wtorek, 3 marca 2026

Recenzja The Oldest House “The Art of Abysswalking”

 

The Oldest House

“The Art of Abysswalking”

I, Voidhanger Rec. 2026

The Oldest House to solowy projekt z Hiszpanii, a odpowiedzialny za niego pan udziela się także w kilku innych, których nazw nie będę przytaczał, bo pewnie i tak nic nikomu nie powiedzą. „The Art. Of Abysswalking” jest debiutanckim pełniakiem, zawierającym czterdzieści sześć minut muzyki, która powinna spodobać się przede wszystkim fanom ciężkiego grania pod Neurosis. Ale nie tylko. Bo o ile faktem pozostaje, że przez większość albumu męczeni jesteśmy masywnymi, niespiesznymi akordami, najczęściej płynącymi w tempie maszerujących zombie, to materiał ten na pewno nie jest jednowymiarowy. Poza owym charakterystycznym, często wpadającym nawet w stonerowy odcień bujaniem, pojawiają się tu przyspieszenia, klasyfikujące się swobodnie jako deathmetalowe. Z drugiej strony nie brak na tych nagraniach totalnych dołów i zwalniania niemal do zera, a wtedy, gdzieś tam zza kotary głowę wychyla nawet klasyczny Winter. W kilku miejscach pojawia się też prosty d-beat. Poza tym, znajdziemy tu też pomniejsze dodatki, choćby pod postacią instrumentalnych, ambientowych wstawek. Dzięki tej różnorodności sporo się na debiucie Hiszpana dzieje, przede wszystkim w dwóch najdłuższych, trwających odpowiednio dwanaście i dziewięć minut, mocno rozbudowanych kompozycjach. Trzeba przyznać, że całość prezentuje się dość ciekawie, a na pewno solidnie dociska do gleby, bo brzmienie zostało dopasowane do całości proporcjonalnie do masy składających się na nią sześciu piosenek. Jest to materiał, którego najlepiej słucha się w samotności, najlepiej w odcięciu od codziennego zgiełku, bo wcale nie jest on taki łatwy, i zawiera sporo ciekawych momentów. Z drugiej strony, nowych trendów nie wyznacza, ale nie zawsze przecież o awangardę chodzi, nawet jeśli jest się częścią takiego labelu jak I, Voidhanger Records. Bardzo solidne wydawnictwo, na pewno warte spędzenia z nim tych trzech kwadransów. A jestem przekonany, że wielu zostanie  przy „The Art. Of Abysswalking” na dłużej.

- jesusatan




Recenzja Miserere Luminis „Sidera”

 

Miserere Luminis

„Sidera”

Debemur Morti Productions 2026

Z kolejnym krążkiem wracają Kanadyjczycy z Miserere Luminis. To pięć nowych kompozycji, które lecą sobie jakieś pięćdziesiąt minut, bo zbyt krótkie nie są, zresztą na poprzedniej płycie było podobnie. Jeżeli chodzi o muzyczną zawartość „Sidera”, to również jest podobnie jak na „Ordalie”, czyli nic u tej trójki artystów z Quebecu się nie zmieniło. Album ten jest kontynuacją poprzedniego więc po raz kolejny spotkałem się z muzyką nasyconą mocnym ładunkiem emocjonalnym, który wyrażony został za pomocą klimatycznych dysonansów i boleściwych wokali. U Miserere Luminis w dalszym ciągu pełno również koronkowych zagrywek, syntezatorowych pasaży, fortepianowych wtrąceń czy smyczkowych motywów. Całość płynie w spokojnym tempie, kreując przygnębiającą bądź melancholijną atmosferę, która w bardziej nastrojowych momentach przechodzi w dość rzewne tony. To specyficzne ujęcie black metalu, które często można spotkać u francuskich twórców jak i właśnie na kanadyjskiej scenie. Odznacza się wielostrukturowymi aranżacjami, połączeniem atonalnych akordów z wysokotonowymi formami, które wypełniają post-metalowe wtręty, kontemplacyjne pływy i gotyckie melodie. Muzyka, która posiada nieco filmowy charakter i nadwrażliwe usposobienie, bo serwuje huśtawkę emocjonalną, składającą się z ekstatycznych wybuchów, ckliwych harmonii i dramatycznie brzmiących riffów. W utworach od Miserere Luminis, już na wcześniejszej płycie, można było odnaleźć uczuciowy rollercoaster, ale na „Sidera”, wydaje mi się, że jest on naszkicowany wyraźniej. Jeśli ktoś lubi zmodernizowaną diabelszczyznę, która oferuje dźwięki pełne egzaltacji, smutku i bezsilności, to z pewnością będzie poruszony. Tak jak w przypadku „Ordalie”, to metal, który został złożony w przemyślany sposób i w odpowiednim stylu, cechującym się niezwykle poruszającymi nutami, ale Diabła to tu za cholerę dostrzec nie potrafię.

shub niggurath




niedziela, 1 marca 2026

Recenzja Prison of Mirrors “De Sepulchris Occultis et Igne Profanationis”

 

Prison of Mirrors

“De Sepulchris Occultis et Igne Profanationis”

