poniedziałek, 22 maja 2023

Recenzja ANIMALIZE „Tapes From The Crypt”

 

ANIMALIZE

„Tapes From The Crypt” (Ep)(Re-Issue)

Dying Victims Productions 2023

Francuskie Animalize powraca po niespełna roku z kolejną produkcją, choć nie jest to ich nowy materiał sensu stricto. „Tapes From The Crypt” to bowiem wznowienie pierwszej ep’ki zespołu, która swą premierę miała w 2020 roku. Bardzo dobrze, że Dying Victims dało niejako ponowne życie tym wałkom, gdyż każdy z nich (a łącznie jest ich tu pięciu) to pokaz wyśmienitego, zadziornego Heavy Metalu zakorzenionego bardzo głęboko w tradycji gatunku. Każdy, kto choć trochę liznął takiej muzy, usłyszy tu zatem cały wachlarz inspiracji największymi nazwami, głównie z lat 80-tych. Panowie z Animalize przetwarzają jednak owe klasyczne wpływy na swój własny sposób, zostawiając w tych dźwiękach charakterystyczny, indywidualny, nieco odmienny sznyt, nawiązujący do wczesnych dni raczkującego jeszcze Speed Metalu, dzięki czemu ich muza żre wybornie, a na żywca z pewnością porywa do dzikiego tańca. Innej opcji kurna nie widzę, posłuchajcie wszak tych, składających się na tym krążku w jedną, zwartą całość, soczystych, cudnie zapierdalających beczek popartych wyraźnie zaznaczonym, dudniącym basem, klasycznie mięsistych, piłujących riffów, wybornych partii solowych i czystych, ale jakże jadowitych i agresywnych zarazem wokali. Równie wyborne, co muzyka jest brzmienie tego krążka. Każdy instrument wybrzmiewa tu tłusto i z pełną mocą, a jednocześnie sound tej płytki cechuje dzikość i surowość pierwotnego Heavy/Speed Metalu. Zdecydowanym ruchem ręki, czują chłopaki to, co grają i w tańcu się nie pierdolą, dlatego też „Tapes…” to świetny materiał, bez dwóch zdań. Każdego, kto śmiałby sądzić inaczej, wyzywam na pojedynek owłosionych pośladków. Mam nadzieję, że ta reedycja, to tylko przystawka przed drugim, pełnym krążkiem tych szaleńców z Lyonu, na który czekam z niecierpliwością. Oby nie za długo, bo niecierpliwy ze mnie bydlak.

 

Hatzamoth

sobota, 20 maja 2023

Recenzja / A review of Vile Ritual “Cavern of Occultic Hatred”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Vile Ritual

“Cavern of Occultic Hatred”

Sentient Ruin Laboratories 2023

Po wydaniu demówki, oraz jej późniejszym wznowieniu z dodatkowymi utworami, łeb nad powierzchnię wychyla Amerykański, jednoosobowy projekt Vile Ritual. Na pełnowymiarowym debiucie znajdujemy osiem kompozycji w stylu zgniłego i zapleśniałego śmierć metalu. Przyznać trzeba, że Sentient Ruin Laboratories mają dobrego scouta, bo po raz kolejny wyławiają z bulgoczącego od oparów siarki bagna prawdziwego potwora. „Cavern of Occultic Hatred” naprawdę przygniata. I to nie tylko brzmieniem, które jest tutaj ponadprzeciętnie duszne i gęste, ale i sposobem budowania napięcia. Liam McMahon wylewa z siebie muzyczne wizje dozując ich natężenie z mistrzowską precyzją. Kompozycje pełne są rytualnego wydźwięku, niejednokrotnie gniotących do granic możliwości, niespiesznych akordów i grobowego klimatu. Poza ciężkimi fragmentami, mielącymi z zegarmistrzowską precyzją i wysysającymi w powietrza cały tlen, zdarzają się tu niespodziewane erupcje agresji, szybko gasnące i przechodzące w wyciszające tony tylko po to, by po chwili eksplodować, ponownie zalewając nas płynnym ołowiem. Zdecydowanie w utworach tych nie ma nudy i sporo się w nich dzieje, dzięki czemu album ten jawi się niezwykle kolorowym i intrygującym. Inspiracji co prawda, i to płynących z różnych stron świata, można się na nim doszukiwać wielu. W brutalniejszych partiach na myśl przychodzą klasycy z Florydy, gdzie indziej zapachnie melodią z Tysiąca Jezior albo nawet bardziej współczesnym gruzem w stylu australijskiego Witchrist czy rodzimego autorowi Blood Incantation. Albo posłuchajcie śpiewnej gitary w stylu wczesnego My Dying Bride otwierającej „Black Chrism”. Nie znajdziecie tu jednolitej ściany dźwięki, bowiem w konkretne riffy Amerykanin zdecydowanie potrafi się bawić. I bynajmniej nie jest przy tym monotematyczny, gdyż hipnotyczne tremolo bardzo udanie przeplata klasycznym kostkowaniem, czy nawet akordami typowo siłowymi. Każda z kompozycji jest wyrazista i każda uderza w twarz z taką samą, nieokiełzaną siłą. Dzieło zniszczenia wieńczą wokale, bezustannie lawirujące między rytualnym szeptem a głębokim growlem, w niektórych miejscach dodatkowo pogłębionym delikatnymi efektami. Całość trwa w granicach trzydziestu pięciu minut i wierzcie mi, jest to dawka wystarczająca, by wycisnąć z was wszelkie siły witalne. Zaprawdę obrzydliwy to rytuał. Na tyle ohydny, że chce się go przeżywać wielokrotnie, za każdym razem doświadczając takiego samego upodlenia.

