wtorek, 10 lutego 2026

Recenzja In Aeternum “…of Death and Fire”

 

In Aeternum

“…of Death and Fire”

Soulseller Rec. 2026

W dziesięć lat po wydaniu EP-ki „The Blasphemy Returns”, z czwartą płytą powraca szwedzki In Aeternum. Jednocześnie jest to pierwsze pełne wydawnictwo zespołu od, no kurcze, jak by nie liczyć, dwudziestu jeden lat. Skład w międzyczasie dość mocno się zmienił, i na placu boju, z oryginalnych członków, pozostał jedynie David Larsson. Sama muzyka natomiast, przynajmniej w porównaniu do tego, co z wcześniejszych płyt pamiętam, pozostała mniej więcej podobna. Czyli mamy tutaj prawie trzy kwadranse melodyjnego death / black metalu. No a szwedzki melodic death / black to wiadomo, Sacramentum, Necrophobic, Unanimated, te rzeczy. In Aeternum w zasadzie grają, jakby nadal tkwili w czasach, kiedy rzeczony trend się rozwijał. Trochę obawiałem się, czy aby nie będzie tu zajeżdżało nudą i geriatrią, ale po kilku rundkach z „…of Death and Fire” jakoś nie ziewałem. Z drugiej strony, nagrania te absolutnie nie wybijają się jakoś szczególnie ponad określony poziom, stąd wniosek, że album ten przeznaczony jest głównie dla fanów tego typu melodyjniejszego grania. Bo melodii w tych kompozycjach pod dostatkiem. Fakt, niektóre dość mocno osłodzone, ale nie brakuje też mocniejszych harmonii, bardziej kojarzących się z klasycznym śmierć metalem. A w przypadku „Spirits of the Dead” czy „The Vile God of Slime” usłyszymy nawet klasyczne riffowanie pod Morbid Angel (ten z Tuckerem). Żeby nie było za mało, to Szwedzi momentami zapędzają się w granie bardziej połamane i techniczne, czego przykładem może być kilka wersetów gitarowych w „Bow to None”. A w kończącym płytę „To Those Who Have Rode On” (a nie powinno być czasem „ridden” panowie?) mamy z kolej praktycznie zrzynkę aranżacyjną z „One Rode to Asa Bay”, choć patrząc na tytuły, a nawet na pewien szczegół z okładki, być może zamierzoną. Tylko po co? Oceniając te nagrania z perspektywy ogólnej, nie ma się za bardzo do czego przyczepiać. Ja do tych piosenek wracał nie będę, ale podejrzewam, że koneserzy wiadomej stylistyki będą ukontentowani. I tyle, bo co tu więcej drążyć.

- jesusatan




Recenzja Mactätus „Blot”

 

Mactätus

„Blot” (reissue)

ATMF 2026

Między latami 1989-1993 sekstet ten funkcjonował jako Blasphemy, aby następnie przekształcić się w Mactätus. „Blot” jest ich debiutem, którego odświeżoną wersję zdecydował się przypomnieć ten włoski label. Norwedzy wydali go pierwotnie w 1997 roku, czyli wtedy, kiedy ten gatunek zaczął mocno pikować w dół. Niestety nawet po latach to słychać, ponieważ to typowe, symfoniczne bądź atmosferyczne ujęcie black metalu dla ówczesnego okresu. Zbiór zadzierżystych riffów, które doprawiono sporym ładunkiem zimnych tremolo i wzmocniono silną sekcją rytmiczną. Całości oczywiście towarzyszą zaciekłe wokale i syntezatorowe pasaże, które nadają temu materiałowi dzikości i północno-europejskiej baśniowości. To w gruncie rzeczy swego rodzaju fuzja, która łączy w sobie, leśno-sataniczną agresywność z norweskim monumentalizmem. Pierwsza objawia się we wspomnianych zadzierżystościach, które zsyłają trochę szronu i bujają we właściwy dla tamtego rejonu sposób. Jest wtedy mrocznie i diabolicznie, ale nie do przesady. Ta druga cecha wyłazi podczas melodyjnych fragmentów, w których dominują bajkowe chwytliwości, podbite klawiszowym podkładem. Brzmi on trochę jak w epickich filmach i chwilami przechodzi w dungeon-synth, co bywa nie do zniesienia. Cóż, Mactätus na „Blot” wyraźnie nawiązywał do wczesnego Satyricon i Dimmu Borgir, tworząc skondensowaną mieszankę tych dwóch, co mogło się wtedy podobać. Pomijając gusta, mogę jedynie stwierdzić, że nie przetrwał próby czasu. Nieustannie płyta ta jest stereotypowym wydawnictwem z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, które nie odznacza się niczym szczególnym. Jest to dość ugrzeczniona diabelszczyzna, która puszcza oczko do całego spektrum odbiorców. Nikomu krzywdy nie czyniąc sypie śniegiem i rozczulającymi melodiami. Będąc ani zbytnio bombastycznym, ani nazbyt dzikim materiałem, doskonale wpisywał się w tamten trend i tak też czyni dzisiaj. Bez wyraźnego charakteru, nie narzucając się, spokojnie płynie w przestrzeń, przypominając o „zmierzchu bogów”.

shub niggurath




poniedziałek, 9 lutego 2026

Recenzja Chaospiracy „Infecting Grotesque Decay”

 

Chaospiracy

„Infecting Grotesque Decay”

Morbid Chapel Rec. 2026

Chaospiracy to włoskie trio z Mediolanu, a “Infecting Grotesque Decay” jest ich debiutancką EP-ką. Materiał ten co prawda ukazał się we wrześniu ubiegłego roku w formie cyfrowej, a miesiąc później na kasecie nakładem Unholy Domain Records, natomiast kilka dni temu w formie CD trafił na rynek dzięki Morbid Chapel Records. Wydawnictwo to zawiera cztery kompozycje z gatunku death metal. Jest to granie raczej z gatunku tych nieskomplikowanych, bowiem makaroniarze budują swoje numery na prostych, siermiężnych akordach, zazwyczaj utrzymanych w tempie wolnym, co najwyżej średnim. Zdecydowanie bardziej zatem możemy poczuć przy tych dźwiękach uderzenie obuchem niż techniczne rozpracowywanie przeciwnika wschodnimi sztukami walki. Można powiedzieć, że przez większą część EP-ce tej towarzyszy pewien schemat, polecający na powolnym uderzaniu w struny i utrzymywania tempa bujanego, co zdecydowanie wpływa na pracę naszej nóżki, a konkretnie na jej przytupywaniu. To w chwilach tych „szybszych”, bo kiedy Chaospiracy zwolnią, a czynią to nader często, to w powietrzu pojawia się wisielcza zawiesina, i robi się duszno. Rzadko  pojawia się tu melodia, którą da się zanucić. Niemniej można chwilami tą muzykę porównać do ubogiego brata Bolt Thrower. Takie pancerne harmonie, zdecydowanie jednak mniej „śpiewne” niż u Brytoli, pojawiają się kilkakrotnie, choćby w końcówce „Tears of Scorching Chaos” czy „Lustful Abyss”. Muzyce towarzyszy grobowy, głęboki growl, słusznie pozbawiony wszelkich odstępstw od deathmetalowej maniery. Całość brzmi na tyle masywnie, że z „Infecting Grotesque Decay” na słuchawkach na zamarznięte jeziorko raczej bym nie wchodził, bo mógłby to być mój ostatni spacer. Całościowo nagrania te to w sumie nic nowego czy odkrywczego, lecz słucha się ich naprawdę nieźle. Jak lubicie toporny, bujający metal śmierci, to dajcie Włochom szansę. To tylko dwadzieścia minut, zatem nic nie tracicie.