Aeternitas Tenebrarum Musicae Fundamentum 2026

Prison of Mirrors pochodzą z Włoch, a “De Sepulchris Occultis et Igne Profanationis” jest ich drugim albumem. Pierwszy, także nazwany po łacinie, ukazał się sześć lat temu, a jeszcze wcześniej zespół wydał dwie EP-ki. Żaden z tamtych materiałów nie jest mi jednak znany, ale mając na uwadze zawartość nowego wydawnictwa, istnieje możliwość, że ominęło mnie coś całkiem ciekawego. „De Sepilchris…” to jedynie dwa kawałki, za to dość długie, bo trwające łącznie niemal pół godziny. I jest to naprawdę pokręcone i wielowarstwowe pół godziny. Panowie parają się dysonansowym, eksperymentalnym black metalem, mocno na podobiznę Blut Aus Nord i Deathspell Omega. Można się zatem domyślać, że obie kompozycje nie należą do prostych czy minimalistycznych. Wręcz przeciwnie. Mamy tutaj prawdziwą plecionkę linii gitarowych, tyleż zawiłych co połamanych i wzajemnie się uzupełniających. Choć zanim dojdziemy do pełnego obrazu muzyki Prison of Mirrors, ich dźwięki mogą się początkowo wydawać mocno chaotyczne. Melodie nieprzerwanie wirują, przenikają się, zataczają koło, i zdają się zbliżać i oddalać, tworzyć złudną wizję, iluzję, tylko po to, by za chwilę zastąpić ją zupełnie inną. Wspomniane dysonanse tworzą natomiast tworzą coś na kształt kolorowego, hipnotycznego wzoru układającego się na zimnej ścianie agresywnego riffowania. Nie licząc kilku chwilowych zwolnień, nawałnica harmonii jest na tym albumie naprawdę intensywna, a jednocześnie ilość ukrytych po drodze smaczków i drobnych ozdobników zdecydowanie wymaga od słuchacza cierpliwości, bowiem niemożliwością jest dostrzeżenie wszystkiego za jednym tylko odsłuchem. Wspomniałem, że kompozycje są tu długie, jednak zostały tak skonstruowane, by cały czas wabiły, właściwie prowadziły nas na smyczy, w sobie tylko znanym kierunku. Poszczególne riffy często chodzą na zapętleniu, podczas gdy druga gitara w tle zmienia się jak w kalejdoskopie, przez co chwilami można doznać lekkiej schizofrenii. Zresztą, ujmując obrazowo, docieranie do sedna “De Sepulchris…” jest niczym manualne nastawianie ostrości w kamerze. Najpierw obraz jest mocno rozmazany, a dopiero kiedy odpowiednio się skupimy, i muzyka ta w nas dojrzeje, dostrzegamy całe jej piękno i chłodny majestat. Niesamowita jest też końcówka. Przez ponad trzy minuty płyniemy niczym w transie przy ambientowym, powolnie wyciszającym się pasażu, po wygaśnięciu którego nastaje bolesna wręcz pustka. Powiem tak… O ile pomysł na tego typu granie oryginalny nie jest, albo wręcz bezpośrednio zaczerpnięty, to i tak “De Sepulchris…” jest płytą w swoim gatunku bardzo dobrą. Jeśli nie jesteście malkontentami, twierdzącymi, że Blut Aus Nord zżerają własny ogon i dawno już zaczęli przynudzać, to i Prison of Mirrors łykniecie bez popijania. Magii nigdy za wiele.

- jesusatan




Recenzja Legionary „Never-Ending Quest for Purpose”

 

Legionary

„Never-Ending Quest for Purpose”

Self-Release 2026

Jest to projekt stworzony przez multiinstrumentalistę, którym jest Frank D’Erasmo, ale nie nagrywa on swoich kompozycji sam, ponieważ korzysta z usług różnych muzyków metalowych. Pod szyldem „Legionary” tworzy już od 2007 roku, lecz razem z wyżej wymienionym, posiada na koncie zaledwie trzy krążki. To co znajduje się na „Never-Ending Quest for Purpose”, to podobno thrash-death metal, ale głowy nie dam. Na mój gust, jest to współczesne i modne rzępolenie, typowe dla Stanów Zjednoczonych, z których właśnie pochodzi. Owszem, elementy właściwe dla wspomnianych gatunków tutaj występują, racząc energicznym kostkowaniem, mięsistymi atakami czy chwytliwościami, którymi nawiązuje do melodyjnej odmiany metalu śmierci. Oprócz tego, na tym materiale odnaleźć można sporo, średnio pasujących do wspomnianych akordów udziwnień, w postaci technicznych popisów czy modernistycznych łamańców. Wszystko byłoby w porządku, gdyby ni z gruchy, ni z pietruchy, Legionary nie odpływało w hardcorowe pląsy w stylu amerykańskich nastolatków lub w telewizyjne rytmy w stylu Linkin Park czy Avenged Sevenfold, w których rządzą infantylne harmonie, średnio mocne riffy i śpiewane wokalizy. Tak więc cóż można rzec o tym wydawnictwie. Ano to, że jest to muzyka, która nie może się zdecydować czym chce być, ponieważ wszystkiego tu po trochu. Na domiar złego, jest to wszystko zespolone ze sobą zbyt grubym spawem, przez co jawi się jako zlepek przypadkowo wybranych form, z którego nic dobrego nie wynika. Co więcej, korespondowanie z metalem progresywnym dla wytatuowanych „deskorolkowców”, totalnie topi ten materiał. Nie ma się co pastwić. Muzyka nie dla mnie, groch z kapustą, ale bez przypraw, gdyż mdły jak cholera, choć wiem, że odbiorców w naszym kraju ma wielu. Jak dla mnie średnio udany, chyba crossover, kurwa, nie wiem.

shub niggurath




Recenzja Voidstar Nocturnal „Nexus Teleport Fracture”

 

Voidstar Nocturnal

„Nexus Teleport Fracture”

Godz ov War 2026

Jeśli śledzicie na bieżąco wydawnictwa Godz ov War, to zapewne kojarzycie kostarykański Corpse Garden, którego to rzeczony label wydał jakiś  czas temu drugą (w formie kasetowej) oraz trzecią płytę (full serwis). Voidstar Nocturnal to nowe wcielenie większości tamtego składu, a „Nexus Teleport Fracture” jest ich debiutanckim albumem. Kiedy tylko usłyszałem pierwsze takty wprowadzającego „Code Transmutation”, moje myśli momentalnie pobiegły w kierunku krajowej Furii, a konkretnie do „Śnialni”. Jak posłuchacie tej kompozycji, to powinniście zrozumieć dlaczego. Zresztą owo skojarzenia powróciło także w kilku momentach pod koniec albumu, ale bynajmniej nie dlatego, że trio z Heredii stara się kopiować pomysły Nihila, ale w podobny sposób swoimi dźwiękami buduje coś na kształt teatralności i awangardy. I to drugie słowo jest tutaj kluczem, bowiem album ten jest naprawdę cholernie różnorodny, tak pod względem budowy samych kompozycji, jak i mieszanych w ich ramach gatunków muzycznych. No bo weźmy dla przykłady taki „1-137”. To raczej klasyczny (o ile to słowo tu pasuje), nieco eksperymentalny kawałek blackmetalowy (tego słowa w tym miejscu też nie jestem pewien, ale załóżmy ogólnie). Owszem, sporo tutaj zmian na polu tempa czy samych harmonii, także techniki riffowania, ale nic mega dziwnego się nie dzieje. Ciekawiej robi się za moment, bo w „Holographic Neural Pathways” pojawiają się syntezatorowe nawiązania do dark wave, czy wręcz ciężkiej elektroniki, a sekcja rytmiczna przechodzi w klimaty post punkowe, odgrywając rolę przewodnią i odsyłając gitary (te z kolei mocno gotyckie) na drugi plan. I jest to kolejny, po wspomnianym otwieraczu, utwór instrumentalny. Ale nie ostatni. W dalszej części krążka udziwnień, mniejszych i większych mamy pod dostatkiem. Jest trochę Kyussowy „Convergence of Aeons”, drum’n’basowy „Black Gold Ecstasy and Lumen Deformanus”, czy doomowo / deathowo / blackowo / ambientowy, ponad trzynastominutowy “The Tower Part I & II”. Staram się wam przedstawić całość w telegraficznym skrócie, bo, wierzcie mi, na tej płycie tyle się dzieje, że gdybym miał się rozdrabniać, to wyszedł by z tego całkiem przydługawy tekst. Jak wspomniałem, wokale są na tym albumie dozowane dość oszczędnie, albo może wybiórczo, i akurat w tej sferze wyjątkowej ekstrawagancji nie ma. Co nie oznacza, że jest minimalizm. Wszystko tutaj się doskonale ze sobą uzupełnia, i to mimo, albo przede wszystkim dzięki, wspomnianej wcześniej różnorodności. Lubię takie płyty, bo nie są to nagrania na jeden raz. Aby je zgłębić potrzeba trochę cierpliwości, i na pewno, jeśli nie szeroko otwartego, to choćby uchylonego umysłu. Dlatego też, jeśli przejadła wam się wydawnicza codzienność, sięgnijcie sobie po „Nexus Teleport Fracture”. Nie gwarantuję, że się spodoba, ale jak wejdzie, to na amen.