- jesusatan

 

Vile Ritual

"Cavern of Occultic Hatred".

Sentient Ruin Laboratories 2023

 

After the release of a demo, and its subsequent reissue with additional tracks, the American one-man project Vile Ritual rears its head above the surface. On the full-length debut we find eight compositions in the style of rotten and moldy death metal. One has to admit that Sentient Ruin Laboratories have a good scout, as they once again fish out a real monster from the bubbling sulfur vapor swamp. "Cavern of Occultic Hatred" really overwhelms. And not only with the sound, which is beyond sultry and dense here, but also with the way the tension is built. Liam McMahon pours out his musical visions dispensing their intensity with masterful precision. The compositions are full of ritualistic overtones, often squashing to the limit, unhurried chords and a sepulchral atmosphere. In addition to heavy passages, grinding with clockwork precision and sucking all the oxygen out of the air, there are unexpected eruptions of aggression here, quickly fading out and shifting into quieting tones only to explode a moment later, flooding us with liquid lead once again. There is definitely no boredom in these tracks and a lot is going on in them, making this album appear extremely colorful and intriguing. Admittedly, there are many inspirations, and they come from different parts of the world. In the more brutal parts, the Florida classics come to mind, elsewhere one will smell a tune from the Thousand Lakes or even more contemporary rubble in the style of Australia's Witchrist or the author's native Blood Incantation. Or listen to the singing guitar in the style of early My Dying Bride opening "Black Chrism." You won't find a uniform wall of sound here, as the American definitely knows how to play with riffs. And he is by no means monothematic at the same time, as he very successfully interweaves hypnotic tremolo with classic picking or even typical power chords. Each composition is expressive and each strikes you in the face with the same unbridled force. The work of destruction is crowned by the vocals, relentlessly languishing between ritualistic whispering and deep growls, in some places further deepened by delicate effects. The whole thing runs to thirty-five minutes, and believe me, it's a dose enough to squeeze all the vitality out of you. Truly a vile ritual. So disgusting that you want to witness it repeatedly, each time experiencing the same debasement.

- jesusatan

Recenzja SORROWFUL LAND „Faded Anchors of the Past”

 

SORROWFUL LAND

„Faded Anchors of the Past”

