niedziela, 19 września 2021

Recenzja REDEMPTUS „Blackhearted”

REDEMPTUS

„Blackhearted”

Gruesome Records 2021

Nie ukrywam, że twórczość Redemptus to nie moje klimaty. Sludge/Post-Metalowe granie podlane Hardcore’m nie rajcuje mnie bowiem nic, a nic, a w niektórych wypadkach powoduje wręcz odruchy wymiotne i nerwowy szczękościsk. Zdecydowałem się jednak podejść do trzeciej, pełnej płyty tego portugalskiego trio, wszak może w końcu znajdzie się kapela, która przekona mnie do tego stylu? Przesłuchałem zatem kilka razy „Blackhearted”, jednak żadne oświecenie nie nastąpiło. Nie wystąpiły jednak także żadne reakcje niepożądane, o których pisałem nieco wyżej, więc można uznać, że nie było tragedii, ale nadużyciem byłoby stwierdzenie, że było dobrze. W swojej kategorii to z pewnością bardzo dobry materiał, zbudowany na ciężko bijących bębnach, grubym, chropowatym, gniotącym konkretnie basie, tłustych, chwilami potężnych, gitarowych riffach i emocjonalnych wokalizach o kilku odcieniach i nawet ja, będący raczej oponentem takiego grania, który nie czuje tych wibracji,  wyłapałem tu kilka ciekawych patentów, zwłaszcza jeżeli chodzi o pracę wiosła. Sporo bowiem na tej płycie dobrych, hipnotyzujących, starannie wykalibrowanych pod względem melodii i dynamiki riffów, które jednocześnie mają swój niezaprzeczalny ciężar, a ich mulista, tępa struktura sprawia, że gniotą niezgorzej. Bębny również mają swoje momenty, w których miażdżą bądź dla kontrastu zapuszczają się w bardziej wysublimowane, progresywne rejony o znacznie większym stopniu skomplikowania, podobnie jak bas, który miejscami poniewiera okrutnie w punkowym stylu, ale i bez problemów potrafi wyrzeźbić mocniej pokręcone, zniekształcone struktury. Gdy rozłożymy zatem ten materiał na czynniki pierwsze, to poszczególne składniki prezentują się całkiem dobrze i niekiedy robią spore wrażenie, ale „Blackhearted” jako całość ni chuja do mnie nie przemawia. Słychać, że ważnymi dla Portugalczyków zespołami, a zarazem źródłem ich inspiracji są Isis, Converge, Neurosis, czy Mastodon, wiec fani wymienionych tu powyżej zespołów powinni wchłonąć dźwięki tworzone przez Redemptus bez większych problemów i zapewne będą im się one podobać. Dla mnie to mimo wszystko trochę zbyt jałowe. Brakuje mi tu soczystego pierdnięcia, choćby odrobiny krwi i mięcha. Dlatego też do trzeciej płyty grupy z Lizbony z pewnością już nie powrócę, ale każdy, kto lubi wszelkiego rodzaju Post-Metalowe hybrydy, powinien zainteresować się twórczością Portugalczyków, gdyż z dużą dozą prawdopodobieństwa łyknie ją zachłannie niczym głodny pelikan.

                                                                                                                                                                                                        Hatzamoth 

piątek, 17 września 2021

Recenzja In Aphelion „Luciferian Age”

 

In Aphelion

„Luciferian Age”

