środa, 20 października 2021

Recenzja MEDIEVAL DEMON „Arcadian Witchcraft”

 

MEDIEVAL DEMON

„Arcadian Witchcraft”

Hells Headbangers Records 2021

Z muzyką greckiego Medieval Demon zetknąłem się po raz pierwszy przy okazji pierwszej ich płyty w 1998 roku. Cóż, nie powalił mnie ten materiał, delikatnie rzecz biorąc, dlatego też nie specjalnie interesowały mnie losy tej hordy. Nadszedł jednak rok Anno Bastardi 2021 i za sprawą wydanej przez Hells Headbangers, winylowej wersji najnowszego materiału owej grupy młodzieżowej z Hellady ponownie skrzyżowały się nasze drogi. Odświeżyłem zatem przy tej okazji moje wiadomości o tym zespole i jak się okazało, panowie krótko po wydaniu swego pierwszego pełniaka zawiesili działalność, robiąc sobie 15-letni odpoczynek. Powrócili na scenę w 2013 roku, a w 2018 wydali swój drugi, pełny album. Jeżeli zaś chodzi o ich trzeci album, to wersja cd ukazała się pod koniec roku 2020, natomiast kaseta i winylowy placek, który to jest przyczyną całego tego zamieszania swą premierę miał w maju tego roku. Lekcja historii odrobiona, teraz przechodzimy do meritum sprawy, czyli muzyki, jaka znajduje się na „Arcadian Witchcraft”. W tym elemencie jest z pewnością zdecydowanie lepiej niż na debiucie, ale do obsrania jeszcze daleko. Starożytny Demon prezentuje tu bowiem niecałe 38 minut bardzo solidnego, dostojnego, ponurego, okultystycznego, majestatycznego Black Metalu. Kręgosłupem „Arkadyjskich Czarów” jest tradycyjna, grecka szkoła gatunku, a więc specyficzne, melodyjne riffy, bardzo dobre, przemyślane, dopracowane partie solowe o nieco teatralnym, narracyjnym szlifie mające wiele wspólnego z tradycyjnym, surowym Heavy Metalem, soczyste, acz stosunkowo prosto bijące bębny z nieco tępo brzmiącym werblem, dynamiczny, chropowaty bas o szorstkich wykończeniach i złowieszcze, przepełnione jadem wokale. Ów tradycyjny na wskroś rdzeń uzupełniają głębokie, czyste śpiewy o wampirycznym charakterze, nawiedzone, piekielne chóry, złowróżbne zaklęcia i oczywiście parapet będący integralną częścią muzyki Medieval Demon, wlewający w te wałki sporą porcję lepkiego mroku i rytualnego, mistycznego feelingu. Praca parapetu i wszelakie, wykorzystane na tym albumie orkiestracje kierują się jednak zdecydowanie bardziej w kierunku Norwegii i Wysp Brytyjskich i bardziej kojarzą się z tym, w jaki sposób na swych płytach wykorzystały je Dimmu Borgir, Gehenna, czy Cradle of Filth, a niżeli Rotting Christ lub Varathron. Brzmienie jest surowe, ale zarazem soczyste i organiczne, sporo tu przestrzeni dla poszczególnych instrumentów, więc odsłuch jest przyjemny i nie nastręcza problemów. Jest coś urzekającego i hipnotyzującego w tych dźwiękach i niewątpliwie jest to najlepsza produkcja w dyskografii tych greckich bluźnierców, a jednak jakoś nie mogę się do końca przekonać do tej płyty. Dlatego też wg mnie to materiał bardzo solidny i konkretny, ale nic ponadto.

 

Hatzamoth

wtorek, 19 października 2021

Recenzja Funeral Winds „Gruzelementen”

 

Funeral Winds

„Gruzelementen”

