środa, 21 stycznia 2026

A review of Karloff “Revered by Death”

 

Karloff

“Revered by Death”

Dying Victims Prod. 2026

 

If you see two mustachioed Germans in leather vests and Hellhammer T-shirts in the photo, what do you think they might be playing? Obviously some old stuff. Otherwise, they wouldn't be releasing it under the Dying Victims label. Their debut album, released about three years ago, really messed in my mind, so I was very curious to see what I would find on “Revered by Death.” Well, I found more or less the same thing as on “The Appearing”, meaning lively black/punk, played with balls and a total 80s vibe. Because when I say “black metal,” I don't mean the second, Scandinavian wave, but the slightly deeper roots of the genre. But that's not all. Because even if the opening track, “A Pessimistic Soaring,” is so catchy that your feet just want to dance, and “Die Wiederkehr der Dunkelei” is no less so, on the next track on the list, “When the Flames Devour You All,” the guys definitely slow down, treating us to something resembling a ballad, or at least a very atmospheric and moody composition. Surprised? Wait for the next one, the ambient acoustic “On Weathered Altar.” Here, you can really drift away. Then we return to punk/rock/metal tracks, and Karloff treats us to catchy melodies “like in the old days”. In fact, these recordings remind me a bit of our Owls Woods Graves or The Relicts. Maybe not literally in terms of music, but because of similar inspirations and that omnipresent groove. The songs on this album are short, but they have a lot of energy. I like the drum tracks here. Theoretically simple, but at times so joyful that when I close my eyes, I can see a glam drummer with a bandana on his head, playing with one hand raised and a big smile on his face. It's really fantastic to listen to, and since “Revered by Death” is only half an hour long and contains nothing but hits, it automatically starts over again itself when it ends. Check out this album if you're in the mood for something catchy, old-school, and recorded without any fuss. For me, it's awesome!

- jesusatan




Recenzja Orchid Throne „Buried in Black”

 

Orchid Throne

„Buried in Black”

Self-Release 2026

To solowy projekt Nicholasa Bonsanto, który jest Amerykaninem, udzielającym się również w innych kapelach o dość dużym rozstrzale gatunkowym. Po wielu latach komponowania do szuflady, postanowił w końcu nagrać coś swojego. Wynikiem tego jest „Buried in Black”, który zawiera siedem kawałków muzyki, w której przez niemalże godzinę będą mogli się pławić niepoprawni pesymiści i melancholicy. To 54 minuty melodyjnego deta gotyckiego z domieszką metalu zagłady, podczas których zalewani jesteśmy szeregiem form o znacznej ciężkości i dużym ładunku smutku. Przygnębienie emocjonalne wyłazi tu z każdego wręcz akordu. Czy to jest depresyjne plumkanie na klawiszach bądź gitarze akustycznej, czy to jest wyładowanie egzystencjalnej frustracji podczas mocniejszych wybuchów, czy to są monumentalne i atmosferyczne riffy, przytłaczające swym żałobnym usposobieniem. Całość bardzo dobrze wyprodukowana i zmiksowana, raczy słuchacza soczystym brzmieniem gitar i sowitą gęstością sekcji rytmicznej, które układają się w muzykę o zróżnicowanej rytmice, takimże kostkowaniu i zmiennych tempach. Podobnie jest na płaszczyźnie wokalnej, bo Nicholas potrafi idyllicznie i boleśnie zaśpiewać, desperacko wrzeszczeć oraz posługiwać się głębokim growlem, a wszystko w zależności od tego, na jakim etapie uczuciowym znajduje się dany utwór. Z „Buried in Black” nieprzerwanie sączy się przygnębienie, wpędzające w introspektywne wycieczki i uczucie niepokoju. To także obraz głębokiego załamania nerwowego, lęku przed śmiercią oraz uczucia życiowej porażki, która zmusza do zdefiniowania na nowo sensu egzystencji, aby wyrwać się z dotychczasowej beznadziei. Debiutancka płyta Orchid Throne, jest sonicznym krajobrazem wypełnionym przez ból i cierpienie, za pomocą którego Nicholas Bonsanto wyrzuca z siebie uwierającą sinusoidę negatywnych emocji. Można lubić ten typ metalu lub nienawidzić, ale trzeba przyznać, że Amerykanin za pomocą tego gatunku doskonale oddał najgłębsze, współczesne lęki i ich dramatyczne konsekwencje, nierzadko skutkujące różnego typu psychozami i samobójstwem. Jeśli lubicie taką muzę, będzie to przyjemna podróż. Jeśli nie znosicie, wymioty gwarantowane.

shub niggurath




wtorek, 20 stycznia 2026

Recenzja Celestial Carnage „Divine Order”

 