- jesusatan




Recenzja Diespnea „Radici”

 

Diespnea

„Radici”

Code666 Records 2026

Już sama okładka tego albumu, na której umieszczono zdjęcie karnegii olbrzymiej, wskazuje, że zawartość najnowszego, drugiego krążka w dyskografii tej włoskiej kapeli będzie nietuzinkowa. I tak jest w istocie, bo eksperymentalność black metalu granego przez Diespnea jest dość wysoka. Jak na mój gust, to panowie próbują trochę pogrywać w deseń późniejszego Dødheimsgard, ponieważ zmiany kierunków muzyki są u nich równie nieprzewidywalne i gwałtowne. Nie wszystkim musi to odpowiadać i mi również do końca to nie pasuje, bo występujące na „Radici” niespójności, które głównie zdają się świadczyć o awangardowości tego materiału, nazbyt do siebie nie przystają. Jeżeli chodzi o trzon black metalu od tych dwóch „południowców”, na który składają się mroczne i marszowe rytmy, pachnące wyraźnie okultyzmem, to wszystko jest na swoim miejscu. Wraz z niezłymi wokalizami i towarzyszącymi podstawowym akordom, wysokotonowymi dźwiękami, tworzą one pełen niepokoju, rytualny klimat, który wywołuje ciarki na plecach. Gdy Włosi zdecydują się odlecieć w modernistyczne rejony jest już trochę gorzej. Może, jeśliby wziąć te elektroniczne wtręty czy też quasi blisko-wschodnie harmonie, które przeistaczają się również w południowo-amerykańskie, na wzór tych plemiennych chwytliwości, jako odrębną całość, to byłoby i ciekawie. Jednakże nasz włoski duet postanowił połączyć te elementy ze skandynawskim ujęciem black metalu, w którym momentami słychać także greckie naleciałości i francusko-kosmiczne maniery, co zaowocowało surrealistyczną podróżą. Szkoda tylko, że jej cel jest nieznany. Diespnea eksploruje w swoich kompozycjach przeróżne rejony, które są sobie przeciwstawne. Poszczególne formy stylistyczne nie wynikają tutaj z jednych w drugie, co w sumie nie zawsze jest konieczne, ale przydałoby się, żeby choć trochę ze sobą współżyły. Z tego romansu wyszedł „Radici”, mezalians, który w przyszłości, przy odrobinie chęci tego duetu, bo to niewątpliwie kreatywni muzycy, ma szanse przerodzić się w bardziej akceptowalny związek.

shub niggurath




niedziela, 8 lutego 2026

Recenzja Throat „Beyond the Devil's Shroud”

 

Throat

„Beyond the Devil's Shroud”

Primitive Reaction 2026

Słucham sobie debiutanckiej płyty Throat chyba już od roku, gdyż wydanie tego materiału, ze względów różnych, mocno się opóźniło, ale nadal nie mogę wyjść z podziwu, jak ten zespół niesamowicie się rozwinął. Od bardzo prymitywnego demo, poprzez kompozycje na EP-ce „Blood Exaltation”, którą swego czasu chwaliłem za spory postęp i rozwinięcie stylu. Nigdy jednak bym się nie spodziewał, że „Beyond the Devil’s Shroud” to będzie aż taki skok jakościowy. Ileż tu się dzieje, to nawet nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że Throat to czysty, rdzenny black metal, co do tego wątpliwości mieć nie można. Więcej problemów sprawia już w tym przypadku przyklejenie zespołowi konkretnych inspiracji. Bo o ile pod względem klimatu, a także części wokali, mocno tutaj zalatuje Cultes Des Ghoules, to całość jest o wiele bardziej różnorodna. Poza tym, może się i narażę niektórym wyznawcom wspomnianego zespołu, ale Throat na swoim albumie nie tylko zainspirowali się Ghoulami, ale nawet rozwinęli autorsko ich formułę, na tyle, że mogę powiedzieć, iż uczeń przerósł mistrza. Zacznijmy może jednak od początku, jak to klasyk mawiał. „Summerland” to typowy wprowadzacz. Zawsze uważałem, że intro musi być krótkie, maksymalnie dwuminutowe. Tutaj trwa cztery. Mamroczące głosy przy akompaniamencie monotonnie dudniących rytualnych bębnów i pojawiających się w tle odgłosów niczym z „Blairwitch Project”. Już sam ten wstęp potrafi mocno zahipnotyzować i jest niczym powolnie otwierająca się brama do piekła. Utwór tytułowy to ponad dziesięciominutowy kolos, przynoszący na myśl klasyków z północy. Utwór, podczas którego tempo zmienia się przynajmniej kilka razy, tak samo jak sposób kostkowania, przez nordyckie tremolo do bardziej klasycznych uderzeń w struny. Wokalnie mamy tutaj totalną chorobę, której naprawdę nie powstydził się wiadomy Mark, zarazem, zwłaszcza w momentach blastujących, jakoś dziwnie kojarzących mi się z intensywnością Titanblood. Ten kawałek chwilami jest niczym lodowe tornado, przechodzący we fragmenty wolniejsze tylko po to, by otulać klimatem czarnej magii. „Cain’s Mark” to kompozycja, w której znajdziemy jeszcze więcej odnośników, czy też „skojarzeń”. Od szybkiego riffowania pod wczesny Mayhem, przez Impaled Nazarene (zresztą w pewnym momencie pojawia się tutaj także charakterystyczny efekt na wokalu, niczym z „Ugra Karma”) po wyskakujące niczym diabeł z pudełka swoiste interludium. Jęki, syki, mlaskanie, a w tle… syreni głos. Odlot totalny. Podobnie jak jakieś dziwne, schizofreniczne piszczałki w „Corrupted Flesh”, utworze początkowo utrzymanym w powolnym tempie, rozpędzającym się dopiero w drugiej części. Na koniec mamy totalną erupcję wściekłości pod postacią „The Pact”, najkrótszej kompozycji na całym albumie (choć też nie pozbawionej chwili na złapanie ostatniego oddechu), będącej idealnym jego podsumowaniem. To bardzo pobieżna dysekcja, bo i tak, mimo iż do materiału tego wracam już od kilku miesięcy, znajduję na nim nowe smaczki, coś co mi poprzednio umknęło, albo nie zostało wyłuskane do końca.  Jestem tymi nagraniami kompletnie opętany, i aż się boję o kolejny krok Throat. Jeśli to będzie następny, tak ogromny sus (w co jednak trudno wierzyć), to chłopaki mogą stworzyć prawdziwe arcydzieło. Ja jednak mam nadzieję, że przynajmniej utrzymają poziom debiutu. Fenomenalna płyta!