Black Lion Records 2023

Bywają takie dni, gdy człowiek nie może sobie znaleźć miejsca, dobija otaczająca go  rzeczywistość, njusy w telewizji wkurwiają niemożebnie, a do tego dokucza zatwardzenie i odciski dają się we znaki. Gdy dopadnie Was taki weltschmerzen, lub jak kto woli ból egzystencjalny, polecam wówczas trochę sobie  poDoomać, czyli zapodać sobie konkretnego Doom Metalu w jednej z odpowiadających Wam postaci. Na zatwardzenie, czy odciski to raczej nie pomoże (choć kto wie?), ale pozostałe, duchowe dolegliwości powinny zostać po takim seansie (dłuższym lub krótszym) wnet uleczone. Jeżeli bliski waszemu sercu jest na ten przykład ciężki, aczkolwiek stosunkowo melodyjny Doom/Death pokroju Saturnus, Swallow the Sun, Doomed, Soliloquium, czy Draconian, to albumem, który polecam na takie dni (choć oczywiście nie tylko) jest trzeci, pełny krążek Ukraińskiego projektu Sorrowful Land. Zaprawdę powiadam Wam, krążek to bez dwóch zdań zajebisty, po brzegi wypełniony wgniatającymi w podłoże, tłustymi bębnami, smolistymi liniami basu o miażdżących obrzeżach, szybującymi, posępnymi, przytłaczającymi wiosłami i wyśmienitymi, nasyconymi emocjami wokalami, wśród których króluje grobowy growling, choć nie brakuje tu także doskonałego, sugestywnego, czystego śpiewu, jak i tajemniczych, mrocznych, intymnych szeptów. Nie ma się zresztą co dziwić, że warstwa wokalna daje tu tak mocno po czapce, wszak swych talentów użyczają tu w tej materii Pierre Laube (Doomed), Henrik Ekholm (Hadriel), Stefan Nordstörm (Soliloquium), czy Kaivan Saraei i Miguel Santos (A Dream of Poe). Obecność tych zacnych gości nie przeszkadza jednak tej płycie nic a nic, gdyż warstwa instrumentalna jest równie znakomita. Prócz masywnego, zagęszczonego, zwartego kręgosłupa, który już przedstawiłem Wam powyżej, napotkamy także na tym albumie nasiąknięte rzęsistym deszczem, płaczące smyczki (w tym temacie kłaniają się mistrzowie z My Dying Bride),klimatyczne, akustyczne pasaże, wybornie zastosowany parapet, że nie wspomnę o wirtuozerskich niemal harmoniach, melancholijnych partiach solowych o nihilistycznym wydźwięku, czy cudownie zaakcentowanych, hipnotyzujących wariacjach odnoszących się do szlachetnej klasyki Doom Metalu.„Faded…” to wielopłaszczyznowy, pełen kontrastów, ale zarazem niesamowicie skondensowany i harmonijny krążek. Czaruje i wprowadza w melancholijny trans, przytłaczając jednocześnie introwertycznym feelingiem.„Wyblakłe Kotwice Przeszłości” to wyborny krążek, którym wszyscy fani wymienionych w tej recenzji zespołów powinni się zainteresować. W jego towarzystwie można się naprawdę solidnie zaDoomać.

 

Hatzamoth

Recenzja Nightside „Lions”

 

Nightside

„Lions” (Demo 2023)

Purity Through Fire 2023

Stała się rzecz niebywała, bo nagle po wielu latach powrócił fiński Nightside. Powstały w 1996 roku, band ten nagrał kilka pomniejszych materiałów by w 2001 wydać debiut „The End Of Christianity” i następnie zniknął ze sceny. Teraz są znowu z nami i chcąc zaprezentować szerszej publiczności swój nowy skład zarejestrowali demosa, który niesie ze sobą trzy kawałki black metalu jaki popularny był na przełomie wieków XX i XXI. Panowie cały czas grają to samo co niegdyś. Zimny i delikatnie chropowaty bleczur płynie tu w nieco szybszym tempie niż średnie. Ponure riffy przeplatają się z dość melodyjnymi tremolo przy akompaniamencie równo pulsującej perkusji. Twórcy zadbali również o lekko symfoniczny i zarazem epicki klimat, dokładając do wszystkiego partie klawiszowe. No i wyszedł z tego typowy dla tamtych lat black metal, który pomimo dość zadzierżystego charakteru, który objawia się głównie w wokalach, pretenduje nieśmiało do tego, aby wypłynąć na szersze wody. Nightside wyraźnie stoi u wrót mainstream’u. Jest chwytliwie, trochę nienawistnie, a przy harmoniach, którym towarzyszą syntezatory rozmarzyć się ociupinkę też można. Szacunek dla Finów za to, że po tylu wiosnach nie zapragnęli do swoich kompozycji wprowadzić żadnych nowoczesnych elementów. Stworzyli za to staroszkolny czarci metal w stylu, który zapoczątkował jego schyłek. Niemniej jednak ciekawa to podróż w tamte rejony, kiedy takie granie nie będąc jeszcze nazbyt gładkim i melodyjnym, potrafiło przyciągnąć do siebie ucho, choć nie na długo. Czy obecnie się sprawdzi? Sami oceńcie.

shub niggurath

piątek, 19 maja 2023

Recenzja SARAM „…Lima Hell!”