New Era Productions 2021

Z Funeral Winds jest taka historia, że mimo iż zespół istnieje już trzydzieści lat, to jakoś niespecjalnie zaistniał, przynajmniej na naszym podwórku, na większą skalę. Przyznam, że sam poczynań tego jednoosobowego projektu nie śledziłem z wypiekami na twarzy a najnowszy materiał trafił do mojego odtwarzacza trochę przez przypadek. I absolutnie z tego powodu nie narzekam, gdyż okazuje się, że „Gruzelementen” to płyta z rodzaju co to ją tygrysy lubią najbardziej. Powodów jest przynajmniej kilka, więc po kolei. Przede wszystkim Funeral Winds prezentuje czysto satanistyczne podejście do black metalu, bez filozofowania o kosmosie czy pięknie natury. Tu jest piekło, Szatan i desekracja wszelkich świętości. To raz. Dwa – ten materiał brzmi dokładnie tak, jak powinien brzmieć rasowy czarny metal – surowo, szorstko i bez zabawy komputerem w czyszczenie poszczególnych ścieżek. Jedynie masywny, chłoszczący uszy piwniczny brud. Kolejna rzecz to kompozycje. Niby proste, jednak zawierające sporą dawkę melodii. Ale nie jakiegoś tam pitolenia, raczej chodzi mi o akordy mogące kojarzyć się z końcówką lat osiemdziesiątych, które w połączeniu z wpływami drugiej fali tworzą siarczystą mieszankę prawdziwego diabelstwa. Utwory utrzymane są głównie w szybkim tempie z mniej licznymi wyjątkami, gdzie tremolo przechodzą w staroszkolne riffowanie. No i na koniec wokal, będący klasycznym przykładem zdzierania gardła do krwi w imię Belzebuba. Dla pikanterii wrzucono to także parę wprowadzaczy czy też interludiów, które są niczym kropla tabasco dodana do całości. Można poniekąd ten materiał porównać do wczesnych nagrań Mayhem czy surowej wersji Marduk, jednak jakiekolwiek inspiracje dźwięczały autorowi w głowie, zostały one bardzo umiejętnie ubrane we własne szaty. I to szaty, które Hellchrist Xul  nosi konsekwentnie od chwili założenia omawianego projektu. Czego by zatem nie mówić, nowy krążek Funeral Winds to wkurwiony, plujący na Nazareńczyka black metal. Dokładnie taki, jakim ten gatunek był w pierwotnym zamyśle. Nic tylko słuchać i deptać krzyże. Ave!

- jesusatan

Recenzja INTONATE „Severed Within

 

INTONATE

„Severed Within”

Willowtip Records 2021


Progresywny, Techniczny Death Metal to bardzo specyficzny gatunek, a szereg wydawnictw z tego nurtu, to rzeczy praktycznie dla mnie niesłuchalne, w których dominuje sucha i niestrawna masturbacja nad instrumentami. Ostrożnie podchodziłem zatem do drugiej, pełnej płyty nieznanego mi wcześniej, kanadyjskiego zespołu Intonate, gdy zobaczyłem w notce promocyjnej, że owa grupa porusza się po meandrach takiego właśnie grania. Okazało się jednak, że moje obawy były całkowicie pozbawione sensu, bowiem „Severed Within” to płytka, na której można znaleźć kawał bardzo dobrego, konkretnie skrojonego, Technicznego Metalu Śmierci. Muzyka, jaką wykonuje Intonate, oparta jest bowiem przede wszystkim na ciężkich, miażdżących bębnach, grubo szyjącym, tłustym basie, wielowarstwowych, precyzyjnych,  technicznych, rozrywających, monstrualnych wiosłach i ponurym, niskim growlingu (wyśmienite, złowrogie wokale gościnnie wykonał tu Etienne Byard z Phobocosm). Do klasycznej formuły Death Metalu panowie dołożyli tu niemałą ilość progresywnych rozwiązań i meandrujących, bardziej melodyjnych akcentów, które jednak w żaden sposób nie obniżają siły, z jaką potrafi uderzyć ten album, trochę opasłych, mięsistych, gniotących potężnie struktur zaczerpniętych z Doom Metalu i szczyptę siarczystych, jadowitych, czarcich zagrywek, więc krążek ten potrafi sponiewierać konkretnie na kilku płaszczyznach. Sporo tu zawiłych, pokręconych ścieżek, zwrotów akcji, złożonych, momentami wręcz wyrafinowanych, ale zarazem dosyć chwytliwych tekstur gitarowych, mocarnych, dysonansowych, chorych, atonalnych akordów, połamanych niezgorzej partii sekcji rytmicznej, nieszablonowo zastosowanych, ledwie zauważalnych pasaży gitar akustycznych, gdzie jedna seria nut przemyka pomiędzy głównymi frazami, podczas gdy inne wtapiają się w sam riff, czy też chaotycznych z lekka, niepokojących, na wpół kakofonicznych, hipnotyzujących, nieharmonijnych, wściekłych, ekspansywnych rozwiązań. Ogólnie rzecz biorąc, struktury poszczególnych wałków są wysoce nieprzewidywalne, czasami wydają się niemal przypadkowe, a mimo to, paradoksalnie stanowią zwartą, spójną całość i mają sens. Przede wszystkim jednak z tej muzy w sporych ilościach wylewa się mrok i ulatniają złowrogie, miazmatyczne opary morderczego szaleństwa. Album ten świetnie brzmi, jest tu przestrzeń, a dźwięk ma organiczny charakter, więc bardzo dobrze słychać, co rzeźbi każdy instrument, ale zarazem brutalności, okrucieństwa i wirującej, gęstej, lepkiej ciemności tu na morgi i hektary. Wszyscy uwielbiający dokonania Gorguts i Ulcerate powinni zainteresować się także nagraniami Intonate, choć można tu także usłyszeć pewne nawiązania do dźwięków, jakie znamy z płyt Atheist, czy wczesnego Cynic. Nie ma co dłużej bić tu piany i udawać mądrego, „Severed Within” to zajebista, niszcząca obiekty płyta, którą każdy, szanujący się fan Metalu Śmierci powinien obowiązkowo posiadać w swojej kolekcji.