- jesusatan




Recenzja Supremo Oculto „Maledictus Factus Sum”

 

Supremo Oculto

„Maledictus Factus Sum”

Mara Prod. 2025

Supremo Oculto to duet maniaków staroszkolnego grania z Brazylii. O dziwo, nie z Belo Horizonte, a z „jakiegoś” Sao Paulo, choć zdaje się, że i tak obecnie to jeden chuj, bo kolesie stacjonują na Wyspach. Ich debiutancki album ukazał się pod koniec ubiegłego roku, dzięki rodzimej Mara Productions. No i bardzo dobrze, że się ukazał, bo te czterdzieści minut z okładem to kwintesencja staroszkolnego black metalu. Może od razu zacznę rzucać nazwami, bo porównania aż cisną się na usta. Wyobraźcie sobie taką mieszankę demówkowego Samael, Baxaxaxa i Mortuary Drape. Z tą różnicą, że z bardzo mocno ograniczoną obecnością klawiszy. Czyli granie osadzone raczej w wolniejszych rewirach, za to nastawione na mroczny klimat, z tym wyraźnym oddechem Diabła na ramieniu, i wpadającym w ucho brudnym riffem. Te skojarzenia, zwłaszcza dla jednostek w tamtym czasie dorastających, są nieodzowne, i powodują  przypływ nostalgii. Tym bardziej, że na tym albumie wszystko jest na swoim miejscu. Zajebiście surowe jest brzmienie. Takie piwniczne, zapleśniałe i cuchnące starocią. Gitary chodzą jak za czasów demówkowych, ale tych demówkowych zanim demo-imitacja stała się współczesnym trendem. Wokale? Ja pierdolę, samo zło! Podrasowane chwilami lekkim pogłosem, jednak głównie skrzekliwe i złowieszcze. Sekcja rytmiczna też jest banalna. Bas mruczy gdzieś tam na drugim planie, a pałker wystukuje rytmy z pakietu podstawowego, w nagłych zrywach bardziej kojarzącym się ze zwykłym nakurwianiem w gary niż grą na perkusji. Melodie autorstwa Supremo Oculto są mroźne i surowe, co, poza wymienionymi powyżej klasykami może także kierować skojarzenia w stronę Hellhammer, czy nawet Celtic Frost. Mimo iż wymieniam wyłącznie wpływy europejskie, to nad tymi nagraniami unosi się mimo wszystko ten południowoamerykański duch. Może nie tak wyraźny, ale jednak wyczuwalny. Zbierając to wszystko do kupy, dostajemy kawał naprawdę zajebistego, staroszkolnego, surowego black metalu, który przypomina okres narodzin gatunku. Czyli wszystko, czego mi do szczęścia potrzeba. Bardzo mocno polecam.

- jesusatan




 

Recenzja Ensanguinate „Death Saturnalia”

 

Ensanguinate

„Death Saturnalia”

Soulseller Records 2026

Ci czterej panowie z Lubljany po dość śmierć metalowym debiucie, wrócili właśnie z drugą odsłoną swojej twórczości za pośrednictwem „Death Saturnalia”. To płyta, która nadal idzie w szwedzkie klimaty, które przy masywniejszych akordach jednoznacznie mogą kojarzyć się z death metalem na podobę Entombed. Jednakże tym razem Słoweńcy przenieśli ciężar swojej muzyki w stronę czarciego rzępolenia, które wypełnione jest po brzegi lodowatymi tremolo i smagającymi niczym flagrum, thrashowymi riffami. Może słychać tutaj sporo podobieństw do bardziej estradowej odmiany bleka w stylu Watain i romansów diabła z kostuchą na podobę Necrophobic, ale nie da się uniknąć połączenia tego materiału z poczynaniami Aura Noir. Objawiają się one podczas szybkiego i zaciekłego kostkowania, którego jest na „Death Saturnalia” co niemiara. To gwałtowne ataki, które stale zmieniają swój kierunek i stanowią momentami trudną do okiełznania mieszankę thrashowych riffów z boleśnie świdrującymi tremolando. Suną one w gwałtownym pędzie, bez opamiętania nacierając dźwiękami. Tworzą one gęstą nawałnicę, która zalewa uszy, doszczętnie poniewierając. To intensywne i precyzyjne uderzenia, które zdają się chwilami wymykać spod kontroli ich kompozytorów, przechodząc w nieprzewidywalny, soniczny rykoszet o dużej sile rażenia. Ale nie tylko szaleństwo i dzikość Ensangiunate ma do zaoferowania, bo potrafią oni również zwolnić i zesłać trochę mrocznego klimatu, z którego wyziera okultystyczna atmosfera, pozwalająca odpłynąć na chwilę w inne rejony i odetchnąć od dotkliwie biczujących gitar w towarzystwie łomoczącej sekcji rytmicznej oraz zajadłych wokaliz Andreja Čuka. Najnowsza produkcja od tej czwórki Słoweńców, to intensywna jazda, która poza sataniczną brutalnością, częstuje także sporą ilością koronkowych zagrywek, schizoidalnych, ale i klasycznych solówek oraz nienarzucających się chwytliwości. Na tą chwilę Ensanguinate proponuje bardziej black-thrash o „speedowym” usposobieniu niż poczerniony death metal, co mi bardzo odpowiada. Piekielnie jadowity album.

shub niggurath




sobota, 7 lutego 2026

Recenzja Guerra Total “Of Death's Apotheosis... Cthulhu's Call and the Terror of the Cosmic Unknown”

 

Guerra Total

“Of Death's Apotheosis... Cthulhu's Call and the Terror of the Cosmic Unknown”