Celestial Carnage

„Divine Order”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

Celestial Carnage to trio z Santiago w Chile, a „Divine Order” jest ich debiutanckim wydawnictwem, które ujrzało światło dnia w zeszłym roku nakładem meksykańskiej Iron, Blood and Death Corporation. Jak Chile, to od razu wiadomo, że będzie srogo, choć tym razem nie aż tak charakterystycznie. Na początek krótkie intro, po którym Celestial Carnage ruszają powoli, ospale, niczym lokomotywa z wiersza Tuwima, by z czasem nabierać coraz większej prędkości. Muzyka, jaką znajdziemy na tym krążku, to black metal, wyraźnie zainfekowany starym thrashem z lat osiemdziesiątych. Bardziej zamykająca się w ramach prostoty, niż szukająca innowacyjnych rozwiązań, czy jakichś technicznych wygibasów. Słychać, że panowie wrzucili do gara drugofalowy black z lat dziewięćdziesiątych, i dokładnie wymieszali z wpływami takich klasyków jak Kreator czy Sodom. Echa tych drugich odbijają się  tak naprawdę gdzieś w tle przez cały album. Przyznać trzeba, że więcej w tych nagraniach europejskiego sznytu i skandynawskiego mrozu, niż typowej dla Ameryki Południowej dziczy. Jednak najwyraźniej tamtejsze zespoły i w tej stylistyce doskonale się odnajdują, bo nawet jeśli „Divine Order” nie grzeszy zbytnio oryginalnością, to niewiele tak naprawdę nie odstaje od klasycznych zespołów z Norwegii czy Szwecji. Z jednej strony mocno tu zawiewa chłodem, ale z drugiej, nie brakuje melodii. Może nie tak wyraźnie uwypuklonej, ale na tyle obecnej, że chwilami niektóre numery chce się najzwyczajniej w świecie ponucić pod nosem, jak choćby „Congenital Malformation”. Nie brak tu też fragmentów prostych, wręcz oklepanych, zwłaszcza kiedy Celestial Carnage przechodzą w klasyczny d-beat. Całość brzmi dość surowo, podług starego przepisu, szorstko i bez zbędnej polerki. Na zakończenie panowie częstują jeszcze coverem Desaster, który też w pewien sposób wyjaśnia, skąd w nich te niemieckie inspiracje. Myślę, że album ten ma w sobie spory potencjał, i warto poświęcić trzy kwadranse życia na odsłuchanie tego, co Celestial Carnage mają do zaoferowania. Gór to może nie przenosi, ale na pewno średniego światowego poziomu nie zaniża. Bardzo solidne granie.

- jesusatan




Recenzja Casket „In the Long Run We Are All Dead”

 

Casket

„In the Long Run We Are All Dead”

Necbreaker Records 2026

Trochę tych „kasketów” na scenie metalowej się uzbierało, bo w samych Niemczech są trzy kapele o tej nazwie. W tym przypadku chodzi też o niemiecką brygadę, ale o tą, pochodzącą z kraju związkowego, który nazywa się Baden-Württemberg. Tercet ten ma za sobą długą historię, co nie przekłada się na ilość wydawnictw, ponieważ Casket gra już od 1990 roku i oprócz kilku demosów ma na koncie zaledwie cztery płyty. Niebawem liczba albumów się powiększy, gdyż w ostatniej dekadzie stycznia ukaże się ich piąty krążek, o którym właśnie mowa. Zawierać on będzie jedenaście kawałków utrzymanych w death metalowym tonie, który powinien spodobać się purystom. Ci dwaj panowie z koleżanką na basie komponują w staroszkolnym stylu, gniotąc okrutnie. To death metal, który swą ciężkością i żylastością wywraca flaki na lewą stronę. Brzmi jak początki tego gatunku w Europie, czyli na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, przypominając demówki Grave, Funebre, Carnage czy Gorefest. Utwory o prostej konstrukcji, pozbawionej udziwnień i zbędnych ozdobników. Ciężkie i gęste akordy, które nie niosą ze sobą żadnych melodyjek, tylko ten specyficzny groove, z którego sączy się cuchnąca flegma i smród rozkładu. Średnie i wolne tempo, żylasty bas, od którego drży żołądek, przytłaczające bębny, mięsista gitara i głębokie growle. Całość zebrana do kupy, generuje brudną i mroczną muzę, która zalewa uszy kilkoma tonami błotnistej mazi, składającej się jak mniemam, ze zmielonych ciał razem z kośćmi. Dusi podczas doomowych zwolnień i mieli, bujającym rytmem w trakcie headbangowych przyspieszeń, którym nierzadko towarzyszą przepyszne d-beaty. Najnowsze dzieło od Casket, to zwarta ściana dźwięków, wytworzona za pomocą dudniącej sekcji rytmicznej i soczystej gitarze, której riffy tną jak tempa brzytwa, tworząc rany bardziej szarpane niż cięte. Bagnisty death metal o dużej sile rażenia, która od pierwszych taktów przenosi w czasie, serwując złowieszczą i nie kłaniającą się trendom muzykę. Stuprocentowy metal śmierci o undergroundowej proweniencji. Jakże mam zatem nie polecić.

shub niggurath




poniedziałek, 19 stycznia 2026

Recenzja Necropolissebeht „Taurunovem - Th’Astraktyan Serfdome”

 

Necropolissebeht

„Taurunovem - Th’Astraktyan Serfdome”