 

Hatzamoth

poniedziałek, 18 października 2021

Recenzja Helwetti „Helwetti”

 

Helwetti

„Helwetti”

Illumination Void Prod. 2021

Dziś mamy chyba małego rekordzistę. Wyobraźcie sobie, że płyta, która właśnie kręci się w moim odtwarzaczu czekała na swoje narodziny ponad dwie dekady. Dosłownie. Wszystkie instrumenty zarejestrowane zostały pod koniec lat dziewięćdziesiątych, po czym materiał ten przeleżał aż do roku 2020, kiedy to w końcu Eorl Torth Tyrranus dograł wokale wieńcząc dzieła. Debiutancki i zapewne jedyny, jako iż zespół już dawno leży w grobie, album Helwetti to encyklopedyczny przykład prawdziwego black metalu drugiej fali. I to, kurwa, w jakim wydaniu! W zasadzie w roku, gdy ten materiał był wstępnie rejestrowany, rzeczony gatunek dość mocno się już rozwarstwiał. Podczas gdy niektórzy szli prostą drogą w kierunku pedaliady i podlizywania się szerszej publiczności albo twierdzili, że satanizm już jest passe, jedynie nieliczni trzymali sztywno ster na bluźnierstwo, piekło i wieczne potępienie. Takim bezkompromisowym tworem był właśnie Helwetti, tworzący muzykę surową i cholernie zimną, będącą policzkiem wymierzonym chrześcijaństwu. Nie znajdziecie na tym krążku przyjemnych piosenek, refrenów do nucenia, klawiszowego słodzenia czy wyjącej pizdy na wokalu. Finowie zastosowali wyłącznie podstawowe instrumentarium a jedynym dodatkiem w ich muzyce jest bijąca z niej nienawiść. Panowie oparli swoje utwory na szorstkich melodiach w charakterystycznym perleke stylu. Nie ma tu technicznych popisów, jest prostota, dość mocno chwilami podkręcone tempo i zwierzęco wściekłe, intensywne wokale. Produkcja „Helwetti” jest mocno minimalistyczna, jeszcze bardziej podkreślająca ekstremalny przekaz płynący z muzyki. Gdybym miał się pokusić o jakieś porównania, to wskazałbym zdecydowanie w kierunku Clandestine Blaze czy Darkthrone, i to może nie ze względu na bezpośrednie podobieństwa w riffowaniu, ale prostotę struktur, nie uznawanie jakichkolwiek kompromisów i trzymanie się ściśle rdzennych zasad gatunku. Ten materiał trwa zaledwie nieco ponad pół godziny i trochę szkoda, że tak mało, bo zaprawdę jest to czarci fiński wymiot na najwyższym poziomie. Niezmiernie się cieszę, iż „Helwetti” ujrzał ostatecznie światło dzienne. Sprawdźcie go koniecznie, choćby po to, by odświeżyć sobie jak brzmiał i nadal powinien brzmieć black metal.