Mara Prod. 2025

Kto z was zna Guerra Total? Podejrzewam, że niewielu. Też z tą nazwą spotykam się po raz pierwszy, co potęguje mój szok, że chłopaki mają na koncie już jedenaście płyt. Ta nowa, o przydługaśnym tytule,  jest dwunastą. A to wszystko na przestrzeni dwudziestotrzyletniej egzystencji. Czyli regularni są jak japońskie pociągi. A co panowie grają, zapytacie? A wiecie, że, kurwa, trochę wszystko. Aczkolwiek trzon główny tej muzyki stanowi mieszanka death i thrash metalu. Z wyraźnym jednak dodatkiem blackmetalowym, a także doomowym doprawieniem. Jak to się zatem sprawdza? Bo formuła nowa przecież nie jest, kwestią pozostaje zatem sposób wcielenia jej w życie. No z tym to bywa różnie. Materiał ten trwa niemal czterdzieści cztery minuty, i jest dość mocno naszpikowany pomysłami. Od prostej napierdalanki w Vaderowym stylu, poprzez ostre thrashowe riffowanie w stylu Sodom, rytmikę zahaczającą niemal o hardcore, wrzucony tu i ówdzie blackmetalowy akord atonalny, ewentualnie mocne hamowanie do klimatu, dajmy na to, My Dying Bride. Trzeba przyznać, że niezaprzeczalnie momenty na tym albumie są, bo niejednokrotnie chce się pomachać głową, czy poćwiczyć umiejętności na gitarze powietrznej. Zwłaszcza kiedy wejdzie całkiem zgrabna solóweczka. Tylko że z drugiej strony, są tutaj też patenty wręcz banalne i cholernie wtórne. Biorąc pod uwagę długość tego materiału i zestawiając proporcjonalnie do jego rozmaitości, mam wrażenie, że Kolumbijczycy wrzucają do gara wszystko jak leci, bez większej selekcji. Nie wiem, może tak z założenia miało być, by muzyka sprawiała wrażenie chaotycznej czy spontanicznej, ale do mnie jednak nie do końca to przemawia. I za cholerę nie pomaga w tym nawet Cthulhu w tytule głównym. Trochę jałowe są tu też wokale. Niby growl, ale nie do końca wyrazisty, jakiś taki niemrawy. Nie można się za to przypierdolić do brzmienia, bo to jest odpowiednio masywne i dopracowane po staroszkolnemu. Nie wiem, może w ogólnym rozrachunku jestem dla Guerro Total zbyt surowy, ale po zespołach z tamtego zakątka świata oczekuję jednak nieco więcej. A w tym przypadku owo „więcej” oznaczałoby „mniej”. Mniej kombinowania, mniej rozwleczenia… Bo gdyby powyrzucać stąd jakieś 10 minut takich „uzupełniaczy”, to ten album byłby naprawdę niezły. A tak, jest przeciętny. Ale sprawdźcie sobie, bo może ja dziś jestem w nieodpowiednim humorze.

- jesusatan




Recenzja Schattenfall „Zwischen Erde und Schatten”

 

Schattenfall

„Zwischen Erde und Schatten”

Mara Productions 2026

Schattenfall pochodzi z Niemiec, gdzie narodził się w 2017 roku. Za tą nazwą stoi jeden muzyk ukraińskiego pochodzenia. Jest nim, urodzony w Odessie Vladimir Bauer, który wydał już pod tym szyldem parę płyt, bo trzy, a „Zwischen Erde und Schatten” jest jego najnowszym, czwartym albumem. Projekt ten zajmuje się komponowaniem atmosferycznego black metalu, co nieźle mu wychodzi, ponieważ odznacza się dużą siłą rażenia, co rzadko się zdarza w ramach tego ujęcia diabelszczyzny. Pomimo średniego i jednostajnego tempa oraz znacznej ciężkości akordów, które poza okresowo wypływającymi spomiędzy nich lodowatymi tremolo, kierują się we wręcz doomowe rejony w czym skutecznie pomaga mięsista sekcja rytmiczna, materiał ten kipi energią. Energią, która płynie ze stanowczych riffów, intensywnie wżerających się w jaźń oraz idealnie szorstkich wokali, zdających się wypełniać całą przestrzeń między naszymi uszami. Co jest najciekawsze w black metalu od Schattenfall, to jak Vladimir Bauer kreuje jego atmosferyczność. Robi to bez użycia wszędobylskich syntezatorów. Nie używa również żadnych klimatycznych i rozczulających zwolnień czy przerywników, a jeśli nastawiacie się na nastrojowe wstawki na nieprzesterowanych strunach w towarzystwie bajkowych pasaży, to muszę was rozczarować, gdyż także ich tutaj nie usłyszycie. Schattenfall atmosferę uzyskuje poprzez hipnotyczne riffy, które niekiedy zrywają się do szybszego kłusu, przełamując melancholijną stagnację, sypią szronem i boleśnie smagają skórę swym przeszywającym mrozem. Niewątpliwie w budowaniu klimatu na „Zwischen Erde und Schatten” odgrywają również posępne, jednoznacznie kojarzące się z zimową aurą, melodie, podkreślane przez wspomniane tremolando i fantastycznie brzmiące oraz sprytnie wplecione w główne tekstury solówki. Black metal o mrocznym i przygnębiającym charakterze, co niespotykane w atmosferycznej jego odmianie, surowym brzmieniu i okrutnym obliczu. Ciekawa pozycja, którą polecić mi należy.

shub niggurath




piątek, 6 lutego 2026

Recenzja Cuntfuck „Sram Na Krzyż”

 

Cuntfuck

„Sram Na Krzyż”

Antychryst Rec. 2026

Jak by ktoś nie wiedział, to Antychryst Records jest „labelem” (celowo w cudzysłowie) założonym przez muzyków blackmetalowego półświatka, w którym to owi panowie puszczają swoje najobrzydliwsze dokonania. Takie, których zapewne żadna inna, poważająca się wytwórnia nie odważyłaby się sygnować swoim logo. W sumie, kurwa, słusznie, bowiem to, co przyniósł mi pod drzwi listonosz, czyli kaseta zawierająca  koło dziesięciu minut muzyki, a będącą drugim demo bardzo heterosexualnie nazwanego tworu, do szerszego przekazu absolutnie się nie nadaje. Ruchający Pizdę to starzy, poznańscy wyjadacze, pod postacią Diabolizera, Bloodwhipa i Nekrophiliaca. Przedstawiać trzeba? Chyba tylko upośledzonym, albo totalnym ignorantom. Nie wyobrażam sobie bardziej bezpośrednich tytułów definiujących sam zespól, jak i poczynioną przez niego muzykę. Tak samo, jak ciężko mi wyrzeźbić cokolwiek intelektualnego w odniesieniu do zawartości tej demówki. Bo te trzy kawałki to totalny prymitywizm, i to nawet w odniesieniu do i tak minimalistycznych projektów wyżej wspomnianych muzyków. Taki Morbid Winds czy Urwerk przy Cuntfuck jest praktycznie kunsztem wirtuozerii. „Sram Na Krzyż” to muzyka, która mogłaby powstać w przerwie na papierosa, podczas próby któregokolwiek ich projektu, gdyby tylko panowie w ogóle palili. A że nie palą, to podejrzewam, iż wymyślili sobie te piosenki leżąc odłogiem na „łożu śmierci” po intensywnej imprezie, albo siedząc na kiblu i dusząc kac kupę, tudzież zwracając treści wczorajsze. Te trzy numery to definicja prostoty. Blackmetalowo punkowej. Z banalnym perkusyjnym rytmem, równie minimalistycznymi harmoniami gitarowymi, i obrzydliwymi wokalizami, zahaczającymi o wspomniane przez chwilą wymiociny. Brzmienie tych nagrań to typowy Grundig. No, może nieco bardziej podrasowany, ale i tak mający tyle wspólnego ze studyjną  sesją nagraniową co Jenna Jameson z malarstwem. Kurwa, ten materiał został wypuszczony na taśmie w ilości trzydziestu sztuk (z których jedna, ku mej wielkiej radości, trafiła pod moje strzechy), ale jakoś nie spodziewam się, żeby za miesiąc potrzebny był dodruk. Dobrze będzie, jeśli chłopaki upuszczą ten nakład w całości. No chyba, że wśród znajomych. Bo to demo jest ewidentnym przykładem szczerego grania dla własnej satysfakcji. Bez oglądania się na rynek muzyczny i panujące na nim trendy. Ja takie wydawnictwa szanuję najbardziej.