Amor Fati 2026

Kiedy cztery lata temu pisałem tutaj o debiutanckiej EP-ce Necropolissebeht, byłem przekonany, że to raczej jednorazowy wyskok, bez większych szans na kontynuacje. I wcale z tego powodu nie płakałem, bo projekt ten niczym szczególnym się z tłumu war metalowych aktów nie wyróżniał. Okazuje się jednak, że trio odpowiedzialne za Cmentarny Sabat postanowiło dalej siać nuklearne zniszczenie, czego dowodem pełnowymiarowy materiał zespołu, który lada chwila ukaże się nakładem Amor Fati. Kto słyszał „TTCCCLXXX” doskonale wie, czego może się po tym pełniaku spodziewać. Warmetalowej klasyki. Nie ma na tym albumie absolutnie niczego innowacyjnego, odkrywczego czy porywającego. Można powiedzieć, że przez ponad czterdzieści minut nastawieni jesteśmy na odgłosy dudniącej, niczym spadające przy nalocie dywanowym bomby, perkusji, chłoszczących narządu słuchu linii gitarowych, najczęściej zapętlonych, z bardzo nielicznymi urozmaiceniami, charczącym gdzieś z drugiego planu wokalem, tyleż jednolitym co wspomniane gitary, wpadającymi randomowo na pierwszy plan solówkami, będącymi chyba jakimś rodzajem improwizacji niż wynikiem dłuższych przemyśleń, i ogólnego nakurwu. Linie melodyczne? Te nawet jak na gatunek są bardzo oszczędne. Powiedziałbym wręcz, że „Taurunovem - Th’Astraktyan Serfdome” jest materiałem monotonnym i schematycznym. I wcale nie będzie w tym zbytniej przesady, co sami zresztą stwierdzicie, o ile w ogóle po te nagrania sięgniecie. Z drugiej strony, owa monotonia ma też i drugie oblicze. Dzięki tej monotonnej intensywności zespół wprowadza odbiorcę w pewnego rodzaju trans. Albo inaczej, przy tych dziewięciu ścieżkach można poczuć się jak zamknięty w bunkrze uciekinier, narażony na odgłosy intensywnego ostrzału artyleryjskiego na powierzchni. Brzmienie tych nagrań to głęboka piwnica. Chwilami gitary chowają się za perkusją, czy też, co najwyżej, zlewają się z owym dudnieniem w jednolitą masę, z której czasami, też jakby przypadkowo, coś wyraźniejszego się na sekundę wyłoni.  Uważam jednak, że „Taurunovem - Th’Astraktyan Serfdome” skierowany jest tylko i wyłącznie do warmetalowych masochistów, a „niefani” tego gatunku nie mają po co do tych piosenek podchodzić. Tyle w temacie, bo po co dłużej drążyć…

- jesusatan




 

niedziela, 18 stycznia 2026

Recenzja Fossilization „Advent of Wounds”

 

Fossilization

„Advent of Wounds”

Everlasting Spew Rec. 2026

Półtora roku po wydaniu debiutanckiego “Leprous Daylight”, brazylijscy gruzownicy powracają z drugim albumem. Po raz kolejny mamy tutaj około trzydziestu pięciu minut samego gęstego w najlepszym wydaniu. Trochę nie rozumiem malkontentów narzekających na wspomniany debiut, głównie w zestawieniu z wcześniejszą EP-ką. Moim zdaniem była to w prostej linii, niczym nie ustępująca najwcześniejszym nagraniom, kontynuacja i rozwijanie własnego stylu. Podobnie rzecz ma się z „Advent of Wounds”. To cały czas ten sam odłam śmierć metalu, z niewielkim jedynie przemieszaniem poszczególnych części składowych. Analizowanie tych nagrań w stosunku jeden do jednego, czy aptekarska analiza, mija się z celem i byłaby klasycznym mierzeniem zawartości cukru w cukrze. Ilość gruzy w nagraniach Fossilization jest na tyle wysoka, że nie jestem się w stanie spod niej odkopać. Nie powiem przy okazji nic odkrywczego. Bo w rzeczy samej, Brazylijczycy grają muzykę opartą na wspaniałych wzorcach wspaniałych zespołów. Po co analizować, czy więcej tu tym razem Phobocosm niż Immolation, czy może tym razem panowie zapatrzyli się mocniej w Dead Congregation, sporo harmonie kojarzące się z tymi zespołami i tak są do siebie podobne, a jednak każdy z nich nieco się od siebie różni. Tak samo jak Fissilization, którzy mieszając ciężar z melodią, przeplatając fragmenty blastujące miażdżącymi zwolnieniami, raz uderzając bezpośrednim riffem, by za chwilę zahipnotyzować zapętlonym motywem, stworzyli również coś własnego. Coś, co możemy śmiało postawić w jednym szeregu ze wspomnianymi przed chwilą klasykami. W tych nagraniach jest tyle mrocznego klimatu, tyle odoru pleśni i zgnilizny, tyle mocarnych harmonii, że nie da się zaprzeczyć, iż jest to najwyższy poziom rozgrywek. Ktoś powie, że brzmienie jest nieco przymulone? No bo jest, ale akurat dla mnie to zaleta a nie wada, bo to nie jest, do cholery, szpital! Że wokal monotonny? Wspaniale. Brzmi przez to jak dobiegający z krypty charkot ghoula, idealnie wpisując się w całość. Moim zdaniem Brazylijczycy nagrali najlepszy do tej pory materiał, a że odsłuchałem go już kilkanaście razy, i nabrałem dystansu, to będę się przy swojej opinii upierał. Premiera jakoś za miesiąc, czyli już za momencik. Zaznaczcie sobie jej dzień w kalendarzy, żeby czasem nie przeoczyć.