 

SARAM

„…Lima Hell!” (Lp)

Werewolf Records 2023

Saram to diabelska, niestety nieistniejąca już horda z Peru, w której grali ongiś wykolejeńcy z Anal Vomit, Violentor, Black Angel, Old Sacrifice, czy Goat Semen. Materiał, o którym tu mówimy nie jest więc żadną nowością. Jest to płytka kompilacyjna, zawierająca nagrania z „Metal Mayhem Genocide” (Tape 2004), oraz „Embrujo” (7”Ep 2005) i dwa niepublikowane wcześniej wałki. Dodajmy też, że pierwotnie materiały te ukazały się na srebrnym dysku w 2012 roku (Austral Holocaust Productions), natomiast pod koniec stycznia tego roku zyskały nowe życie, ukazując się pod sztandarami Werewolf Records jako 12” placek vinylu. No i bardzo dobrze się stało, że „…Piekło Limy!” zostało przypomniane, gdyż to, co tworzył Saram to kawał niszczącego w chuj grania. Myślę zresztą, że większość z Was już wie, czego się po nich spodziewać, natomiast ci mniej domyślni niech se poczytają i zapamiętają.  Peruwiańscy bluźniercy napierdalali zatem bezpośredni, prosty, surowy, korzenny Old School Death/Black/Thrash oparty na inspiracjach wczesnym Sarcófago, Sodom, Holocausto, Possessed, Vulcano, Mutilator, czy Sepultura z ery „Bestial Devastation”. Ich muza nie brała zatem jeńców, tylko od razu, bezceremonialnie posuwała słuchacza w usta sprawdzając jak głębokie ma gardło. Tak więc każdy, kto po dziś dzień maniakalnym uwielbieniem darzy  charakterystyczny, południowoamerykański wykurw starej szkoły oparty na siarczystych beczkach, gruboziarnistym basie, który chłoszcze niczym drut kolczasty, surowych, chropowatych, zabójczych, brutalnych riffach, które następując jeden po drugim, niczym fala paskudztwa, zalewają słuchacza bez przerywania swej ciągłości i obrazoburczych, niekiedy niechlujnych i przechlanych, ale jakże bluźnierczych w swym wyrazie wokalach, ten czym prędzej powinien zaopatrzyć się w „…Lima Hell!”. Radzę jednak zrobić to prędzej, niż później, gdyż wznowienie to jest oczywiście ściśle limitowane. Dodam jeszcze, że te krążki z vinylu są w dwóch kolorach, czarnym i szarym, więc możecie sobie wybrać wersję kolorystyczną, jaka będzie Wam bardziej pasować. Surowy, dziki, bestialski rozpierdol. Niczego więcej mi nie trzeba. Wyborna porcja czarnych, diabelskich wymiotów z Peru.

 

Hatzamoth

czwartek, 18 maja 2023

Recenzja CINEASTRE „Cineastre”

 

CINEASTRE

„Cineastre”