Edged Circle 2021

Sięgając po debiutancką EP-kę In Aphelion, zespołu reklamowanego nazwiskami osób maczających paluchy w szwedzkim Necrophobic, przeszła mi przez głowę myśl, że może oto panowie, niczym swojego czasu członkowie Katatonii, zatęsknili za graniem starego death metalu rodem z lat dziewięćdziesiątych. Po dosłownie kilku sekundach otwierającego materiał „Draugr” wiedziałem już, że nic takiego nie nastąpi i poczułem lekkie rozczarowanie. Nie trwało ono jednak zbyt długo, bo gdy cztery zamieszczone na „Luciferian Age” autorskie numery, plus cover Kreatora „Pleasure To Kill” zakręciły się kilka razy w moim odtwarzaczu, byłem kupiony. Szwedzi nagrali muzykę, która z powodzeniem mogłaby znaleźć się na albumie ich priorytetowego zespołu i bynajmniej nie mam na myśli dwóch ostatnich, mocno średnich pełniaków. Może kapkę więcej tu death metalu, lecz wcale nie mniej chwytliwych, płynących swobodnie melodii niż choćby na „The Third Antichrist” czy „Blodhymns”. Najlepszym na to przykładem niech będzie utwór tytułowy, nadający się idealnie zarówno do trzepania łbem jak i nucenia pod prysznicem. Chwilami mocno też zawiewa z tych numerów krajanami In Aphelion z Dissection, najsilniej chyba w „Wrath of a False God”, utworze brzmiącym jak odrzut z sesji „Storm of the Light’s Bane”. Krótki jest ten materiał, ale wyraźnie sygnalizuje, że warto zwrócić na ten nowy twór uwagę, gdyż absolutnie nie brzmi mi to jak odcinanie kuponów od znanej nazwy. Nie do końca jednak rozumiem, dlaczego Szwedzi nie wrzucili tych kompozycji na nowy krążek Necrophobic. Może były po prostu za dobre dla zespołu obciążonego piętnem damskiego boksera hehe! Jebał to pies, cieszę się, że panowie spięli poślady i nagrali kawałek dobrego death/black metalu, z zajebistym dodatkiem w postaci wyśmienicie, jeszcze szybciej niż w oryginale odegranego coveru. Co się z tego zespołu ostatecznie wykluje, nie wiem. Jest jednak nadzieja, iż będzie to coś pożytecznego. Początek bowiem jest bardzo obiecujący. Zatem trzymam kciuki i czekam na kolejny ruch Ramstedta i spółki.

- jesusatan

czwartek, 16 września 2021

Recenzja Conjureth “Majestic Dissolve”

 

Conjureth

“Majestic Dissolve”

Memento Mori (2021)

Raul i jego Memento Mori po raz kolejny dostarczają na rynek porcję solidnego, staroszkolnego death metalu. Kto śledzi wydawnicze poczynania Hiszpana ten pewnie wie, że jego label dostarcza miłośnikom śmierć metalowych czasów minionych solidną porcję muzyki – przeważnie wtórnej, mało odkrywczej, ale prezentującej wystarczająco dobry poziom, który powinien usatysfakcjonować gatunkowych „zbieraczy” nośników. Nie inaczej jest w przypadku pochodzącego z San Diego Conjureth. Trio, które do tej pory wypuściło pod tym szyldem dwie domówki do nowicjuszy nie należy, członkowie udzielali się, bądź wciąż udzielają w takich formacjach jak Ghoulgotha, Encoffination, Void Ceremony czy Father Befouled. Doświadczenie przełożyło się na jakość - bo choć trudno doszukiwać się na „Majestic Dissolve” oryginalności, to trudno zaprzeczyć faktowi, że mam tu do czynienia z materiałem dobrym, sprawnie zagranym (a przede wszystkim zagranym z głową), do którego wracałem z przyjemnością kilkukrotnie. Żadne to wiekopomne dzieło, ale jeśli ktoś lubi dynamiczny, energicznie zagrany death metal, który nie cierpi katuszy jednostajności, ten powinien być usatysfakcjonowany. Bezpośrednich porównań raczej bym się tutaj nie doszukiwał, choć wraz z odsłuchem wyłapiemy batalistyczne nawałnice rodem z Bolt Thrower, carcassowe dualizy wokalne, thrashowe szarże spod znaku wczesnej Massacry, schuldinerowe gmatwaniny, czy szereg innych nawiązań do metalu śmierci czy thrashu. „Majestic Dissolve” dalekie jest od toporności i dreptania w miejscu. Tutaj cały czas coś się dzieje. Płyta pozornie utrzymana jest w dość szybkim tempie, ale poprzez wrzucanie kolejnych motywów raz po raz da się wychwycić szereg zwolnień i zrywów, które ani na moment nie zabijają brawurowego charakteru tego wydawnictwa. Solidny, wyraźny growl, oszczędne, na swój sposób melodyjne solówki i naprawdę solidne brzmienie w tym przypadku należy uznać tylko za dodatkowe atuty. Oczywiście „Majestic Dissolve” nie ma szans w końcoworocznym wyścigu na najlepsze wydawnictwo choćby nawet w swojej niszy, ale nie zmienia to faktu, że słucham debiutu Kalifornijczyków z ogromną przyjemnością i nie muszę dorabiać sobie ideologii, aby w jakiś sposób uargumentować wartość tego materiału. Conjureth nagrało dobry, a nawet bardzo dobry album, który zakupem obowiązkowym może nie jest, ale wartym jego rozważenia na pewno. Jestem przekonany, że premierowy odsłuch zachęci wielu słuchaczy do tego, żeby ten krążek co najmniej kilkukrotnie zagościł w odtwarzaczu. Ja w stosunku do debiutu Conjureth nie miałem oczekiwań dlatego też może tak pięknie odpłacił mi się z nawiązką. Gdybym miał podsumować jednym zdaniem to ciśnie mi się na usta „naprawdę fajny album”.