- jesusatan




Recenzja Calvana „Sub Janus”

 

Calvana

„Sub Janus”

Adirondack Black Mass 2026

Co jakiś czas zadziwia mnie metalowa scena, z której ni stąd, ni zowąd, potrafi wyłonić się perełka, istniejąca już kilka lat, ale z pewnych względów, pozostająca jak dotąd nie odkrytą. Zapewne spowodowane jest to mnogością kapel jak i problemami z promocją. Cóż, kiedyś było prościej. Takim klejnotem jest właśnie Calvana. Projekt ten istnieje już od jedenastu lat, bo powstał w 2015 roku i wraz z „Sub Janus” posiada na koncie trzy albumy. Niewiele o nim wiadomo i jedynym pewnikiem jest to, że pochodzi z Florencji. Muzyka Włochów jest totalnie kontrastowa w stosunku do miejsca, z którego pochodzi, ponieważ black metal w wykonaniu Calvana niszczy duszę. Nie ma sensu tutaj pisać o riffach, brzmieniu czy wokalach, które nota bene, są fantastyczne. To one i wysunięty do przodu bas, obok rzecz jasna odpowiednio poprowadzonych akordów i tremolo przy akompaniamencie perkusji, robią robotę, kreując w muzyce tej brygady niesamowitą atmosferę. Atmosferę, która przesycona jest do granic ponurymi melodiami, hipnotyzmem i rytualną atmosferą. Bez dwóch zdań ta płyta zsyła totalnie gęste pokłady mroku, złowrogości i mizantropii. To w pełni undergroundowy kawał black metalu, który nie jest skażony żadnym trendem. Oparty na klasycznym fundamencie, sączy zło, bezceremonialnie zmieniając jaźń słuchacza, który już po pierwszym odsłuchu nie będzie tym samym człowiekiem. Materiał ten jest niczym zaklęcie, przed którym nie ma obrony. Pomaga mu w tym, jego surowa produkcja, charakteryzująca się analogowym brzmieniem i szorstkim, wręcz nieprzyjaznym usposobieniem kompozycji. Ich prosta, lecz mięsista konstrukcja poraża intensywnością oraz niezwykle sugestywną aurą, która wbija swe pazury od pierwszych taktów, nie puszczając do końca trwania „Sub Janus”. Niestety ten koniec nie uwalnia duszy, bo pozostajemy opętani już na zawsze. Black metalowy majstersztyk, o przydymionej barwie, który wprowadza w trans i na długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Pierwotny, to chyba najlepsze określenie. Najwyższa rekomendacja.

shub niggurath




piątek, 27 lutego 2026

Recenzja Teratoma „Longing Voracity”

 

Teratoma

„Longing Voracity”

Me Saco un Ojo 2026

To drugi album berlińskiego Teratoma, bowiem debiut, zresztą bardzo obiecujący, ukazał się ponad cztery lata temu. Cieszę się, że pokładane w niektórych zespołach nadzieje stają się faktem, bo słychać wyraźnie, że panowie ten okres czasu dobrze spożytkowali. Nie zmieniając jednocześnie stylistyki, bowiem, podobnie jak „Purulent Manifestations”, tak i „Longing Voracity” zawiera czystej krwi metal śmierci spod znaku starej szkoły. Oparty w głównej mierze na ciężkim, powolnym riffowaniu i grobowym klimacie. Gitary, swoją drogą momentami wchodzące w bardziej melodyjne tony, porównywalne nawet do klasyków z Bolt Thrower (patrz choćby „Ravaged and Absorbed” czy „Festering Realm”), mielą równomiernie i systematycznie, przez co czasem można odnieść wrażenie, jakby Teratoma chcieli nas wbić głęboko w glebę, niczym kafar hydrauliczny. Niezwykle masywne harmonie bardzo sprawnie mijają się na tej płycie z melodiami całkiem łatwo wpadającymi w ucho, dzięki czemu ciężko stwierdzić, iż „Longing Voracity” jest albumem jednostajnym czy jednokierunkowym. No chyba że za ów kierunek przyjmiemy tutaj oldskul i cmentarny klimat. Idealnie do tej muzyki pasują wokale, będące najlepszym przykładem rdzennego, deathmetalowego głębokiego growlu. Ciekawie ma się sprawa z brzmieniem. Bo o ile całość jest faktycznie organiczna i zaflegmiona na bagienną nutę, tak w niektórych frazach gitary zdają się wybrzmiewać z niezwykłą lekkością, porównywalną do płyt Death ze środkowego okresu. Mimo to, i chyba jest to największa zaleta Teratoma, Niemcy z nikogo nie zrzynają, a nawet nie dają szansy na wskazanie dokładnych, jednoznacznych podobieństw do zespołów onegdaj budujących potęgę death metalu. No chyba że na siłę wskazać brytyjską stal, której chyba faktycznie tu najwięcej, choć nie w każdym momencie stop niemiecki jest jednaki z wyspiarskim. Można zatem powiedzieć, że za pomocą środków znanych i sprawdzonych wykombinowali sobie swój własny styl. Absolutnie nie odkrywczy, ale własny. Jestem przekonany, że każdy maniak rzeczonego gatunku, po sięgnięciu po „Longing Voracity” dozna stu procent satysfakcji. Inaczej sobie tego nie wyobrażam. Bardzo wartościowe wydawnictwo.