- jesusatan

Recenzja Coscradh „Carving The Causeway to The Otherworld”

 

Coscradh

Carving The Causeway to The Otherworld

20 Buck Spin Records (2026)

 


Do tej pory nazwa Coscradh nic mi nie mówiła i raczej budziła we mnie podśmiechujki aniżeli jakąkolwiek obojętność. Co to kurwa jest ten Coscradh? Otóż to staroirlandzkie słowo określające bitwę zakończoną masakrą. Po zapoznaniu się z „Carving The Causeway to The Otherworld” śmiało mogę powiedzieć, że nazwa zespołu doskonale oddaje zawartość muzyczną tego wydawnictwa. Nie znam poprzedniego albumu Irlandczyków, ale wiem, że w tym przypadku jest to niewiedza, którą wypadałoby nadrobić. Chłosta i wpierdol są tu bowiem niemiłosierne i jeśli drodzy czytelnicy lubujecie się w dźwiękach Black Curse, Concrete Winds, Vorum, Omegavortex czy Antichrist Siege Machine to nowy wypust ekipy z zielonej wyspy jest płytą przede wszystkim dla Was. Celowo piszę „przede wszystkim”, bo mam wrażenie, że w tym całym bestialstwie i nawałnicy jest w muzyce wyspiarzu coś ujmująco ludzkiego, klasycznie metalowego, coś czego jest dużo mniej w twórczości wspomnianych wyże zespołów. Owszem, jest to nawałnica bezlitosnych dźwięków z pogranicza obłędu, black/deathowy, gęsty tygiel topiący uszy słuchacza, który w ogólnym odbiorze zamiast masek gazowych, zakrytych ryjów i muzycznej homogeniczności stawia na atak spod bandery wiosła i werbla. Są tu riffy, są tu solówki, jest jakaś muzyczna tradycja robiąca ukłon do wszystkich miłośników ciężkiego grania, a nie tylko to bardzo wąskiego grona, które u swojej podwaliny ma war metal. W tym wszystkim muzycy Coscradh w żaden sposób nie ujmują swojej muzyce wściekłości, intensywności i chwil rozmiękczenia – dla mnie jest to po prostu  spojrzenie na tą estetykę muzyczną z punktu widzenia gatunkowej historii, tradycji, a niekoniecznie granie przez pryzmat jednowymiarowej radykalności. Świetna jest ta płyta – gęsta, intensywna, bardzo dobrze zagrana, bardzo dobrze brzmiąca, nie bojąca się konfrontacji z opiniami, że za mało radykalna. Jeśli obłęd jest tu mniejszy niż w przypadku Black Curse czy Omegavortex, to tylko minimalnie, ale z drugiej strony podoba mi się, że w porównaniu do przywołanych formacji środek ciężkości jest tu bardziej przesunięty w kierunku metalu śmierci, gdzie jednak tych mięsistych gitar jest trochę więcej. Tu nie ma się co pierdolić w tańcu – z mojej strony pełna rekomendacja jeśli chodzi o to nagranie. Nawet jeśli to nie do końca moja parafia jeśli chodzi o muzykę to nie znajduję ani jednego powodu do kręcenia nosem. Nie wiem czy ktoś spodziewał się po Coscradh tak dobrego albumu, ale jeśli nie to na pewno będzie to zajebista niespodzianka.

                                                                                                                            Harlequin




czwartek, 5 lutego 2026

Recenzja Bone Weapon “Chaos Marked by Death of Sun”

 

Bone Weapon

“Chaos Marked by Death of Sun”

Morbid Chapel Rec. / Transylvanian Rec.  2026

Kiedyś, dawno temu, zapewne nie pamiętacie, ludy pierwotne napierdalały się na potęgę. Nie mieli jednak wówczas nuków czy nawet dronów, więc narzędzia do okaleczania i unicestwiania przeciwników budowali sobie z kości. Kiedyś też, nie aż tak dawno, i to akurat możecie pamiętać, powstał gatunek zwany death metalem. Na początku był to nurt, który miał z założenia miażdżyć swoim ciężarem, był bezpośredni i stojący w opozycji do bardziej technicznego, panującego wówczas thrash metalu. Czy jakoś tak. Z powiązania tych dwóch faktów, znajduję nazwę Bone Weapon wprost proporcjonalną do twórczości stojących za nią Amerykanów. Nie pierwsza to ich wizyta na łamach Apo, bo jakieś dwa lata temu, z okładem, przedstawiałem wam ich debiutancką EP-kę. „Chaos Marked by Death of Sun” jest jej bezpośrednią kontynuacją, czyli mieleniem mięsa bardzo gruboziarnisto, za pomocą prymitywnej maszynki z korbką. Tak, dokładnie takiej, jaką niektórzy z was mogą pamiętać z babcinej kuchni. Całość tego procesu trwa niecałe pół godziny, i podzielona jest na pięć segmentów. Albo pięć wielkich betonowych kloców, spuszczanych na głowę słuchacza z wysokości wieżowca. Trio z Filadelfii nie bawi się w techniczne zawijasy, budowanie tajemniczego klimatu czy urozmaicanie swojej muzyki dla samego urozmaicania. Tutaj wszystko proste jest jak konstrukcja młotka. Jest trzonek, ciężki, metalowy obuch, jakiś tam klin, i wszystko w temacie. W przypadku Bone Weapon jest ciężki, nawet kurewsko ciężki riff, kapka melodii rodem z przesiąkniętego rozkładem grobowca, charczący, głęboki wokal, i banalne harmonie. Zero zabawy w awangardę, zero zwrotek, refrenów, solówek czy czegokolwiek wymykającego się z ram minimalizmu. Brzmienie tych nagrań ocieka tłuszczem i posoką, zapewne będącymi wydzielinami jakiegoś spasionego nieszczęśnika, którego chłopaki postanowili zaszlachtować przy pomocy siekiery sklejonej z golenia i trzech żeber. Uczta zatem smakowita, zwłaszcza dla typów prymitywnych. A że ja się do takich zaliczam, to żrę to ociekające larwami ścierwo z lubieżną przyjemnością. Jak wam gnijące mięso śmierdzi, to się nawet do tego krążka nie zbliżajcie. A jak jesteście pojebani, i rozkład łączy wam się z podnieceniem, to serdecznie zapraszam.