- jesusatan




Recenzja Bestial Profanation „Cadaveric Rebirth”

 

Bestial Profanation

„Cadaveric Rebirth”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

Bestial Profanation to kapela z Argentyny, gdzie powstała w 2020 roku. Ten album nagrali minionego lata, ale był on dostępny tylko w wersji digital. Na warsztat wziął ją meksykański Iron, Blood and Death Corporation i mamy dwójeczkę tej brygady na CD. Panowie grają klasyczny death metal, w którym spotykają się dwa nurty, szwedzki z północnoamerykańskim zatem jest tutaj dość ciekawie. To połączenie marszowych rytmów, mrocznych i gęstych tremolo z krwistymi, i zalatującymi bagnem riffami robi naprawdę dobrze. Do tego dorzućcie charakterystyczne dla Skandynawii, lecz odpowiednio dociążone brzmienie i gotowe. Aha, jeszcze niezbyt wyrazisty bas, klasyczna perkusja oraz mokre i czytelne growle, teraz obraz powinien być pełny. Blastów tu nie uświadczycie tylko ciężkie i śmierdzące zgnilizną akordy, z których wyłazi także coś niepokojącego i zimnego. Bestial Profanation poczyna sobie w zmiennych tempach, zapodając tradycyjną mieszankę kostkowania, z której wypływają znajome, żwawe i te gniotące nuty, które mocno mogą kojarzyć się z Autopsy i Unleashed. Muzyka na „Cadaveric Profanation” galopuje, zamienia się w kłus i momentami zwalnia, przechodząc do stępa, serwując ponure, zgniłe klimaty. To soczysty i szorstki death metal, który jest dobrze znany z początku lat dziewięćdziesiątych. Skonstruowany w prosty, bo poza kosmicznymi i wywołującymi ciarki na plecach solówkami, nie zawiera w sobie współczesnych udziwnień i wirtuozerskich wygibasów. Czysty kult śmierci i horroru z atmosferą voodoo niesie ze sobą coś mokrego i śmierdzącego. Porywa żwawością, przygniata przysadzistością i straszy jak najlepszy thriller. Ma w sobie tą dobrze znaną duszę, którą po brzegi wypełniają brutalność, dudniący puls i aura rozkładu. Zarejestrowany czysto, ale brzmi chropowato i naturalnie. W sam raz dla purystów z odpowiednim peselem, aczkolwiek młodzież wielbiąca kostuchowe melodie również powinna być ukontentowana.

shub niggurath




sobota, 17 stycznia 2026

Recenzja Hexerei “Demonic Sublevation (Compendium MMXXIV)”

 

Hexerei

“Demonic Sublevation (Compendium MMXXIV)”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

Ależ ja kocham takie wydawnictwa, coś fantastycznego! Hexerei pochodzą z Chile, a „Demonic Sublevation” to faktycznie, jak zaznacza tytuł, kompendium ich dotychczasowej, niekoniecznie długiej, bo trwającej osiem lat, działalności. Czyli demo, EP-kę, materiał ze splitu, i kilka kawałków na żywo. Może to i niewiele jak na niemal dekadę, ale w tym przypadku nie ilość się liczy, a jakość. A ta jest, jak na współcześnie przyjęte standardy, mega chujowa. Nagrania te to ekstremalna opozycja do panujących obecnie trendów, i to pod każdym względem. Brzmienie tych nagrań, bez względu na to, którą sesję weźmiemy pod lupę, to brud, syf, piwniczna pleśń i odór rozkładu. Poezja! Jakie to jest żywe i organiczne, jakie to ma obleśne pierdolnięcie, jakie to jest, kurwa, prawdziwe! Ktokolwiek bawił się w obróbkę tego materiału (a zapewne się nie narobił), doskonale wiedział, jak powinien brzmieć staroszkolny demówkowy death / black metal. Wiedzę na temat tegoż posiedli także Spectre of the Blood Moon i Goat Destruktor, czyli bluźniercy odpowiedzialni za te desekracje. Jest ich tylko dwóch, a rozpierdol sieją taki, jak cały legion szalejących na widok krzyża demonów. I bynajmniej nie znaczy to, że Hexerei cały czas napierdalają na oślep, choć szybkie partie zdecydowanie na tych nagraniach górują. Cały myk polega na tym, że nawet w chwili mocniejszego hamowania, ciężar wylewający się z głośników nadal ma konsystencję, jeśli nie lawy, to przynajmniej bulgoczącej smoły. A ileż w tym wszystkim satanistycznej nienawiści i plucia na wszelkie świętości… Pomyślcie o Sarcofago, Blasphemy, Beherit czy Hellhammer. Te nazwy niezaprzeczalnie miały na Chilijczyków największy wpływ i wypaliły im na otwartym sercu odwrócony krzyż. Kiedy słucham „Demonic Sublevation” to przypominają mi się stare czasy, a kiedy zamknę oczy, to mam wrażenie jakbym leżał na łóżku, po szkole, ze słuchawkami na uszach, i odsłuchiwał z walkmana kolejnej demówki, czy reha, którego właśnie dostarczyła mi moja niezapomniana listonoszka. Czy ja tu muszę coś jeszcze dodawać? Miłośnicy nowoczesnego grania nawet niech się do tego wydawnictwa nie zbliżają. Maniacy pierwotnego, prawdziwego metalu, powinni posiadać je na półce obowiązkowo! Total, kurwa, Satan!