- jesusatan




Recenzja Ainzamkeit „Fluch des Nachzehrers”

 

Ainzamkeit

„Fluch des Nachzehrers”

Purity Through Fire 2026

Ainzamkeit to duet z Dolnej Saksonii, który muzykuje od 2023 roku, grając depresyjny black metal. W dzień wagarowicza wydadzą za pośrednictwem swojej rodzimej wytwórni drugi album, zawierający osiem utworów, które przyjemnie lecą w przestrzeń. To w sumie bardziej melancholijny niż depresyjny bleczur, w którym dominują średnie i wolne tempa. Spokojna diabelszczyzna, która charakteryzuje się hipnotycznąagogiką i frasobliwymi melodiami. Każdy z kawałków kreuje posępny klimat, w którego tworzeniu, niewątpliwie dużą rolę odgrywają klawisze. Wspomagają one smutne i transowe riffy swymi bajronicznymi pasażami, wydobywając z black metalu od Ainzamkeit jeszcze więcej boleści i żalu. Rzecz jasna są tu również i wokale, które są na niezłym poziomie, bo dość gardłowe wrzaski niejakiego Grymnira der Zornige są godne jego pseudonimu. Jego gniewne i pełne pretensji do całego świata pokrzykiwania, doskonale wpisują się w wypełnioną uczuciami straty i żałoby atmosferę tej płyty, i potęgują jej nostalgiczny wydźwięk. Jednakże ci dwaj Saksończycy nie poprzestają tylko na refleksyjnych akordach, bo niekiedy potrafią przyspieszyć i zmusić swoje instrumenty do lekkiego kłusu. Wyłazi wtedy z ich black metalu skandynawski chłód i mrok, który zakrywa na moment romantyzm i zadumę „Fluch des Nachzehrers”. Materiał o autentycznym brzmieniu, który wchodzi gładko, ale pomimo swojego łatwo przyswajalnego usposobienia jest pełen mizantropii i bezsilnej wściekłości. Jego dobra, przejrzysta produkcja nie zmyła brudu i chropowatości, co jest dużym atutem i nawiązaniem do sceny podziemnej, której cechy szczególne są w muzyce Ainzamkeit wyraźnie słyszalne. Najnowsze wydawnictwo tej kapeli nic nowego do gatunku nie wnosi, ani niczym specjalnie się nie wyróżnia, ale to dobrze skomponowany, smutny black metal, który pozbawiony jest histerycznych i nadmiernie egzaltowanych rozwiązań jak u innych przedstawicieli depresyjnego ujęcia. Spełnia swoje zadanie w gustownym stylu.

shub niggurath




Recenzja Possession „The Mother of Darkness”

 

Possession

„The Mother of Darkness”

Iron Bonehead 2026

Possession z nową płytą wyskoczył niespodziewanie, niczym diabeł w pudełka, bez żadnych zapowiedzi,  singli czy innych zwiastunów. Bardzo to dobra informacja, tym bardziej, że od ostatniego wydawnictwa Belgów, w postaci dwóch wypuszczonych jednocześnie splitów minęło siedem lat, a od ostatniego pełniaka to nawet dziewięć. Warto było jednak czekać, zwłaszcza że długość (ponad pięćdziesiąt minut), a przede wszystkim zawartość „The Mother of Darkness” w pełni ten czas oczekiwania rekompensuje. O tym, że Possession należą do liderów a nie followersów wie każdy, kto z ich wcześniejszymi materiałami, w zasadzie od debiutanckiego demo „His Best Deceit” począwszy, się zapoznał. W dość hermetycznym gatunku, jakim jest black/death metal panowie wykreowali swój własny, niepowtarzalny styl, dzięki czemu ich kompozycje da się rozpoznać praktycznie w kilka sekund. Nowe nagrania, trochę wzorem wspomnianego, podwójnego wydawnictwa pod postacią splitów, także zostały podzielone na dwa rozdziały (przedzielone pierwszym „Outro”, na skrzypce i klawisze), choć, tak jak i w przypadku „Passio Christi”, przynajmniej muzycznie niewiele się od siebie różnią. Mamy tu bowiem bezpośrednią kontynuację, czy też rozwijanie, jak kto woli, stylu, o którym to już wspomnieć zdążyłem. Muzyka Possession oparta jest przede wszystkim na drapieżnych, demonicznych riffach i bardzo charakterystycznej motoryce, oraz wszechobecnej atmosferze zła i mroku. Owe harmonie wyraźnie mają korzenie w klasyce gatunku, zarówno tych z szufladki death jak i black, aczkolwiek jednoznaczne wskazanie konkretnych wzorców jest w tym przypadku niemożliwe, gdyż panowie stworzyli opartą na wielu składowych własną manierę kostkowania i tworzenia dla siebie tylko typowych melodii. Takich momentami upiornych, nie mających ze słodyczą nic wspólnego. Ową upiorność dodatkowo windują wokale, będące, co w zasadzie też jest w przypadku Possession znakiem rozpoznawczym, swoistą mozaiką klasycznego growlowrzasku ze sporą ilością czystych, choć nie mniej złowieszczych zaśpiewów (przy refrenie do pierwszego po wprowadzaczu „Tha Black Chapel” można wręcz poczuć zimny oddech nieświętego ducha na plecach). Nie ma na tym krążku szaleńczego tempa, bo nawet jeśli panowie chwilami wciskają mocniej pedał gazu, to w rejony blastów się nie zapuszczają. Jest za to sporo momentów przy których płynąca z kompozycji Belgów energia rozsadza nas od wewnątrz, kilka wybornych solówek, oraz fragmentów cuchnących przedsionkiem piekła. Te nagrania kipią gotującą się smołą, a sposób w jaki muzycy wytapiają z gnieżdżącego się w ich sercach zła harmonie, po prostu musi mieć coś wspólnego z siłami nadprzyrodzonymi. Od zawsze podobało mi się brzmienie tego zespołu, nie inaczej jest i w przypadku nowej płyty. Czysta organiczność z jednoczesnym zachowaniem staroszkolnej selektywności, brud, ale także odpowiedni ciężar. I jeszcze jedna rzecz, która idzie w parze z samą nazwą zespołu. Tradycyjnie już, im dłużej słucham nowego materiału Possession, tym głębiej zapadam się pod powierzchnię trzeźwości umysłu, by po jakimś czasie tonąć w odmętach opętania. „The Mother of Darkness” to kolejny wyjątkowy album wyjątkowego zespołu. Jedenaście czasz czystego zła, jedenaście piekielnych pieczęci, jedenaście ran kłutych zadanych konającemu na krzyżu Nazareńczykowi. Dla mnie płyta z gatunku perfekcyjnych.