 

                                                                                                                      Harlequin

Recenzja Altar Blood “From the Darkest Chasms”

 

Altar Blood

“From the Darkest Chasms”

Bestial Invasion 2021

Czasem, gdy słucham sobie tych wszystkich napływających ze świata nowości z gatunku death, to w większości przypadków mogę w ciemno zakładać, że znajdę na nich inspiracje Immolation, Incantation czy Morbid Angel. Niby fajnie, ale szczerze mówiąc trochę brakuje mi grania na wysokim poziomie inspirowanym innymi klasykami. I oto trafia do mnie debiutancki krążek Altar Blood, materiał datujący na rok 2019, lecz dopiero teraz wydany na Si-Di nakładem Bestial Invasion. Troje Amerykanów z Północnej Karoliny kultywuje na nim rodzime śmierć metalowe tradycje, najwyraźniej pamiętając, iż ichnia scena to nie tylko trzy wymienione na wstępie nazwy. Masywne granie na „From the Darkest Chasms” to muzyka w bardzo klasycznym zamorskim stylu, łącząca prostotę z elementami ciut bardziej technicznymi, okraszona staroszkolnym, organicznym brzmieniem. Rządzi tu przede wszystkim bezlitosne, równomierne gitarowe mielenie kojarzące się, chwilami bardzo dosłownie, z Cannibal Corpse, Suffocation czy Banished. Zwłaszcza praca perkusji może chwilami do złudzenia przypominać styl Mazurkiewicza, choć odnośników do wymienionych przed chwilą zespołów jest znacznie więcej. Sporym atutem tego materiału jest jego tętniący wyraźnie puls. W zasadzie przy każdym z dziewięciu utworów można pozarzucać czupryną, a pojawiające się czasem maksymalne zwolnienia wywołują przeszywające ciary na plecach. Podobnie dzieje się, gdy w pewnym momencie wchodzi patent klawiszowy, momentalnie przypominający mi szok, którego doznałem odsłuchując po raz pierwszy jedynkę Entombed. Pomimo pewnego rodzaju oczywizmu, jest w tych kompozycjach sporo ognia i naturalnego gniewu, podsycanego dodatkowo przez bardzo dobre, głębokie growle, urozmaicane w niektórych fragmentach skrzekami w innych tonacjach. Wszystkie składowe przegryzają się tu idealnie, niczym w gotowanym trzy dni bigosie, czego efektem finalnym jest potężny kop w dupę i poprawka dwa razy z otwartej na lico. Ten album przypomniał mi dobitnie, jak bardzo stęskniłem się ostatnio za tego typu graniem. Bez wahania umieszczam go zatem na półce obok wspomnianych wcześniej klasyków, bo tam jego miejsce. Gdyby wyszedł na świat w latach dziewięćdziesiątych, stałby tam od dawna.

- jesusatan

środa, 15 września 2021

Recenzja Congenital Deformity „Sacrifice”

 

Congenital Deformity

„Sacrifice”