- jesusatan




Recenzja Barbarian „Reek of God”

 

Barbarian

„Reek of God”

Dying Victims Productions 2026

 


Być może, że znacie włoski Barbarian, bo ja nie, a tych trzech panów gra już ładnych parę lat. Właśnie pojawił się ich szósty album, zawierający oprócz intra i outra dziesięć numerów swoistej mieszanki thrash, black i heavy metalu. Osobiście, przy pierwszym odsłuchu miałem mieszane odczucia, ale po kolei. Jeżeli chodzi o pierwiastek poczernionego thrashu, to jest nawet ciekawie, choć riffom brakuje nieco siły rażenia, lecz są momenty, że poszczególne zwolnienia niosą ze sobą sporo klimatu. Podobnie jest w przypadku niektórych galopad, które nawet nieźle bujają. Fajny też jest ten vibe, który mocno zalatuje Celtic Frost i w ogóle latami osiemdziesiątymi, ponieważ sporo w tutejszych akordach słychać zapożyczeń i można mieć wrażenie, że chwilami dostajemy zlepek utworów złożonych z patentów jakimi raczył nas szereg kapel z tamtego okresu. Zatem wszystko jakby bangla, ale tylko do momentu, kiedy Barbarian postanawia użyć nieco melodyjniejszych i heavy metalowych form, które przypominają Running Wild. Tutaj właśnie Włosi łapią zadyszkę, gdyż te wycieczki brzmią dziwnie w zestawieniu z resztą tego materiału, chociaż kilka klasycznych solówek wyraźnie pachnie Motörhead, a to bardzo mi się podoba. Pomimo kilku zgrzytów odbiór „Reek of God” uważam za pozytywny, choć na kolana nie powala, lecz jest w tej muzyce, coś co do niej mnie przyciąga. Chodzi mi o pewien specyficzny klimat jaki zsyła ta płyta, bo sporo w niej brudu i naturalizmu. Może odrobinę jest typowa i poprzez powielanie schematów nijaka. Może jest skomponowana według określonych schematów, co ma wywołać jakiś tam skutek i być niejako ukłonem w kierunku czystego, metalowego grania podobnie jak na ostatnich wydawnictwach Darkthrone. Jednakże brzmienie „Reek of God”, jego prostota i encyklopedyczność robią mi naprawdę dobrze i nie działają usypiająco jak wspomniani Norwedzy. Sprawdźcie, krzywdy nie będzie.

shub niggurath




piątek, 16 stycznia 2026

Recenzja Oraculum „Hybris Divina”

 

Oraculum

„Hybris Divina”

Invictus Prod. 2026

Oraculum pochodzą z Chile. Możliwe, iż część z was ich pamięta, bowiem zespół wydał już pod banderą Invictus Productions dwie EP-ki, a było to circa dziesięć lat temu. Na nagraniu debiutanckiego pełniaka trochę zatem chłopakom zeszło, ale wiadomo, że na dobre rzeczy warto czekać. A „Hybris Divina” na pewno się do takiej kategorii zalicza. To czterdzieści minut, z haczykiem, staroszkolnego death metalu. Tym razem bardziej europejskiego, niż typowego dla Ameryki Południowej. Nie rozpływając się zbytnio, można od razu rzucić kilkoma nazwami, choćby Morgoth, Asphyx, Sadistic Intent czy Repugnant. To oczywiście orientacyjne drogowskazy, bowiem gdyby zabawić się w analityka, tych strzałeczek byłoby zdecydowanie więcej. Grunt, że jest to granie zdecydowanie w klimacie lat dziewięćdziesiątych, bez zbędnych udziwnień, czy szukania w death metalu tego, czego zawierać nie powinien. „Hybris Divina” to album oparty na ciężkim riffowaniu. Ciężkim, w tym konkretnym przypadku wcale nie oznacza szybkim, choć Chilijczykom kilka znacznych przyspieszeń też się po drodze trafia. Większość materiału to walce o średnim tempie, często wyhamowujące na zakrętach. Oraculum przypomina machinę bojową, która naciera przed siebie, niszcząc przeszkody bardziej za sprawą masy, niż technicznego kombinowania. Nie brak tutaj masywnych harmonii, będących kwintesencją stylu, ale i melodii. Ta, wpleciona została w całość bardzo nienachalnie, z odpowiednim wyważeniem, tak, by muzyka Oraculum nie straciła na tym ani grama ze swojego ciężaru. Podobnie zresztą jak partie solowe, pojawiające się dokładnie tam, gdzie pojawić się powinny. Całość brzmi wyśmienicie, dzięki czemu odór grobu i palonego prochu unosi się nad tymi nagraniami niczym mgła nad bagnem o poranku. Panowie z Chile doskonale znają klasykę, i doskonale potrafią ją kultywować. Jeśli szukacie w muzyce czegoś nowego, to możecie sobie te piosenki z czystym sumieniem odpuścić. Jeśli w waszych sercach nadal płonie ogień rozpalony trzydzieści pięć lat temu, sięgajcie po nie bez wahania. „Hybris Divina” to kolejna wartościowa czaszka dorzucona do ogromnego kopca o nazwie Staroszkolny Death Metal. Polecam.

- jesusatan




Recenzja Orgiastic Pleasures „Orgiastic Pleasures”

 