- jesusatan




Recenzja Brahmashiras „Trinitite”

 

Brahmashiras

„Trinitite”

Caligari Records 2026

Minęły trzy latka i Rosjanie wracają z pełnym albumem, na którym kontynuują spuszczanie wpierdolu za pomocą black-death metalu mocno podszytego punkowymi manierami. To siedem numerów, które lecą w zmiennych tempach, choć przeważają te szybsze. Panowie szyją intensywnie mieszając gatunki, używając bez pierdolenia się w tańcu thrashowego kostkowania, nawiązując do zwyczajów znanych z lat osiemdziesiątych. Muzę doprawiają dość niskim strojem gitar o charakterystycznym przesterze i dodatkowo zagęszczają galopującymi bębnami, którym w tym procederze skutecznie pomaga bas. Do tych tnących i kołyszących anarchistycznie akordów, okresowo dokładają trochę skandynawskiego tremolando, co oprócz szorstkich wokaliz, dostarcza sporo diabelskiego pierwiastka. I tak dostajemy prostą muzę o przybrudzonym brzmieniu, która nikomu się nie kłania, chłoszcząc plecy i kopiąc w dupę, że aż miło. Zadzierżyste i chropowate rzępolenie, w którym spotykamy Śmierć z Szatanem, wirujących w szalonym tańcu pogo w rytm ostrych riffów, łatwo wpadających w ucho chwytliwości o niekiedy wschodnim usposobieniu, przepysznych d-beatów i chłodnych, wysokotonowych zagrywek. Surowe połączenie death i black metalu z punkiem, które generuje energiczną jazdę, potrafiącą również dostarczyć odrobinę posępnych i mrocznych uniesień, a także zesłać trochę blizzardu w agresywniejszych i chaotycznych partiach. Zgrzytliwa, nieco garażowa muzyka, z której płynie autentyczna dzikość, ale i naturalna obojętność, bo Brahmashiras wyraźnie ma wypierdolone na wszystko. Napierdalają jakby od niechcenia, co owocuje autentycznie brzmiącym materiałem, który miażdży, ćwiczy batem i gryzie do krwi. Arogancko, bez kompleksów i do przodu. Czy się to komuś podoba, czy nie. Mi się podoba i to bardzo. Świetny metal, nawiązujący prostotą i zadzierżystością do lat osiemdziesiątych, lecz o masywniejszym brzmieniu i bezwstydnie romansujący z antysystemową doktryną. I jak tu nie polecić?

shub niggurath




środa, 4 lutego 2026

Recenzja Nox Urorum „Upadek Króla Chaosu”

 

Nox Urorum

„Upadek Króla Chaosu”

Putrid Cult 2026

Świat się kończy… Morgul wziął się za atmosferyczny blackmetal. No gdzie jak gdzie, ale że ten album ukazał się w Putrid Cult, to w życiu bym nie zgadł. Bo, o ile mnie pamięć nie myli, ten odłam w katalogu rzeczonego labelu dotychczas nie gościł. Ale, dobra, to zagości teraz, a ja przechodzę do konkretów. Nox Urorum to trochę przewrotna nazwa, bowiem oznacza po naszemu Upalną Noc. Otóż z ciepełkiem, to te piosenki niewiele mają wspólnego. Powiedziałbym raczej, że są na wskroś skute lodem, i to takim mocno podbiegunowym. Zresztą sama budowa poszczególnych kompozycji to w zasadzie tradycja atmosferycznego black metalu. Płynące w tle, budujące odpowiedni nastrój klawisze, wygrywające beznamiętne melodie gitary, najczęściej zapętlone i wprowadzające w swoisty trans, minimalistyczna perkusja, podbijający całość bas, żeby całość nie bzyczała aż tak bardzo, i toczące się na pierwszym planie dialogi między blackmetalowym wrzaskiem a deklamacjami (jak się można domyśleć, po naszemu). Tempo panowie też zazwyczaj utrzymują podobne, czyli średnie, niezbyt chętnie odchodząc od schematu, co ma swoje wady i zalety. Zaletą jest transowość całości, bo album płynie niczym górski potok, niesie słuchacza wśród pokrytych śniegiem krajobrazów i powiada swoje historie w sposób bardzo konsekwentny. Wadą, zwłaszcza dla kogoś, kto w takim gatunku muzycznym nie gustuje, będzie zapewne dość szybkie znużenie i brak zwrotów akcji. Album co prawda trwa trzydzieści pięć minut, więc moim zdaniem jest to dawka idealna, podana w sposób nawet ciekawy, lecz szczerze mówiąc podobnych wydawnictw, zazwyczaj przeplatanych fragmentami ambientowymi, słyszałem w życiu dziesiątki. Tutaj więcej jest grania konkretnego, bowiem z wspomnianego ambientu mamy jedynie krótkie intro i outro, co też na pewno działa in plus, podobnie jak produkcja tych nagrań. Całościowo zatem „Upadek Króla Chaosu” jest pozycją solidną, nawet dobrą. Czy wybijającą się jakoś znacznie z tłumu? No tu już bym polemizował. Na pewno maniacy grania atmosferycznego łykną to bez przegryzania. Ortodoksi mogą natomiast mieć problem, choć oczywiście niczego nie wykluczam. Sprawdźcie zatem sami, nic nie tracicie.