Morbid Chapel 2021

Debiutanckie demo Congenital Deformity które ukazało się w zeszłym roku przeleciało mi przez uszy niemal z prędkością światła, niewiele pozostawiając w głowie. Była to taka przeciętna przeciętność. Zatem w „Sacrifice” nie pokładałem specjalnych nadziei i szczerze mówiąc wrzuciłem ten materiał na ruszt wyłącznie po to, by go odfajkować. I tu spotkała mnie mała niespodzianka. Oto bowiem włoski projekt zrobił spory krok wprzód i dość zasadniczo rozwinął swój styl, w czym zapewne olbrzymia zasługa poszerzenia składu o drugiego muzyka. Z siermiężnego i dość mocno kwadratowego łupania zespół ruszył wartko ścieżką w kierunku Finlandii. Nie zaprzeczę, że elementy wspomnianego prymitywizmu nadal są na tej demówce obecne, jednak dodatkowo pojawiły się tu także chwytliwe melodie, doomowe walce i ten niepowtarzalny północny klimat. Początek utworu tytułowego to dla mnie czysty „The Karelian Isthumus”, a pojawiający się w połowie kompozycji gitarowy pasaż to niemal „Tales From the Thousand Lakes”, coś pięknego. Finlandia jest tu także słyszalna w charakterystycznie zapiaszczonym brzmieniu gitar, zawsze kojarzącym mi się przede wszystkim z wczesnym Belial. Nie da się też nie wyczuć w tych nagraniach kapki szkoły zamorskiej, tej starszej, z okresu pierwszej świetności. Generalnie jednak materiał na „Sacrifice” jest dość zróżnicowany, nie ma bicia konia w jednym tempie. Jest sporo przyspieszeń, kilka dołów i przede wszystkim wiele ciekawych aranży. Na dobrą sprawę można powiedzieć, że na drugim demo Congenital Deformity prezentuje się jako nowy zespół, nie tylko podliftingowany, ale z zupełnie nowym obliczem. No, to teraz nic jak tylko czekać na pełnometrażowy debiut, bo „Sacrifice” to jedynie siedemnaście minut muzyki, a mi chciałoby się więcej. Jeśli więc panowie okrzepną i zrobią jeszcze jeden mały kroczek przed siebie, to następne wydawnictwo może być naprawdę mocne. Czego oczywiście Włochom i sobie serdecznie życzę, bo obrany przez nich kierunek jak najbardziej mi odpowiada.

- jesusatan

Recenzja Pathogen „Ravages of the Tyrant”

 

Pathogen

„Ravages of the Tyrant”

Bestial Invasion 2021

Może to dziwne, ale mimo iż Pathogen tuła się po scenie już dwadzieścia lat i doczekał się pięciu dużych albumów oraz sporej ilości pomniejszych wydawnictw, to jakoś do dziś nasze drogi się nie zeszły. Tym bardziej to zaskakujące, bo słucham sobie właśnie „Ravages of the Tyrant” po raz kolejny i stwierdzam, że to naprawdę niezłe granie. Jak więc zatem udawało mi się tak długo skutecznie omijać ten zespół, nie mam pojęcia. No ale przejdźmy do rzeczy. Wersja Bestial Invasion to wznowienie wspomnianej EP-ki na srebrnym dysku z bonusami w postaci wersji demo dwóch utworów znanych z czwartej płyty „Ashes of Eternity”. Filipińczycy nie tworzą może dźwięków zbyt oryginalnych, lecz akurat jeśli mowa o death metalu, to najmniej mi to przeszkadza. W tym konkretnym przypadku mamy do czynienia z dość surową wersją gatunku. Nie znajdziecie w tych utworach ani szaleńczego tempa ani gniotących spowalniaczy. Wszystko obraca się tu na umiarkowanej prędkości z chwilowymi zrywami, ze sporą ilością punkowych rytmów, w raczej prostej konwencji i bez wirtuozerskich wygibasów. Można by powiedzieć, iż znając pochodzenie zespołu dość łatwo się domyśleć jak to brzmi i cyka. Poniekąd sporo w tym prawdy, choć poza oczywistymi, rzucającymi się od razu w uszy wpływami, takimi jak choćby Dismember, Benediction czy Asphyx, w kilku momentach zespół czerpie też z innych klasyków. Dość wyraźnie wyczuwalne są tutaj inspiracje wczesnym Celtic Frost, zwłaszcza w otwierającym materiał „Tenebrae Infinitum”. Z kolei solówki mocno przypominają mi popisy Treya, albo chwilami może nawet bardziej Petera na „The Ultimate Incantation”. Na płycie znajdziemy też cover Dead End i trzeba przyznać, że utwór ten doskonale wkomponowuje się w całość. Jest więc dość ciekawie i nudzić się przy tym nie da, zwłaszcza że brzmienie „Ravages of the Tyrant” jest odpowiednio zapiaszczone i odrobinę niechlujne. Nieco do przodu, zwłaszcza przy d-beacie, wybijają się dość płasko brzmiące beczki, co w tym przypadku akurat podkreśla jedynie garażowy charakter muzyki Pathogen. Materiał ten trwa niecałe pół godziny i powiem szczerze, że jest to idealna dawka muzyki. Dostateczna by nieźle kopnąć w dupę a jednocześnie nie zacząć się powtarzać. Może i obiektywnie patrząc, muzycznie ta EP-ka i jest jedynie solidnym drugoligowcem, ale ja czasem wolę posłuchać czegoś niezobowiązującego niż jedynie towaru z najwyższej półki. Jeśli macie podobnie, to Pathogen na taką okazję będzie jak ulał.