Orgiastic Pleasures

„Orgiastic Pleasures”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

Orgiastic Pleasures jest włoskim zespołem, który istnieje od 2006 roku. Poza kilkoma mniejszymi wydawnictwami ma na koncie dwa albumy. Omawiany został pierwotnie nagrany dwa lata temu i był wtedy wydany tylko w wersji cyfrowej oraz na taśmie przez niemiecki label Dynamite Productions. Obecnie można go nabyć jako CD dzięki meksykańskiej wytwórni Iron, Blood and Death Corporation, co jak mi się wydaje, będzie rzeczą obowiązkową dla maniaków war metalu. Pomijając, sześciominutowy, zamykający ten krążek cover Beherit „Sadomatic Rites”, to dziesięć krótkich, ale treściwych strzałów na korpus, przed którymi nie da się w żaden sposób obronić. Ten typ bluźnierczej napierdalanki Włosi uskuteczniają w bezpośredni i surowy sposób. To frontalny atak przypuszczony za pomocą uwierająco brzmiących gitar, naturalnej perkusji i buczącego basu w towarzystwie różnej maści obrazoburczych wokaliz, które rzecz jasna potraktowano diabelskim pogłosem. Dla wzmocnienia piekielnego klimatu, miejscami użyto także syntezatorów, co dodało również całości rytualnego sznytu. Orgiastic Pleasures komponują w oparciu o tradycyjne w tym temacie wzorce, co owocuje wypadkową Blasphemy, wspomnianego Beherit i powiedzmy Archgoat. Zresztą, niemalże każdą kapelą war metalową można by się posłużyć, opisując Włochów, ponieważ ich utwory to zbiór dzikich blastów, gwałtownych zwolnień, szaleńczych tremolo i schizoidalnych solówek. Wszystko zebrane do kupy, katuje niemiłosiernie i z wielką gwałtownością. Panowie leją smołę, szargając świętość wszelaką i nie pierdoląc się w tańcu, plują trójcy świętej w pysk krwistą flegmą. Materiał ten, to kwintesencja bitewnego okultyzmu, choć może nie do końca tak brutalnego jak u protoplastów gatunku, bo tercet ten oprócz satanistycznej zawieruchy, potrafi również z gracją zesłać sporo mistycznej atmosfery i zahipnotyzować na chwilę niczym Sarcofago, jak w chociażby dziesiątym „Lurking Deep Below”. Płyta dla wielbicieli bestialskiego war metalu, który zawsze pozostawia ślad na duszy, zamieniający się z czasem w niezmazywalne piętno.

shub niggurath




czwartek, 15 stycznia 2026

Recenzja Galibot „Euch'mau Noir”

 

Galibot

„Euch'mau Noir”

   Les Acteurs de l'Ombre Productions 2026

Jeśli dobrze pamiętam, to był już kiedyś, zresztą nie tak dawno, zespół blackmetalowy traktujący w swoich tekstach o kopalniach. Pisał o nim shub niggurath, ale nazwy sobie w tej chwili za cholerę nie mogę przypomnieć. W sumie tematyka logiczna, bo węgiel czarny, to do czarnego metalu pasuje jak ulał, nie? No dobra, troszkę sobie żartuję, ale przecież nawet rodzima Furia, którą uwielbiam, czy nawet Morowe, historie kopalniane poruszały. Mianem Galibot określano dzieci, które onegdaj pracowały w kopalniach na północy Francji, a tragiczne historie z tym związane zainspirowały muzyków pochodzących z Hauts-de-France do nazwania swojego zespołu właśnie ich imieniem. No, ale dość tego wstępu, przejdźmy do sedna. Jak już wspomniałem, Galibit to black metal. Ich debiutancki pełniak został pierwotnie pokazany światu w wersji cyfrowej nieco ponad rok temu, a w lutym materiał ten wyda na nośniku fizycznym, z lekko zmienioną kolorystyką okładki, Les Acteurs de l'Ombre Productions. Jest to nieco ponad pół godziny melodyjnego black metalu. I tym razem, niech to pojęcia was nie zmyli, bowiem są to zdecydowanie bardziej klimaty pod naszą rodzimą Mgłę, niż, dajmy na to, Lord Belial. Przede wszystkim czuć w tych kompozycjach wściekłość i bijący z niej mróz, nawet jeśli Francja to nie Grenlandia. Rzeczone melodie pełne są jadu, i potrafią dość szybko zainfekować układ krwionośny, wprowadzając w stan lekkiego otumanienia. Galibot przez zdecydowaną większość płyty utrzymują słuszne tempo, zwalniając jedynie na chwilę, by podkreślić następujący zaraz potem kolejny zryw. Materiał ten jest taką mozaiką, łączącą w sobie elementy drugiej fali, tej skandynawskiej, z harmoniami charakterystycznymi dla sceny znad Loary. Wyśmienicie się to sprawdza, zwłaszcza, ze pomysłów na dobre akordy tym czterem gentlemanom, oraz zdzierającej gardło w języku narodowym pani, nie brakuje. Nie będę rozkładał tego wydawnictwa na części pierwsze. Powiem tylko tyle, że stanowi ono bardzo równą, niebywale spójną całość, i z każdym odsłucham wbija się w głowę coraz głębiej, a wspomniane już wcześniej melodie są naprawdę najwyższych lotów. Sprawdzajcie koniecznie, zwłaszcza jeśli kochacie Mgłę, Fortresse czy Misþyrming. Bardzo dobry album.