- jesusatan




Recenzja Erbeet Azhak „Only the Vile Will Remain”

 

Erbeet Azhak

„Only the Vile Will Remain”

Amor Fati 2026

To nowy projekt Corvusa von Burtle, odpowiedzialnego również za takie twory jak Cult of Erinyes czy Aerdryk. Zatem już każdy fan współczesnego black metalu wie, że Erbeet Azhak pochodzi z Belgii więc może być ciekawie. „Only the Vile Will Remain” jest debiutancką płytą tego szyldu, na której odnajdziecie trzy kwadranse muzyki o dość złowieszczym charakterze. Bez introsa, to osiem numerów, niosących „dzisiejszą” diabelszczyznę, która jest oparta o tradycyjny wzorzec i rozwinięta o francuskie ujęcie. Wynik jest całkiem smaczny, bo w tych gęstych i dysonansowych riffach, w pomiędzy które wpleciono, wijące się jak wygłodniałe węże zimne tremolo, znajduje się sporo mistycznej atmosfery i mroku. Upiorne melodie mieszają się tutaj z gorącymi, atonalnymi akordami, tworząc wraz z lodowatymi zagrywkami zwartą ścianę dźwięku. Zsyła ona sporą dawkę satanicznego klimatu, w którego odmętach z łatwością można się utopić. Okultyzm i przemoc sączą się z tego materiału, który oprócz natchnionych momentów, potrafi również pobujać po skandynawsku ze znaną sobie agresją. To esencja współczesnej metody na ten gatunek, który jak w tym przypadku nie musi być na siłę udziwniany, bądź spłycany przez „niewieście” pobrzękiwania. Erbeet Azhak udowadnia, że można stworzyć coś modernistycznego, nie tracąc na sile wyrazu i hołdując zasadom black metalu, który powinien być przede wszystkim czymś złowieszczym i przedstawiać sobą odpowiednie wartości. Nie musi być przy tym skrajnie prostą i barbarzyńską muzyką jak to niegdyś bywało, co wyraźnie słychać na „Only the Vile Will Remain”, ponieważ tutejsze nuty umieją być zawiłe, kreując chwilami wielopłaszczyznowe struktury, o wysokim stopniu intensywności. Wydawnictwo obdarzone przybrudzonym, wręcz namacalnym brzmieniem, które rezonuje przez cały czas trwania tego krążka. Agresywny i rytualny przekaz, który atakuje kaskadowymi blastami, niepokojącymi tremolo, a także dusi oleistymi zwolnieniami. Polecam bardzo.

shub niggurath




czwartek, 26 lutego 2026

Recenzja Ashes „Into the Woodlands”

 

Ashes

„Into the Woodlands”

Malignant Voices 2026

 


Pod koniec lutego, tradycyjnie już nakładem Malignant Voices, ukaże się nowy album Ashes. W tym przypadku słowo „nowy” należy potraktować dosłownie, i to na dwójnasób. Poza skojarzeniem oczywistym nadmienić bowiem należy, że oblicze zespołu zaprezentowane na „Into the Woodlands” różni się znacznie od tego, z czym mieliśmy możliwość obcować przy okazji „Ashes” czy „Gloom, Ash and Emptiness to the Horizon”. Zasadniczą różnicę da się zauważyć już po pierwszych trzech minutach, które to stanowi wstęp w stylu dungeon synth. Tego odłamu muzycznego jest zresztą na płycie więcej, ale zaznaczyć trzeba, że nie jest on, jak to nierzadko bywa, upchnięty tu na siłę, czy w formie zapchajdziury, sztucznie wydłużający czas trwania albumu. Ten do najdłuższych nie należy, bo składa się jedynie z dwóch dłuższych kompozycji, zamykających się łącznie w dwudziestu ośmiu minutach. Płyną one niespiesznie, otulając niczym padające płatki śniegu korony drzew, zasypując powoli i tworząc piękny, zimowy pejzaż. Gdzieś tam w tle pojawi się czasami jakieś tremolo, wygrywające czarującą melodię, w innym miejscu pojawią się ślady klawiszy w klimacie wspomnianego dungeon synth (są fragmenty, gdzie najbardziej śmierdzi mi wczesnym Mortiisem, choćby samo zakończenie „Dust of Life, Time and Death”), a całość wzbogacają dość oszczędnie dawkowane wokale, raczej z gatunku tych klasycznych. Zresztą, jeśli już wspomniałem o klawiszach, to obecne są one praktycznie na całym albumie, czy to w formie delikatnego, pogłębiającego nastrój tła, czy wyraźniejszych podkreśleń, momentami aż po instrument wiodący. Jako całość „Into the Woodlands” to krążek bardzo klimatyczny. Nie znajdziecie na nim jakichś chwytliwych akordów czy fajnych solówek. Nie pośpiewacie refrenów i nie pomachacie zaciśniętą pięścią. To muzyka z gatunku tych, przy których gasi się światło, zamyka oczy, i odpływa. I albo się trafi na drugą stronę świadomości, albo zaśnie, innej opcji tu nie przewiduję. Mi się to nowe oblicze Ashes podoba. Dlaczego? Raz, że jest mniej standardowe niż to, co zespół nagrywał dotychczas, a dwa, autentycznie mnie relaksuje po ciężkim dniu. Nie miałbym zatem nic przeciwko, by Nefar i The Fall na dłużej zagościli w tych muzycznych rewirach. Jestem na „tak”.

- jesusatan


https://ashesbmpl.bandcamp.com/album/into-the-woodlands

środa, 25 lutego 2026

Recenzja Triumpher „Piercing the Heart of the World”

 

Triumpher

„Piercing the Heart of the World”

No Remorse Records 2026

 