Northern Silence Productions 2023

Cineastre to projekt, który w 2018 roku zrodził się w umyśle Wintergeista. Z uporem godnym lepszej sprawy wprowadzał on w życie swoje wizje, wydając na przestrzeni czterech lat kilka pomniejszych materiałów. Wreszcie uznał zapewne, że nadszedł już czas na pierwszy, pełny krążek, zaprosił do współpracy kilku muzyków, no i dokonało się. Powstał album o intrygującym tytule „Cineastre”, który to swą premierę będzie miał na początku kwietnia 2023, a pod swoje opiekuńcze skrzydła przyjęła go Północna Cisza. Teraz dwa słowa o zawartych tu dźwiękach. Materiały promocyjne, które otrzymałem, twierdzą, że muzyka, którą tu usłyszymy ma dotykać duszy, czerpiąc z piękna poezji, folkloru, mistycyzmu ciemnego lasu i zapachów natury. Kurwa, jak pragnę zdrowia, dobrze, że te wałki nie mają leczyć migreny, chorych zatok, bądź przepowiadać przyszłości ze skrzydeł nietoperzy, lub świeżych odchodów Jelenia Wapiti. Zejdźmy jednak na ziemię. „Cineastre” to po prostu 41 minut możliwego do przyjęcia, przyjaźnie podanego, klimatycznego Black Metalu. Jak to często w takich wypadkach bywa wiosła robią całkiem niezłą robotę, rzeźbiąc sporo ciekawych, zimnych, melancholijnych partii. One także w dużej mierze budują klimat i atmosferę tego krążka, a dopóki szyją zadziornie, słuchanie tej płytki sprawia niemałą przyjemność. Sekcja rytmiczna poza utarte schematy nie wychodzi, ale robi fachowe tło dla linii wiosła i rzetelnych wokali. Więcej pozytywów na tym krążku niestety nie usłyszałem. Reszta to bowiem miękkie, często akustyczne pitolenie, szepty tak tajemnicze, że aż wpływają na przyspieszoną perystaltykę jelit i dziwne (a przede wszystkim za głośne), okazjonalne, zapewne poetyckie i wysoce romantyczne melodeklamacje. Wszystkim fanom czułostkowego, bajronicznego, lirycznego, atmosferycznego grania ta płytka pewnie przypadnie do gustu. Dla mnie sukcesem jest dwukrotne jej wysłuchanie, chodź ten drugi raz chwilami był już ciężki. Niech sobie zatem Wintergeist tworzy dalej swe poetyckie dźwięki, chodzi po ciemnym lesie i buja w obłokach. Mnie tam nie po drodze.

 

Hatzamoth

Recenzja Lord Mortvm „Dead Christ Baptism”

 

Lord Mortvm

„Dead Christ Baptism”

Helter Skelter Productions / Regain Records 2023

Lord Mortvm jest jednoosobowym projektem, który został powołany do życia w Norwegii. Jakiekolwiek daty z tym wydarzeniem związane jak również bliższe informacje o jego założycielu, owiane są tajemnicą. Zresztą mniejsza z tym, niech broni się materiał, gdyż bycie Norwegiem i zabieranie się za tworzenie satanicznej muzyki do czegoś zobowiązuje, bo jego rodacy już jakiś czas temu udowodnili, że znają się na rzeczy. Na szczęście Lord Mortvm swoim drugim albumem „Dead Christ Baptism” daje światu znać, iż miejsce urodzenia w jego przypadku odpowiednio przekłada się na kompozycje. Za pośrednictwem najnowszej propozycji tego „bandu” dostajemy kontynuację grobowego marszu, który został zapoczątkowany w 2021 roku na „Diabolical Omen Of Hell”. Tym razem jest to osiem kawałków utrzymanych jak poprzednio w klimatach stoner / doom, o wyraźnie diabelskim wydźwięku. Gęste oraz powolne riffy, podane za pomocą ziarnistych gitar, którym towarzyszy ciężka sekcja rytmiczna z wyraźnym basem, odgrywającym często pierwszoplanową rolę. Do tego dołożono we właściwych momentach nieco klawiszy, wzmacniając tym samym rytualny wymiar utworów, w których zaklęcia recytowane są przy użyciu, jakby od niechcenia wydawanych krzyków. Ten mocno poczerniony stoner różni się diametralnie od włoskiego modelu. Norweg rezygnuje z lizergicznego klimatu lat 60 i 70 na rzecz atmosfery rodem z czarnej mszy. Oczywiście bujające elementy w jego twórczości są obecne, jednakże pozostają w małym odwodzie. Lord Mortvm stawia na ospałe i zawiesiste akordy, które płyną zwolna, tworząc duszne od swoich kadzideł fluidy, nie pozostawiając żadnych złudzeń, że kalifornijski Kościół Szatana wraz z całym anturażem nie jest mu obojętny. Swoją drogą doskonale wpisuje się w jego usposobienie, umieszczając w numerach sample z wypowiedziami samego La Vey’a. Całkiem ciekawy, satanistyczny stoner / doom, w którym poza typowymi dla tego gatunku riffami, można również usłyszeć nawiązania do heavy metalu, które ujawniają się w występujących tutaj solówkach, a wpływy Helhammer i wczesnego Celtic Frost są takżebardzo wyraźne. Warto się zapoznać.

shub niggurath