- jesusatan




środa, 14 stycznia 2026

Recenzja Satan’s Hammer „El Despertar de Satan”

 

Satan’s Hammer

„El Despertar de Satan”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

To świeża kapela z Kolumbii, choć jej członkowie udzielają się w kilku innych zespołach tamtej sceny, które tworzą nie od dziś. Jako Satan’s Hammer panowie grają, jak mniemam jakieś pięć lat, bo w 2020 roku wydali epkę. Zeszłej jesieni wyszedł ich debiutancki album „El Despertar de Satan”, zawierający dziewięć numerów satanicznego thrash metalu, który można porównać do poczynań wczesnej Sepultury lub Vulcano. Jednakże ten materiał jest dużo czyściejszy od ówczesnych nagrań tych brygad, ale czasy też są już inne. Kolumbijczycy szyją w zmiennych tempach, oferując szybkie biczowanie, trochę rytmicznego kostkowania w średniej agogice i dzikich solówek. Wszystko zapodane na twardych i zgrzytliwych gitarach, których metaliczny przester mógłby być wzorem dla sporej ilości współczesnych twórców thrash i black metalu. Wiosłom towarzyszy, dbający o właściwe doły bas wraz z surową perkusją. Całość brzmi dość surowo pomimo krystalicznej produkcji, która w tym przypadku nie jest niczym rażącym, ponieważ dzięki temu przykładnie kaleczy uszy i powoduje mały ból głowy. Nic w tym złego, gdyż nie ma być tutaj przyjemnie dla przypadkowego odbiorcy, bowiem muzyka Satan’s Hammer skierowana jest przede wszystkim dla lubujących się w klasycznej, diabelskiej rozpierdusze, którą podkreślają wrzaskliwe wokalizy i szaleńcze zaangażowanie grajków w jej uskutecznianiu. To prosta i szorstka muzyka, o satanistycznym przesłaniu, która korzystając z fundamentalnych wzorców, zalewa słuchacza spazmatycznie uderzającymi dźwiękami. Snuje się z niej czysty kult diabła i przemożna chęć torturowania, lecz nie tylko, bo trochę klimatycznych i rytualnych momentów również potrafi dostarczyć. Dziko, bez udziwnień i z charyzmą, którą uwypuklają hiszpańskojęzyczne teksty i tradycyjny w stu procentach sposób na metalowe rzępolenie. Typowe ujęcie dla Ameryki Południowej, nic więcej w tej kwestii chyba dodawać nie trzeba.

shub niggurath




wtorek, 13 stycznia 2026

Recenzja Martröð „Draumsýnir Eldsins”

 

Martröð

„Draumsýnir Eldsins”

Debemur Morti 2025

Lubicie islandzki black metal? No nie wiem, na przykład Skáphe albo Wormlust? Ja uwielbiam, wymienione zespoły szczególnie, i rozpadu tego pierwszego bardzo żałuję do dziś. A w zasadzie do dziś żałowałem, bowiem oto po dziewięciu latach od wydania debiutanckiej EP-ki, powraca z pełnym debiutem Martröð, twór będący wynikiem kolaboracji A.P. i H.V.Lyngdal’a, muzyków maczających wcześniej palce we… wspomnianych na samym początku projektach. I powiem wam od razu, to doskonale słychać, bowiem w moich uszach Martröð jest niczym dziecko Skáphe i Wormlust właśnie. Wyjątkowo udane dziecko, należy nadmienić. Mimo iż krążek ten zawiera jedynie cztery kompozycje, trwające łącznie trzydzieści siedem minut, to eksploduje takim bogactwem pomysłów, że ich ogarnięcie nie jest zadaniem łatwym. I słowo „eksploduje” jest w tym przypadku słowem – kluczem, bowiem to, w jaki sposób panowie balansują między malowaniem pięknych, skutych lodem krajobrazów, a niespodziewanymi wybuchami śnieżnych zamieci jest mistrzostwem świata. Ten balans jest dodatkowo tak wyważony, tak niesamowicie dopracowany, by co chwilę czymś zaskakiwać. Bo bynajmniej, nie ma tutaj schematów, i naprawdę ciężko przewidzieć, czy szalejąca zamieć za chwilę ustanie, byśmy złapali chwilę oddechu i ogrzali się przy ognisku, czy może rozszaleje się jeszcze bardziej. Panowie serwują nam taką dawkę wirujących, wbijających się w głowę melodii, hipnotyzujących do utraty tchu, że można dostać autentycznych zawrotów głowy. Natomiast lekkość, z jaką przeplatają się kolejne harmonie powoduje, że można poczuć się jak w innym wymiarze, w jakimś odrealnionym świecie baśni. Chaos tańczy z ładem a poezja miesza się z szaleństwem. Także pod względem wokalnym, gdzie mamy prawdziwą paletę ekspresji, kolorową niczym ogon pawia. Przeraźliwie intensywne wrzaski potrafią wprowadzić do głowy ponadnaturalny niepokój, który po chwili kojony jest pięknym i spokojnym śpiewem w tle, co wywołuje pewnego rodzaju uczucie schizofrenii, tudzież narkotycznych majaków. Brzmienie tych nagrań jest, podobnie jak same dźwięki, niesamowicie skomasowane i intensywne, jednocześnie czyste niczym tafla lodu, byśmy mogli odnajdować kolejne skryte pod nią smaczki. Bo wyłapanie ich wszystkich to zadanie wyłącznie dla tych, którzy do „Draumsýnir Eldsins” przysiądą na dłużej, i poświęcą tej płycie należytą ilość uwagi. Dla mnie jest to najlepszy album z gatunku islandzki black metal ubiegłego roku. Fantastyczny materiał, sprawdzajcie koniecznie!

