało trzy lata temu albumem „Homo Homini Brutus” właśnie od banderą krajowej wytwórni, ale już wtedy zespół ten wydawał mi się jednym z mniej interesujących bandów  w katalogu tego labelu. Teraz mamy okazję przekonać się czy za sprawą „Troglodyte” coś się zmieniło w tej materii. Bliższe obcowanie z nowym wypustem Włochów wyraźnie skazuje, że grupą docelową odbiorców niniejszego wydawnictwa powinni być fani wczesnych dokonań Broken Hope, a dokładniej ich pierwszych dwóch płyt. Krótkie, zwarte kawałki, nieustanna, niespecjalnie urozmaicona, trochę pozbawiona dynamiki, płasko brzmiąca rąbanka i bulgoczący wokal to trademark tego typu grania. I Becerus dokładnie to robi i oferuje. To deathmetalowe morze jednostajności przeplatane jest sporadycznie całkiem błyskotliwymi solówkami, mogącymi budzić skojarzenia z Monstrosity, Brutality czy późniejszymi dokonaniami Broken Hope i jest to najjaśniejszy element „Troglodyte”. Pojawiające się tu i ówdzie niezłe riffy giną w morzu niespecjalnie wciągających kompozycji, w których moim zdaniem niewiele się dzieje. Nie ma tu deathmetalowego mięsa, nie ma ciężaru, a produkcja płyty jest zbyt sterylna, płaska, poniekąd plastikowa. Czarę goryczy przelewa wszędobylski wokal, którego jest tu zdecydowanie za dużo i jeszcze bardziej zabija potencjale atuty tego albumu. Tutaj nie ma się co produkować – w moim odczuciu ten materiał jest słaby i zupełnie zbyteczny. Nie znalazłem tutaj absolutnie żadnych argumentów, żebym mógł polecić „Troglodyte” komukolwiek. Tutaj, żadne gdybanie nie pomoże, bo niemal wszystko musiałoby tu być inne, żeby niosło za sobą jakąś muzyczną wartość.

 

                                                                                                                                             Harlequin

piątek, 1 listopada 2024

Recenzja Saitma „Blizzard Tapes”

 

Saitma

„Blizzard Tapes”

Fluttering Dragon Rec. / Thundra Rec. 2024

No proszę, oto mamy dwie niespodzianki za jednym podejściem. Pierwsza to powrót do życia Fluttering Dragon Records, wytwórni, która, jeśli niektórzy pamiętają, wydała na przełomie millenium kilka zacnych pozycji z gatunku dark ambient / industrial / experimental. Najwyraźniej Przemkowi znów się zachciało, bo oto listonosz przyniósł przed chwilą kilka nowości sygnowanych logiem rzeczonego labelu. Natomiast niespodzianka numer dwa to Saitma, a konkretnie gatunek muzyczny, który panowie reprezentują, w odniesieniu do profilu wydawcy. Otóż jest to, panie i panowie, w chuj surowy black metal. O samym zespole wiadomo niewiele. Na tyle niewiele, że nawet na Metal Archives nie uświadczymy uzupełnionej dyskografii. Wiadomo jedynie, że panowie pochodzą z Finlandii i jest ich czterech. No dobra, ale to nie jest sprawą najważniejszą, więc przejdźmy do muzyki. Jak już wspomniałem, „Blizzard Tapes” to surowy black metal. Bardzo silnie nawiązujący do wczesnych lat dziewięćdziesiątych i najważniejszych przedstawicieli gatunku ze sceny skandynawskiej. Wydawnictwo to zawiera trzy demówki zespołu, wszystkie zatytułowane po prostu „Blizzard Tapes”, z tym że odpowiednio „2021 / 2022 i 2023”. Odkrywczości w tej muzyce dokładnie tyle, co śladów klawiszy czy kobiecych wokali, czyli zero, nul, ni chuja. Kompozycje Finów to najczęściej szybki, silnie przemieszany punkowym sznytem, koncentrat tego, co czyniło black metal gatunkiem odpychającym i antytrendowym, oczywiście w chwili jego narodzin, bo wiadomo co się działo później. Harmonie nie są tutaj zbyt skomplikowane, ot kilka chwytów i ostra jazda do przodu. Wali z tej muzyki piwnicznym chłodem i Szatanem, i to w bardzo bezceremonialny sposób. Jak już wspominam o piwnicy, to nadmienić wypada, że brzmienie tych demówek swój rodowód ma zapewne w tymże pomieszczeniu, i nie zdziwiłbym się, gdyby piosenki Saitma zarejestrowane zostały na setkę. Bo przy tak prostych aranżach, nawet ewentualne potknięcia jedynie dodałyby im dodatkowej surowizny. Jednocześnie, żebym nie został źle zrozumiany. Na „Blizzard Tapes” obecna jest też melodia, i to dość wyraźna, chwilami nawet mocno wpadająca w ucho, można powiedzieć, że w typowym „perkele – stylu”. Są tutaj też momenty, zwłaszcza te mocniej punkowe, które mogą kojarzyć się z twórczością GG Allina, zwłaszcza pod względem rytmicznym. W temacie wokali żadnych eksperymentów nie uświadczycie. Jest chropowaty wrzask, bez zabawy w czyste zaśpiewy czy zabawy w modulację głosu (przynajmniej nie nadmierną). Biorąc to wszystko do kupy, otrzymujemy około czterdziestu minut muzyki, która na półce każdego maniaka rdzennego drugofalowego black metalu znaleźć się powinna. Nawet, a może tym bardziej, że do nurtu nic nowego nie wnosi, za to efektywnie go melioruje. Ode mnie pełna rekomendacja.