Triumpher powstał w 2019 roku w Atenach i w marcu powróci ze swoją trzecią płytą. Grecy grają power metal z trochę ostrzejszymi zrywami, które wskazywać mogą na ukłon w stronę melodyjnego, szwedzkiego black metalu. Fundament aranżacji stanowią heavy metalowe akordy, które doprawione rozpasanymi chwytliwościami robią piorunujące wrażenie, jeśli oczywiście ktoś takie rzeczy lubi. Można lubić lub nie, ale trzeba tej kapeli przyznać, że zna się na rzeczy. Ich muzyka jest monumentalna i fantastycznie wkręca się w jaźń niczym twórczość Manowar. Klasyczne rzępolenie, które ma rozmach. Epickie melodie, harmonijne zagrywki, silne i czyste wokale. Całość płynie lekko w przestrzeń, racząc kostkowaniem, które obfite jest we wzniosłości oraz kreuje baśniowy klimat. Jednakże atmosfera, którą zsyła na słuchacza Triumpher nie jest nachalna czy też cukierkowa, bo to po prostu estetyka, tradycyjnego power metalu, który przenosi nas do mrocznych baśni i na krwawe pola bitwy. Do świata, w którym słychać szczęk stali, jęki rannych i okrzyki zwycięstwa wygranych. Od czasu do czasu pomiędzy te heroiczne riffy panowie wplatają trochę agresywniejszych form. Przyspieszają wtedy i zamieniają bizantyjskie hymny na odrobinę blizzardu, który tnie boleśnie swym lodowatym usposobieniem. W trakcie tych brutalniejszych powiewów zmienia się także charakter wokaliz, które stają się złowieszcze i zalatują nieco black metalową manierą. Triumpher łączy te dwa, przeciwstawne sobie ujęcia bez problemu, ponieważ płynnie przechodzi z jednego w drugie, wtedy, gdy jest to koniecznie dla podkreślenia punktów kulminacyjnych poszczególnych utworów. Chwytliwy, przepełniony dumą i oszałamiający materiał, któremu trzeba dać się ponieść. Jeśli nie gustujecie w tego typu muzie, to sobie podarujcie. Jeżeli tak, to sięgajcie po ten album bez wahania. Z pewnością was pochłonie.

shub niggurath




wtorek, 24 lutego 2026

Recenzja Hellfuck “9 Nails Hammered into the Flesh of God”

 

Hellfuck

“9 Nails Hammered into the Flesh of God”

Godz ov War 2026

Kiedy to trzy i pół roku temu ukazał się debiutancki krążek Hellfuck, pomyślałem, że to taki jednorazowy wybryk kilku znanych na krajowej scenie muzyków, oddających w ten sposób hołd dla starego, teutońskiego thrashu, przy którym zapewne dorastali. Jednocześnie miałem nadzieję, że się mylę, zwłaszcza że „Diabolic Slaughter” mocno mną pozamiatał, i wracałem do tej płyty z wielką przyjemnością. Najwyraźniej Pan Szatan wysłuchał mojej cichej prośby, i szepnął Skullripperowi i spółce do ucha, by wbić kolejne dziewięć gwoździ w wiszące na krzyży ciało bożego syna. Aby szło to sprawniej i z większą mocą, podkusił także do wstąpienia w szeregi wspomnianych bluźnierców specjalistę od prac fizycznych, czyli Zbysia „Inferno” Promińskiego. W efekcie, za niecały miesiąc, świat nawiedzi drugi piekielny bękart, przynosząc ze sobą nieco ponad pół godziny muzyki. Muzyki będącej bezpośrednią kontynuacją debiutu, albo, innymi słowy, wariacją na temat Kreator / Destruction po końskich sterydach. Tutaj nie ma co fantazjować, czy snuć opowieści z krainy mchu i paproci. Na „9 Nails Hammered into the Flesh of God” panowie napierdalają dokładnie tak, jak chciałoby się, by dziś napierdalała ekipa Petrozzy. Bo to, co odpierdala legenda thrash metalu przez ostatnie dwadzieścia lat, a zwłaszcza na dwóch ostatnich albumach, woła o pomstę do piekła. Płytę Hellfuck powinno się wysłać do weganina z Essen, co by se dziadek przypomniał stare czasy, kiedy to słowo „kompromis” było mu obce. Mamy na tej płycie mnóstwo fantastycznych, choć kompletnie nieoryginalnych riffów, świetne, wkurwione wokale o barwie bardzo zbliżonej do oryginału, niezłe, staroszkolne solówki, i fenomenalną sekcję rytmiczną, na temat której nawet nie będę się rozpisywał, bo powiedzieć, że „Inferno rozjebał”, to jak nie powiedzieć nic. Żeby jednak nie było, że Hellfuck jest jedynie wściekłym klonem Kreator, podkreślić należy występują na tym krążku także elementy nieoczywiste. A do takich zaliczyć na pewno można partie klawiszy. Co prawda bardzo oszczędne, stosowane jako subtelny dodatek, i schowane w tle, jednak dodające kapkę odmienności od pierwowzoru. W kilku miejscach pojawiają się także ślady, których nie jestem w stanie stuprocentowo zidentyfikować. Chodzi mi o płynące niczym rozmyty śpiew syren, czy też pośmiertny zaśpiew potępionych duchów głosy pojawiające się choćby w „Master of Decaying World” czy „Destroyer of Heaven”. Zakładam, że to mimo wszystko syntezatory, choć nie zdziwiłbym się, gdyby były to wokale przepuszczone przez jakiś kosmiczny efekt. Czymkolwiek są, robią spore wrażenie. Nie ma na tym albumie fragmentów słabszych. Wszystko tutaj chodzi na poziomie podobnym do tempa samych kompozycji, czyniąc „9 Nails Hammered into the Flesh of God” prawdziwą laską dynamitu z odpalonym krótkim lontem. Na chuj komu Kreator, skoro mamy Hellfuck. Po raz drugi pozamiatane!

- jesusatan




Recenzja Egregore „It Echoes in the Wild”

 

Egregore

„It Echoes in the Wild”

20 Buck Spin 2026

To ten kanadyjski Egregore, który w ostatniej dekadzie marca zaprezentuje drugą odsłonę swojego spojrzenia na black-death metal. Podobnie jak na debiucie, będzie to spora dawka ametodycznego grania, które momentami zalatuje wczesnym Morbid Angel. Poza typowymi akordami dla ekipy Trey’a, które objawiają się na „It Echoes in the Wild” jako dobrze znane „ścinki” gitarowe czy charakterystyczne solówki, to znajdziecie tu również mnóstwo mocno pokręconych rytmów, improwizacyjnych wtrętów, speed metalowego biczowania czy klasycznych, heavy metalowych sposobów na traktowanie strun. Kanadyjczycy już na poprzedniej płycie rzępolili w zaskakujący sposób i wydaje mi się, że na najnowszej produkcji poszli w odrobinę lepszym kierunku, bo jest tutaj oczywiście eksperymentalnie i zaskakująco, lecz bardziej udało im się to ze sobą poskładać. Jednakże modernizm w wykonaniu Egregore nie oscyluje wokół nieoczywistych zagrywek czy też wplatania do black-death metalu innych gatunków. Polega on na tym, że panowie bawią się w łączenie wielu utartych elementów w bardzo nieoczekiwanym stylu, ponieważ wszystkie te agresywne galopady, schizofreniczne solówki, dzikie dysonanse i okultystyczne pochody, mogą sprawiać wrażenie zupełnie do siebie nie przystających. I tak jest w istocie, ale tercet ten tak sprytnie je ze sobą zespolił, że da się tego słuchać. Co więcej, jeśli pomimo pierwszego zniechęcenia, dać temu materiałowi szansę, to odkryjecie w tym diabolicznym chaosie sens, który odwdzięczy się mrocznym i sentymentalnym przeżyciem, bowiem klimat jest na tym albumie iście satanistyczny, a i odniesień, do znanych i lubianych kompozytorów z końcówki XX wieku, odnajdziecie mnóstwo. Niecodzienne połączenia, liczne, nieoczekiwane zmiany tempa, rytmiki i kostkowania, różnorakie wokale i zmienna atmosfera, gwarantują brak nudy oraz szereg estetycznych wrażeń, bo panowie momentami nieźle wycinają na instrumentach. Oryginalne i odważne wydawnictwo, które nie każdemu przypadnie do gustu. Jednak polecam wszystkim, bo naprawdę warto się z „It Echoes in the Wild” zapoznać.