- jesusatan


Recenzja DISFIGUREMENT PERVERTE „Savagery Torture”

 

DISFIGUREMENT PERVERTE

„Savagery Torture” (Promo)

Indepedent 2021

Z materiałem Indonezyjskiego Disfigurement Perverte tytułującym się „Savagery Torture” sprawa jest co najmniej dwuznaczna. Jedne źródła podają, iż jest to demo z 2018 roku, inne natomiast twierdzą, że to promo, jakie ujrzało światło dzienne w roku 2021. No i bądź tu kurwa mądry i pisz wiersze! Jakby jednak nie było, poświęcę tej produkcji parę słów, gdyż to rzetelne i konkretne granie. A zatem rzeczony materiał to solidne Brutal Death Metalowe napierdalanie, które fanom indonezyjskiej szkoły gatunku z pewnością przypadnie do gustu, natomiast oponentów takiego graniani chuja do siebie nie przekona, czyli równowaga w przyrodzie zostaje zachowana. Wspomagane wyrywającym wnętrzności basem beczki nakurwiają tu bowiem konkretnie i bezkompromisowo, siejąc nielichy rozpierdol, w chuj brutalne riffy patroszą precyzyjnie i bez srania po krzakach, a wokalne wymioty zalewają słuchacza wszystkim, co chore i plugawe. Brzmi to wszystko tłusto, brutalnie i selektywnie, choć ja dołożyłbym tu więcej zgnilizny, grubszych struktur basu i ciężaru na bębnach. Jak na demo, czy promo jest jednak i tak nieźle, dźwięki tworzone przez Disfigurement Perverte poniewierają niezgorzej i dobrze rokują na przyszłość. Mam zatem nadzieję, że na kolejnym materiale panowie ci rozwiną skrzydła i w pełni objawią drzemiący w nich potencjał tworząc materiał, który dopierdoli tak, że klękajcie narody. Na razie jest rzetelnie, solidnie i fachowo,  jednak bez fajerwerków. Mimo to podoba mi się ten brutalny, zagęszczony, śmiertelny monolit z Malang we Wschodniej Javie, więc chętnie zawieszę ucho na tym, co wyrzeźbi zespół na następnym materiale.

 

Hatzamoth

sobota, 16 października 2021

Recenzja Haiku Funeral “Drown Their Moons In Blood”

 

Haiku Funeral

“Drown Their Moons In Blood”

Aesthetic Death 2021

Jak wiele człowiek może stracić przez swoją ignorancję i okopanie się sztywno w muzycznej niszy… Niby mi w niej dobrze i absolutnie nie narzekam, ale gdy czasem, kompletnie na odczepnego, sięgnę po coś teoretycznie nie mającego szans na powodzenie, trafiam niczym kosa na kamień. Dokładnie tak się stało w przypadku Haiku Funeral, zespołu, którego nazwa obiła mi się o uszy przynajmniej kilka razy, jednak zawsze byłem zbyt leniwy, by sprawdzić czym to się je. Aż do dziś. No i moje pierwsze spotkanie z tą formacją można śmiało porównać do walki Gołoty z Lamonem Brewsterem. Nim dobiegł końca otwierający całość „The Universe Murders Itself” ja już leżałem na glebie i nie wiedziałem, co tu się kurwa dzieje. Muzyka Haiku Funeral ma bowiem tak wielką siłę oddziaływania na słuchacza, że jebnięcie obuchem jest przy niej niczym ukąszenie komara. Duet, w którego skład wchodzą muzycy zajmujący się na co dzień odpowiednio progrockiem i black metalem, czyli gatunkami całkowicie przeciwnymi, tworzą wspólnie dźwięki, które ze względu na swoją różnorodność wymykają się jednoznacznej kategoryzacji. Panowie roztaczają wizje zarówno piękne, co i przerażające a gra kontrastów i zestawianie ze sobą elementów teoretycznie do siebie nie pasujących jest na „Drown Their Moons In Blood” na porządku dziennym. Podstawą tych siedmiu kompozycji jest mariaż dark ambientu o rytualnym, szamańskim wydźwięku z elementami muzyki industrialnej. Jednak takie określenie jest dość płytkie, bowiem ozdobników zaczerpniętych z innych odmian muzycznych tu nie brakuje. Choćby w postaci dodatków orientalnych w „The Head of the Innocent One” czy „”Cherny Shamani” a nawet klimatów Dead Can Dance’owych. Nie będę jednak wykładaj kawy na ławę. Powiem jedynie, że pod wpływem tej mieszanki przestaję logicznie myśleć i zaczynam podążać w jej głąb niczym szczur za zaczarowanym fletem. Tym bardziej, że towarzyszą jej niesamowite, zróżnicowane wokale, czasem demoniczne i jadowite, w innych partiach szeptane i zniewalające. Rzadko muzyka niemetalowa jest w stanie tak mnie zaorać, ale w konfrontacji z dziełami pokroju „Radiance of a Thousand Suns” czy właśnie „Drown Their Moons In Blood” czuję się po prostu bezbronny. Bo te dźwięki zdają się materializować wokół mojej głowy, dotykać lodowatą macką spoconych pleców lub palić oczy i nos gorącym oddechem. Nic więcej nie mam do dodania. Gaszę światło, zakładam słuchawki i odpływam niesiony strumieniem mroku… Dokądkolwiek by nie wiódł.