- jesusatan




Recenzja Ponte del Diavolo „De Venom Natura”

 

Ponte del Diavolo

„De Venom Natura”

Season of Mist 2026

Ponte del Diavolo to kapela z Włoch, która tworzy od 2020 roku. Na koncie mają już trzy epki, debiutanckiego longa, a teraz wydają drugą płytę, która zawiera siedem kompozycji, będących mieszanką black i doom metalu z domieszką post-punka. Trzonem ich muzyki są dwa basy, które mocno dociążają twórczość tej brygady, zwłaszcza podczas klimatycznych zwolnień lub utworów, jednoznacznie kojarzących się z dark wave. Kolejnym, znaczącym elementem jest wokal Erby del Diavolo, który może przypominać głos Sary z Messa lub Siouxsie Sioux z Siouxsie and the Banshees. Włoska śpiewaczka modeluje go w zależności od aury i melodii jakie zsyłają dźwięki instrumentów, bowiem kawałki na „De Venom Natura” płyną w różnych prędkościach i snując zmieniające się harmonię, tworzą bogatą, atmosferyczną sinusoidę. Do wspomnianych, dwóch basów dorzucić trzeba także, doskonale podkreślającą rytmikę perkusję oraz gitarę, która częstuje mozolnymi riffami, ale jej głównym zadaniem jest zasypywanie uszów świdrującymi tremolo. To zimne i okresowo chaotyczne zagrywki, które wskazują na mariaż muzyki Ponte del Diavolo z black metalem. Black metalem, który w przypadku tego zespołu zdaje się być tylko dodatkiem, jednym z elementów składowych muzyki Włochów, ponieważ nie jest tutaj pierwiastkiem dominującym. To oryginalna fuzja wyżej wymienionych gatunków, których wzajemne przenikanie zatarło granicę między nimi, co uniemożliwia jednoznaczną kategoryzację stylu tej kapeli. Dobrze wymieszany koktajl, stawiający na mroczny i magiczny nastrój, który może również wpędzać w melancholijne stany. Mocno eksperymentalne ujęcie metalowego grania, które odznacza się szczególną atmosferą i teatralnością. Inteligentnie skomponowany, ale nienarzucający się przesadnie artystyczną formą. Pomimo dość tajemniczego usposobienia i nieoczywistych aranżacyjnie rozwiązań wchodzi gładko niczym piętnastoletnia whisky. Głównie dla miłośników gotyku i pokrewnych gatunków, ale sprawdźcie, bo cóż szkodzi, a Erba głos ma fantastyczny.

shub niggurath




wtorek, 3 lutego 2026

Recenzja Bitterness „Hallowed be the Game”

 

Bitterness

„Hallowed be the Game”

G.U.C. 2026

Niemcy kolebką thrashu, przynajmniej tego europejskiego, są i basta! Zaprzeczyć się temu nie da, i chyba przytaczanie tu przeze mnie jakichkolwiek przykładów czy argumentów mija się z celem. Co nie znaczy, że każdy pochodzący z tego kraju zespół z automatu wart jest zainteresowania. Weźmy taki Bitterness, dla przykładu. Kolesie grają w tą grę, o czym zresztą wspominają w tytule swojego najnowszego, ósmego już pełnego wydawnictwa, od dwudziestu pięciu lat, a jakoś dotychczas z ich nazwą dotychczas się nie spotkałem. I bardzo dobrze, bo, nie owijając w bawełnę i przechodząc od razu do meritum, to co usłyszałem na „Hallowed be the Game” niczym specjalnym nie jest. Mówiąc oględnie i delikatnie. Nie zamierzam się tutaj wyżywać na tej płycie, ani jej autorach, bo uważam, że czterdzieści minut, które poświęciłem na odsłuchanie ich piosenek, jest czterdziestoma minutami mojego życia, które zdecydowanie mogłem spożytkować w lepszy sposób. Nie wiem, może na zgłębianiu technik orgiami, prasowaniu firanek, albo oglądaniu tych półmózgów z Wiejskiej w telewizji. Bitterness jest typowym przykładem trzecioligowca w thrashowym rzemiośle. Dodatkowo trzecioligowca, który inspiracje dobrał sobie niezbyt szczęśliwe. Panowie tworzą coś, co można by przyrównać do wypadkowej Kreator z okresu, kiedy Kreatorem już nazywać się nie powinien, z melodyjnym death metalem zza Bałtyku. Co w tej muzyce jest złe? Melodie. W chuj słodkie, nijakie, nużące. Kompozycje. Przewidywalne, schematyczne, typowe. Wokale. Do bólu przeciętne, a nawet jak urozmaicane, to w jeszcze bardziej banalny sposób. Brzmienie? No, może biorąc pod uwagę nowocześniejsze standardy, jeszcze znośne, oczywiście dla tych, którzy taką selektywną szatę. Nawet okładka wygląda na zrobioną na odpierdol, dla debila. Co w tej muzyce jest dobre? W sumie, to nic. Tutaj wszystko jest tak cholernie oczywiste, tak wygładzone, pozbawione mocy, że zęby bolą. Bo nawet jak Bitterness starają się zaserwować jakiś ostrzejszy riff (pomijając, że odgrzewany po raz nie wiem który), jak w „High Sobriety”, to za chwilę jest on sprowadzany do parteru przez na chuja potrzebne chórki, bardziej kojarzące się z koślawym Running Wild niż klasycznymi wejściami z planu drugiego w staroszkolnym thrashu. I jeszcze te solówki… O tym, że nawet fajny numer Misfits, coverowany na zakończenie, kolesie spierdolili już nie wspomnę. Chłopaki na co drugim podwórku grali kiedyś lepszy thrash niż Bitterness po ćwierćwieczu praktyki. Mówiłem, że nie będę się znęcał. Zatem krótko – do kibla.

- jesusatan




Recenzja Winter Eternal „Unveiled Nightsky”

 

Winter Eternal

„Unveiled Nightsky”

Hells Headbangers 2026

Winter Eternal to solowy projekt, który powstał w Grecji, a było to w 2011 roku. Później, stojący za tym szyldem Soulreaper, przeniósł się do Szkocji i chyba pozostaje tam do dziś. Obecnie, wraca z najnowszym, piątym swym albumem, którego zawartość może zdradzać okładka, gdyż jest w kolorze niebieskim. Tak, to melodyjny black metal, który ameryki nie odkrywa więc oskalpowanie mu nie grozi, ale dla mnie jest jak cios tomahawkiem w łepetynę. To atak przypuszczony przy użyciu szybkich tremolo, cienkiej perkusji i bulgoczącego, wysuniętego dość do przodu basu. Instrumentom towarzyszą szorstkie wrzaski, które swym wydźwiękiem idealnie wpasowują się w lodowatą barwę gitar. Mrożą one, że aż ciarki na plecach powstają i trzeba podkręcić kaloryfery, gdyż szron pojawia się na parapecie. Winter Eternal rzeźbi wartkie i bez problemu wkręcające się melodie. Są to epickie i smutne chwytliwości, które pędzą w przestrzeń niczym zimowa zawierucha, niosąca mróz aż strach. Snują one opowieści o pradawnych i magicznych czasach, ale ich cukierkowość nie jest w przypadku „Unveiled Nightsky” jakoś rażąca. Soulreaper stawia raczej na odpowiednio mroczny i tajemniczy klimat, udanie stroniąc od skocznych, odpustowych harmonii. I to między innymi ratuje ten materiał, choć mnie do siebie nie przekonuje. Nie da się jednak zaprzeczyć, że jest tutaj obok wszędobylskich melodii, agresywnie i wielowarstwowo, ponieważ akordy wygrywane przez tego Greka są gęste i nieustannie się przenikają. Tną skórę, ale potrafią również wyhamować, przechodząc w monumentalne zwolnienia, z których wypływa spora dawka atmosferyczności i to jest kolejny plus. Ostatnim, dodatnim elementem jest produkcja, bo jest analogowa, co nadało „Unveiled Nightsky” surowości, przywodząc skojarzenia z początkami tego gatunku. Melodyjny black metal, który zagrany jest w naturalny i z niezwykłą lekkością sposób. Fanom tego ujęcia wejdzie jak w masło, ja natomiast nie lubię, jak rzuca się we mnie tomahawkami więc podziękuje.