shub niggurath




Recenzja Overtoun „Death Drive Anthropology”

 

Overtoun

„Death Drive Anthropology”

Time To Kill Rec. 2026

Dziś znów zaglądamy do Chile. Jakoś tak w ostatnim czasie sporo było u nas recenzji płyt z tamtego zakątka świata, no ale co poradzisz… Overtoun pochodzą z Santiago, a “Death Drive Anthropology” jest ich już trzecim dużym krążkiem. Jakoś dotychczas nie było mi z nimi po drodze. Może dlatego, że na słowo „progressive” reaguję jak alergik na pyłki, co nie znaczy, że gatunku bardziej technicznego grania unikam za wszelką cenę. Tym bardziej, jeśli okazuje się, że dany zespół ma naprawdę wiele w temacie do powiedzenia. A Overtoun mają, oj mają. Przede wszystkim, to młode chłopaki, a instrumenty opanowane mają jak starzy wyjadacze. Dzięki temu, wszelkie pokręcone pomysły, które przychodzą im do głowy mogą z łatwością przelać na pięciolinię. To, co wysmażyli na „Death Drive Anthropology” to muzyka niezwykle bogata i, co najważniejsze, dojrzała. Bo ze słowem oryginalna już za mocno bym nie szarżował. Albo inaczej… Można w tych dwunastu kompozycjach doszukać się (acz naprawdę bez głębokiego kopania) inspiracji płynących od Death, Pestilence, Cynic, Sadus, Testament (z tego bardziej deathmetalowego okresu) czy Atheist. Nie jest to jednak, nawet w najmniejszym stopniu próbą kalkowania pomysłów wyżej wymienionych klasyków. Przede wszystkim, muzyka Overtoun jest nieprzewidywalna, wymykająca się powszechnym standardom czy kategoryzacji. Nie ma na tym albumie trzymania się muzycznych ram czy schematów. Nawet jeśli główny kręgosłup owych nagrań stanowi faktycznie death / thrash, to taka łatka jest to sporym uproszczeniem, a na pewno o muzyce Chilijczyków mówi niewiele. Chłopaki tak fantastycznie poruszają się bowiem w ramach tych (oraz pobocznych) gatunków, niemal po wszystkich ich odłamach, że mimo tak opisanej szufladki, oni jednocześnie bardzo wyraźnie i mocno z niej wystają. Ilość zwrotów akcji, płynnych przejść między riffami, zmian tempa, pojawiających się ozdobników, a przede wszystkim technicznych zawijańców sprawia, że album ten co chwilę czymś zaskakuje. A najlepsze jest to, że teoretycznie skrajnie odmienne stylistycznie patenty muzycy potrafią tak ze sobą połączyć, iż tworzą one nierozerwalny monolit. Nie będę w tym miejscu przytaczał konkretnych przykładów, bo tu się od nich roi, i w zasadzie musiałbym dokonywać dysekcji każdego kawałka, a to już mija się z celem, bo to ma być recenzja a nie prosektorium.  Dodam jeszcze tylko, że osobne słowo pochwały należy się wokalom, równie barwnym co sama muzyka, i równie trafnie dobranych do nastroju danej kompozycji, czy jej fragmentu. „Death Drive Anthropology” to encyklopedia riffów, melodii, aranży, niestandardowych rozwiązań i wokalnych możliwości. To album na wiele odsłuchów, bo jego eksploracja nie jest „misją błyskawiczną”. Gdyby wszystkie zespoły z gatunku „progressive cośtam” grały z podobnym luzem twórczym i inteligencją co Overtoun, byłbym oddanym fanem. Z drugiej strony, lepsze takie rodzynki, którymi można się delektować w nieskończoność, niż przesyt. Absolutnie fantastyczna płyta!

- jesusatan




Recenzja Aabode „Hyper-Death”

 

Aabode

„Hyper-Death”

Godz Ov War (2026)

 


Francuski duet Aabode, zaistniał bardzo wyraźnie i trwale na moim horyzoncie muzycznym przed dwoma laty, przy okazji debiutanckiego albumu „Neo-Age”. Ich blackmetalowa ekspresja przefiltrowana przez industrialno-EBMową optykę przełomu lat 80. i 90. w połączeniu z narkotycznym abstraktem wylewającym się nader często nie tylko trafiła w mój gust, ale realnie sprawiła, że czekałem na kolejne słowo Francuzów i to, w które miejsce zaciągną swoje pomysły tym razem. „Hyper-Death” dowozi jakość bez mrugnięcia okiem. O ile w przypadku „Neo-Age” można było mieć zastrzeżenia i z wieloma rzeczami trzeba było się polubić lub do nich przyzwyczaić, tak tutaj żadnego „ale” nie ma. „Hyper-Death” brzmi mniej więcej tak jak mogłoby brzmieć Skinny Puppy z okresu mniej więcej „Last Rights” gdyby nagrywało dla Earache Records. Czuć tu ten dosadny industrializm i metaliczność wszelakiej maści industrial-metalowych kapel pierwszej połowy lat 90. od Ministry, Pitch Shifter, Malhavoc, Skrew czy Skin Chamber, a mimo to Francuzi dużo odważniej sięgają po niemetalowe środki wyrazu, aby nie tylko uzyskać podobne emocje jak wspomniani przed chwilą artyści, ale też aby pogłębić ich treść i siłę rażenia. Elektroniczne beaty skutecznie przenikają się z blackowymi tremolo, czy gitarowymi piskami. Postapokaliptyczna wizja świata, jaką w 1999 zaprezentował Satyricon na „Rebel Extravaganza” została tutaj okradziona z rozmachu, zdekonstruowana do czynników pierwszych, by wybrane elementy sukcesywnie były starannie dopieszczane dobranymi, pozbawionymi efekciarstwa i studyjnych sztuczek środkami. Tak, „Hyper-Death” jeśli chodzi o brzmienie nie jest tworem potężnym, nasączonym tłustością i intensywnością dźwięku. Rzekłbym nawet, że brzmi dość sterylnie, chudo, może nawet ciut zbyt chudo, ale dzięki temu jako słuchacz nie muszę z maczetą przedzierać się przez gąszcz dźwięków, często niepotrzebnych, lub stanowiących bezsensowną przykrywkę, dla czegoś ciekawszego, kryjącego się pod spodem. Tutaj tego problemu nie ma, realizacyjnie ten materiał nie robi nikomu pod górkę, zaprasza słuchacza do wspólnej celebracji od premierowego naciśnięcia „Play”. Świetny album nagrali muzycy Aabode i chwała Grześkowi, że chce ich promować. „Hyper-Death” to interesująca, niebanalna, frapująca muzyka jakiej teraz na rynku mało. Wystarczy dać sobie i tym nagraniom odrobinę cierpliwości, a wynagrodzi z nawiązką. Dla mnie bomba!