- jesusatan

wtorek, 14 września 2021

Recenzja Hexenbrett “Intermezzo Dei Quattro Coltelli Nudi”

 

Hexenbrett

“Intermezzo Dei Quattro Coltelli Nudi”

Dying Victims Prod. 2021

Hexenbrett to ostatnio jeden z moich ulubionych zespołów ze stajni Dying Victims. Powód jest prosty – ich muzyka wymyka się łatwej kategoryzacji, jest niekonwencjonalna i całkowicie nieprzewidywalna. Idealnym na to dowodem jest najnowsza EP-ka, którą właśnie się zasłuchuje. Wszystko tu jest zaskakujące. Począwszy od okładki, na której widnieje obrazek rodem z komiksu czy powieści kryminalnej a na samej muzyce kończąc. Sam zespół z kolei zaznacza, by nie wiązać zbytnio zawartości tego wydawnictwa z tym, co szykują na drugą płytę  a raczej jako pewnego rodzaju przerywnik. Cóż zatem znajdziemy na omawianej EP-ce? Ano cztery kompozycje, trzy autorskie oraz cover Misfits, w stylu… No właśnie, dość mocno odmiennym od tego, czym zespół nas dotychczas raczył, choć jednocześnie utrzymanym w charakterystycznym klimacie. Nie do końca jestem w stanie wyjaśnić dlaczego, ale chwilami dźwięki Austriaków kojarzą mi się poniekąd z rodzimym Wędrowcy-Tułacze-Zbiegi, aczkolwiek w nieco mroczniejszym wydaniu. Utwory zawarte na “Intermezzo Dei Quattro Coltelli Nudi” dość mocno oddalają się od muzyki metalowej jako tako, skręcając w kierunku alternatywnego rocka, łagodniejszych, choć jednocześnie bardzo transowych harmonii, czystych wokaliz i teoretycznej przystępności. Teoretycznej, gdyż te pozornie radiowe piosenki zawierają ilość psychodeli zdecydowanie wykluczającą je z list przebojów. Sporo tu ciekawych melodii, które z łatwością dają się nucić pod prysznicem a jednocześnie dalekie są od słodyczy i puszczania oka w kierunku szerszej publiczności, wręcz przeciwnie. Ilość pojawiających się w tych utworach niekonwencjonalnych patentów z saksofonem czy niemal popowym śpiewem na czele zaskakuje a chwilami wręcz lekko szokuje. Skąd zatem u Hexenbrett taki nieoczekiwany skręt i po co? Wiele wyjaśnia w tym przypadku fakt, iż nagrania te zostały zarejestrowane przez muzyków, którzy wspomagają podstawowy skład zespołu na żywo. Moim zdaniem wywiązali się z powierzonego zadania znakomicie, co jedynie może dobrze wróżyć na przyszłość. Bardzo spodobał mi się ten materiał, nawet jeśli początkowo zdawał się zlepkiem kilku nie pasujących do siebie elementów układanki. Ostatecznie stwierdzam, że wszystko się tu doskonale zazębia i uzupełnia. Taki rodzaj awangardy sobie cenię i takiemu graniu zawsze przyklasnę. Nikogo nie zmuszam do sprawdzenia “Intermezzo Dei Quattro Coltelli Nudi” i nie gwarantuję, że ta muzyka wam się spodoba. Mnie to rusza, was nie musi, ale może. Sprawdźcie sami, bo tego typu płyty nie trafiają się za każdym rogiem.

- jesusatan