shub niggurath




poniedziałek, 2 lutego 2026

Recenzja Slaughterday „Dread Emperor”

 

Slaughterday

„Dread Emperor”

Testimony Rec. 2026

Znacie ten band, w którego skład wchodzą dwaj Niemcy o długości włosów na twarzy i głowie odwrotnie proporcjonalnej do staroszkolnych standardów? Jakimś cudem, mimo iż kolesie wydają właśnie swój piąty album, nigdy nie zagościli na łamach Apo. Choćby dlatego postanowiłem skrobnąć o ich muzyce kilka słów, nawet jeśli nowe wydawnictwo nie wnosi do całokształtu twórczości Slaughterday niczego nowego. Tak samo, jak twórczość tego tworu nie wniosła niczego nowego w kanony gatunku. Nie innowacyjność jest jednak w tym przypadku sprawą kluczową. Bo jeśli zespół otwarcie czerpie inspiracje z znanych i uznanych klasyków, to i po co im jakieś niepotrzebne wygibasy. A Slaughterday jest takim właśnie kultywatorem staroszkolnych tradycji. Tradycji wykreowanych przez szkołę amerykańską i europejską, w równomiernym, w tym przypadku, połączeniu. Gdyby sprawy upraszczać do minimum, można bez ogródek powiedzieć, że panowie są potomstwem Grave i Autopsy. W sposób idealny łączą bowiem w swojej twórczości ciężar i brud obu tych kapel, i robią to naprawdę z klasą, a przede wszystkim bez dosłownego kopiowania klasyków. Na „Dread Emperor” znajdziemy ciężkie melodie, z naciskiem na słowo „melodie” właśnie. To nie jest li dudnienie, czy wbijanie w czaszkę pięciokilowego młota. Tutaj w pas kłania się ta staroszkolna gracja. Proste d-beaty, rytmiczne akordy, ale jednocześnie coś, co momentalnie wpada do głowy i skłania ją do epileptycznych podrygów. Nikt tutaj z wiatrem się nie ściga, bo kompozycje Niemców utrzymane są w tempie słusznym, ale stonowanym. Zdecydowanie więcej uwagi muzycy poświęcili temu, by ich numery nie nudziły. Stąd też nie ma w tym przypadku grania na jedno kopyto, czy trzymania się jednego akordu przez cały kawałek. Zresztą nawet od wspomnianych inspiracji też zdarzają się lekkie odchyły. Jak choćby w „Subconscious Pandemonium”, gdzie znajdziemy riff niemal djentowy. Albo „Dethroned”, kawałek na dobrą sprawę punkowy, wyśmienicie bujający, wpadający w GG Allin’owy vibe. Chłopaki doskonale czują to, co grają, a grają to, co czują i co im serce podpowiada. Znając ich dotychczasową twórczość jestem w stanie przyznać im medal za konsekwencję. Każdy ich krążek prezentował określoną jakość, i nie inaczej jest z „Dread Emperor”. Jeśli chcecie posłuchać dobrego death metalu, opartego na najlepszych oldskulowych filarach, może nie powalającego na kolana, ale szczerego i zagranego z pasją, to sięgajcie po ten krążek bez wahania. Satysfakcja gwarantowana.

- jesusatan




niedziela, 1 lutego 2026

Recenzja Diabolus, Mecum Semperterne! „Diabolus, Mecum Semperterne!”

 

Diabolus, Mecum Semperterne!

„Diabolus, Mecum Semperterne!”

Terratur Possessions 2026

Diabolus, Mecum Semperterne!, to nowe wydarzenie na scenie Trondheim. Oczywiście, że ta grupa gra black metal. Nikogo również nie zdziwi, że składa się ona z dobrze znanych muzyków z tamtejszego podwórka, bo to normalna rzecz wśród tej bandy satanistów, gdyż bez przerwy przechodzą z jednej kapeli do drugiej, bądź zakładają kolejne, nowe projekty. Dwudziestego lutego pojawi się na sklepowych pułkach debiut Diabolus, Mecum Semperterne!, który zawierać będzie intro, outro, trzy interludia oraz cztery kawałki black metalu w ujęciu znanym z Nidaros. Może cztery numery to niedużo, ale ich słuszna długość powinna zamknąć potencjalnym malkontentom usta. Norwedzy po tym szyldem szyją dość natchnioną formę tego gatunku, ponieważ każdy utwór niesie ze sobą wiązankę tremolo i riffów, z których płyną podniosłe i tajemnicze melodie, podsycane przez sakralne syntezatory i chóralny śpiewy. Album ten jest niczym hołd złożony Szatanowi, bo z tutejszych średnich temp jak i agresywniejszych akordów, przechodzących okresowo w dzikie blasty, sączy się starożytny duch. Kompozycje przepełnione są magią, mrokiem i wręcz religijną atmosferą, która hipnotyzuje swym delikatnie odrealnionym charakterem i rytualną atmosferycznością. Na „Diabolus, Mecum Semperterne!” przeważają średnie tempa i jednostajność, co nie znaczy, że nie jest to intensywna muzyka, bowiem jej moc wypływa z deklaracji oddania się przez ten kwartet diabelskiej sztuce jak i samemu rogatemu, co wyraźnie słychać w podniosłym i przesiąkniętym satanizmem usposobieniu tego krążka. To wpędzający w trans materiał, w którym zaklęte są wszystkie wartości właściwe dla klasycznego black metalu z lat dziewięćdziesiątych. Odurza diaboliczną atmosferą i zadziwia czytelnością, intencji tej czwórki artystów. Black metal oparty na tradycyjnych wzorcach i wiadomej ideologii. Brzmi jak wyznanie wiary. Jeśli chcecie się przyłączyć do tego misterium, to bierzcie.

shub niggurath