- jesusatan

Recenzja DEAD SUMMER SOCIETY „Decades”

 

DEAD SUMMER SOCIETY

„Decades”

Northern Silence Productions 2021

Trzecia, pełna płyta włoskiego projektu Dead Summer Society, to propozycja dla tych, którym odpowiada klimat płyt Novembre, Lacrimas Profundere, The Foreshadowing, czy też późniejszych, bardziej zorientowanych na gotyckie granie produkcji Tiamat. Muzyka, jaka znajduje się na „Decades”, obraca się bowiem w szeroko pojętych ramach melodyjnego Gothic/Doom Metalu zakorzenionego w końcówce drugiej połowy lat 90-tych z delikatnym dotknięciem bardziej współczesnych form atmosferycznych dźwięków (Post-Black Metal / Blackgaze). Obcujemy tu zatem z melancholijnymi, nostalgicznymi, z lekka przygnębiającymi kompozycjami, które płyną gładko i swobodnie. Całość opiera się tu w głównej mierze na dobrej pracy wiosła, wspartej niezłymi, klimatycznymi partiami parapetu. Te dwa instrumenty odwalają tu największą robotę, gdyż puszczone z trupa beczki robią swoje, nie mając innego wyjścia, a bas podążający prawie zawsze za rytmem jest w zasadzie niezauważalny. Wokale operujące kilkoma barwami i sposobami artykulacji, poczynając od chmurnych pseudo growli, poprzez czyste, męskie i niewieście śpiewanie aż do tajemniczych szeptów i deklamowanych fraz są przeciętne, dupy nie urywają, a w niektórych momentach powodują niebezpieczne rozluźnienie zwieraczy. Gitara natomiast rzeźbi doprawdy dobre partie chłodnych, nasyconych melancholijnymi melodiami, chwytliwych riffów, doskonałe, pełne różnorakich ornamentów partie solowe o narracyjnym charakterze, nostalgiczne pejzaże dźwiękowe w onirycznych tonacjach, czy też ciekawe, zagęszczone harmonie o sporej masie własnej. Niestety bardzo dobra warstwa wioślarska nie jest w stanie wg mnie nawet z pomocą niezgorszego klawisza wydźwignąć w górę przeciętnej do bólu, bladej całości, choć zdecydowanie poprawia odbiór tego materiału, i to dzięki jej zabiegom w ogóle jakoś to wszystko trybi, a słuchanie „Decades” nie jest totalną męczarnią. Brzmienie tego materiału także mogłoby być lepsze, tzn. tragedii nie ma, gdyż sound jest przestrzenny i lekko kontemplacyjny, więc odsłuch nie nastręcza problemów, tyle że mało w tych dźwiękach ciężaru i mocy, że o mroku nie wspomnę. Lekuchne to i akuratne, aż mdli, a delikatnie syntetyczne (niemniej wyraźnie słyszalne) linie bębnów nie pomagają, delikatnie rzecz ujmując w odbiorze całości. Muzyka, którą tworzy na tym albumie Stowarzyszenie Martwego Lata, nijak nie potrafiła mnie zainteresować, więc odpuszczam sobie tę miękką papkę, jednak wszyscy miłośnicy łzawych, melancholijnych, tęsknych klimatów obcując z „Decades”,  zapewne nie raz zwalą sobie kapucyna.

 

Hatzamoth