- jesusatan

Recenzja Czerń „Klątwa”

 

Czerń

„Klątwa”

Arcadian Industry 2024

Ci Warszawiacy istnieją już jedenaście lat, ale wcześniej nie miałem okazji spotkać się z ich twórczością. Niedawno, bo chyba jakoś we wrześniu ukazała się ich druga płyta. Widząc nazwę tej kapeli pomyślałem, że pewnie to kolejny black metalowy twór i się pomyliłem, ponieważ muzyka Czerni to coś zupełnie innego choć nasi uroczy krawaciarze potrafią zaskoczyć także zimnym tremolo jak chociażby w otwierającym tą płytę numerze „Wschód” czy następującym po nim „Tnij”. Jednakże twórczość tego kwintetu to death metal z dużym nalotem sludge’u i mocnym ukłonem w stronę hc-punka. Zatem na „Klątwie” dostajemy siedem energicznych kawałków, które brzmieniowo jak i charakterologicznie zbliżone są do „śmiercionośnej” szwedzizny, będącej połączeniem szybko tnących i lodowatych riffów w stylu Entombed z soczystym mieleniem na podobę Grave. Wszystko to doprawione d-beatami i chropowatymi wokalami skręca momentami w hardcorowe rejony, które w połączeniu z post-metalowymi wtrętami jak te w zamykającym tą produkcję tytułowym utworze, przywodzą skojarzenia z kompozycjami Neurosis tyle że jest tutaj dużo gęściej, ciężej i brutalniej. Całość doprawiona sludge’owym brudem, który objawia się w strojeniu gitar i nieźle bujających zwolnieniach i podbita przez silną sekcję rytmiczną kreuje dość agresywną i wypełnioną mrokiem muzę, która zalatuje szlamem najciemniejszych miejskich zakamarków, a chwilami pojawiający się w niej punkowy vibe podkreśla jej nieco rynsztokowy sznyt. Na uwagę zasługują również teksty, które wykrzyczane po polsku również nie niosą ze sobą niczego przyjemnego, przedstawiając dekadencki obraz rzeczywistości. Podsumowując, najnowsza propozycja Czerni to nowoczesne połączenie wcześniej wspomnianych gatunków, które posiada krzepką budowę. Może się podobać, ale nie musi. Na pewno dobrze wybrzmi na żywo. Polecam.

shub niggurath