Harlequin




niedziela, 22 lutego 2026

Recenzja Lamenthum „Lament I”

 

Lamenthum

„Lament I”

Black Death Prod. 2025

Pod koniec ubiegłego roku ukazał się nakładem krajowej Black Death Production debiutancki krążek, również krajowego, Lamenthum, zatytułowany po prostu  “Lament I”. Jak chłopak (bo twór ten to projekt solowy) jeszcze trochę pociągnie, to zapewne tych „lamentów” będzie  więcej. A obawy lekkie mam, bowiem to, co znajdziemy na rzeczonym wydawnictwie, to black metal w tonie bardzo mizantropijnym i depresyjnym, więc nie wiem, co mu do głowy strzeli. No dobra, troszkę śmieszkuję, więc już wracam na poważne tory. Depresyjny black, to nie jest coś, za co dałbym się pokroić. Z drugiej strony, potrafię chyba spojrzeć obiektywnie, i docenić jakość muzyki, nawet tej nie do końca będącej moim priorytetem. „Lament I”, rozpoczyna intro, po którym następują cztery sześcio / siedmiominutowe kompozycje ociekające smutkiem. Czuć w ich „głęboki dół”, o którym zresztą podmiot liryczny wspomina już w pierwszym „właściwym” kawałku. Tytuł kolejnego też nie pozostawia złudzeń co do nastroju, w jakim muzyk swoją muzykę przelewał na pięciolinię. Dźwięki te przesiąknięte są negatywnymi uczuciami, a wspomniane teksty, oczywiście krzyczane i deklamowane po naszemu, sączący się z nich ból, rozpacz i rozczarowanie życiem tylko potęgują. I tutaj przyznać obiektywnie trzeba, że rzeczywiście przy kompozycjach autorstwa Fossora, kto wrażliwszy, dość szybko może sięgnąć po żyletki. Po pierwsze dlatego, że płynące powolnie, rzadko przyspieszające, melodie, są tu wciągające, niczym narkotyk. A po drugie, wplatane tu co krok fragmenty akustyczne, tworzą prawdziwie depresyjny nastrój. Pewnie, że to żadne odkrycie, i mógłbym odnieść się w tej chwili do przynajmniej kilku pierwowzorów, które to zapewne muzykowi przyświecały, tylko po co? Skoro czuć w jego twórczości autentyczność, i to jest chyba w przypadku pierwszego lamentu sprawą najważniejszą. Brzmienie tego albumu jest bardzo poprawne, bo właściwie mam zastrzeżenia tylko do jednego elementu. I to też pod względem aranżacyjnym. Są nim cykające w „Dół Dla Zapomnianych Dusz” (i gdzieś tam dalej) blaszki, moim zdaniem zupełnie zbędne, sztucznie brzmiące, będące taką AI imitacja Darkside’a z Mgła / Kriegsmaschine. Poza tym, jako całość, album ten bardzo dobrze się broni. Dla zwolenników gatunku pozycja obowiązkowa do sprawdzenia. Dla mnie też bardzo spoko.

- jesusatan




Recenzja Cryptworm „Infectious Pathological Waste”

 

Cryptworm

„Infectious Pathological Waste”

Me Saco Un Ojo / Extremely Rotten 2026

Jeśli nie znacie tej kapeli, a chcielibyście wiedzieć co gra, to wystarczy spojrzeć na okładkę. Ona wyjaśnia wszystko. Tych trzech kolesi pochodzi z Bristolu, gdzie założyli Cryptworm w 2014 roku. Najnowsza płyta jest ich trzecim krążkiem, na którym kontynuują swoje ciągoty do zgniłego mięsa, wykopywania trupów, bądź wyławiania galaretowatych ciał z bagien. Brytyjczycy cały czas rzępolą toporny death metal, który mocno zalatuje rozkładem. Proste akordy, wprost wyjęte z nekrofilskiej tradycji, które momentami przechodzą w walcowate zwolnienia, grindowo brzmiące kanonady lub anarchistyczne, ale odpowiednio dociążone, punkowe bujanki. Zmienne tempo, łatwo wpadająca do uszu rytmika i niewyszukane, aczkolwiek wyraźnie horrorowe melodie. Nieustannie wszystko przyprawione ciężkim brzmieniem, któremu kilku kilogramów dodaje bulgoczący bas no i perkusja, która jest chyba znakiem rozpoznawczym Cryptworm, bo jej brzmienie jest cholernie prymitywne. Zresztą death metal w wykonaniu tego tercetu nie grzeszy wirtuozerią ani wysublimowanymi rozwiązaniami. To barbarzyńska łupanka ukierunkowana na czczenie śmierci, wszystkich jej przejawów i towarzyszącym jej elementom. Zapodana wręcz łopatologicznie, ale niezwykle sugestywnie, ponieważ słuchając „Infectious Pathological Waste” czuć smród rozkładających się ciał, trujących miazmatów czy ropy, która właśnie zaczęła wypływać mi z ucha. Tak, tak, bo odsłuchania tego materiału można zgnić. Jest lepki, wżerający się w każdy por skóry i nawet jeśli zatkacie sobie wszystkie otwory, to i tak dopadnie was autoliza. Obok instrumentów pomoże w tym wokalista, który ropne zapalenie gardła ma na bank. Jego mulisty growl niesie ze sobą esencję śmiercionośnego enzymu, którym uszlachetniono ten materiał tak, aby był skuteczny w stu procentach. Proces przebiega z opóźnieniem jak w przypadku zatrucia toksyną botulinową więc po przesłuchaniu tego albumu będziecie mieli sporo czasu, żeby udać się do lekarza.

shub niggurath


https://mesacounojo.bandcamp.com/album/infectious-pathological-waste