- jesusatan




Recenzja Rogga Johansson „Dreaming of Otherwhere”

 

Rogga Johansson

„Dreaming of Otherwhere”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

To już piąty album, którego sygnuje własnym nazwiskiem ten szwedzki twórca, który niezwykle umiłował death metal i gra go do dziś we właściwym sobie stylu. Gra go w sposób przesiąknięty szkołą kraju, z którego pochodzi i bierze udział w wielu projektach, parających się tym gatunkiem. Nie mogę nie porównać tej płyty do ostatniego wydawnictwa Those Who Bring the Torture, bo również w tej kapeli macza on swoje palce i dosłownie przed chwilą miałem z nią do czynienia. W sumie nie mam zamiaru jakoś specjalnie ze sobą zestawiać „Miscreant World” z „Dreaming of Otherwhere” więc tylko nadmienię, że w przypadku tego drugiego tytułu jest dużo lepiej. Na najnowszym produkcie o nazwie Rogga Johansson spotykamy metal śmierci o dużo większej mięsistości i intensywności niż u Those Who Bring the Torture. Brzmienie jest tutaj mocne w czym niewątpliwie pomaga odpowiednie strojenie i użycie HM-2, co skutkuje krwistymi riffami, które gniotą i bujają trochę na wzór brytyjski. W ogóle słychać na „Dreaming of Otherwhere” pewien dualizm, bo spotykają się tu wpływy z Wysp i te typowo szwedzkie. Owocuje to energiczną i niezwykle rytmiczną muzą, w której brutalne oraz wojownicze akordy przełamywane są przez skandynawskie melodie. Może i całość leci w mocno typowym stylu, ale łatwo wpada w ucho i zbyt szybko nie chce z niego wylecieć. Zdecydowane, gniotące akordy, przeplatają się z klimatycznymi chwytliwościami i klasycznymi dla tego gatunku solówkami. Gitary posypane gruzem, dźwięczny bas i perkusja o doskonałej barwie wraz z głębokimi growlami, uderzają celnie swymi ciężkimi zwolnieniami, szybszymi partiami i nostalgicznymi harmoniami, które niekiedy wpadają w hard-rockowe bądź gotyckie melodie. Klasyczne ujęcie szwedzkiego death metalu, doprawione brytyjskimi manierami i dające sporo radości z odsłuchu. Soczyście, chwytliwie i atmosferycznie, czegóż chcieć więcej. Dobrze znane rzępolenie w delikatnie unowocześnionej formie. Zachęcam do zapoznania się.

shub niggurath




Recenzja Shine „Wrathcult”

 

Shine

„Wrathcult”

Dark Descent Rec. 2026

Pod koniec stycznia światło dzienne ujrzy debiutancki album Shine. „Debiutancki” w tym przypadku bynajmniej nie znaczy, że odpowiedzialni za niego ludzie to nowicjusze. Wręcz przeciwnie. Jeśli pamiętacie nasz rodzimy Hazael, którego debiut był zresztą przez Dark Descent wznawiany, to wyjaśniam, iż Shine jest nowym tworem powołanym do życia przez Tomka Dobrzenieckiego. Jednocześnie nie jest to w najprostszej linii kontynuacja pomysłów z „Thor”, a rzecz nieco bardziej dojrzała, czy rozwinięta. Owszem, trzon muzyki stanowi tutaj death metal. Polski death metal trzeba zaznaczyć. Jakby nie patrzeć, zespoły pokroju Vader czy Devilyn, że wymienię tylko dwa, które mi się tutaj najmocniej kojarzą, mimo iż czerpały głównie z inspiracji zamorskich, potrafiły wykreować coś własnego i rozpoznawalnego, charakterystycznego dla kraju nad Wisłą. Podobne wibracje mamy w Shine. Te nagrania, tak na dobrą sprawę, brzmią trochę jakby zostały zarejestrowane, a przynajmniej skomponowane, bo pod względem brzmienia jako takiego czuć jednak postęp technologiczny, gdzieś na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Kompozytorsko to jednak nadal głównie stara szkoła. Sporo na tej płycie blastów i szybkiego kostkowania, ale nie brak momentów wolniejszych, wręcz klimatycznych, jak choćby polskojęzyczny „Oddajcie Co Moje” (acz według mnie, to chyba najsłabszy numer na tym wydawnictwie). Dla przeciwwagi mógłbym jednak wymienić kilka innych tytułów, bo tak naprawdę nie ma tutaj schematyczności, a każda kompozycja zawiera w sobie coś ciekawego. Podoba mi się, w jak niewymuszony sposób tasują się na tej płycie harmonie, jak naturalnie przeplatają pomysły, jak śmiało Tomek różnicuje wokale (choć i tutaj nie wszystko do końca mi gra, jak choćby Samaelowe „Hu – Ha” w „The Horror of the Night”). W ogólnym rozrachunku „Wrathcult” jest jednak płytą dobrą, i na pewno nie wali geriatrią, jak w przypadku dokonań wielu rówieśników jej twórcy. I na pewno nie można patrzeć na nią przez pryzmat kultowego „Thor”, o czym zresztą wspomniałem. Czy przy dzisiejszym natłoku nowości wydawniczych warto poświęcić tej płycie trzy kwadranse? Myślę, że tak. Czy zadomowi się ona w waszych głowach na dłużej? Tego już nie gwarantuję. Musicie sprawdzić sami.

- jesusatan




Recenzja Wstręt „EnlightenedMisantrophy”

 

Wstręt

„Enlightened Misantrophy”

Godz ov War Productions 2025

Recenzję nowej epki tej warszawskiej kapeli można z powodzeniem rozpocząć parafrazą słów Jana Brzechwy, bo Wstręt jest wstrętny, Wstręt jest zły. Panowie wysmażyli tym razem cztery kawałki plus intro i srogo zamietli, ponieważ ich jednostajny i gęsty death-black metal bardzo głęboko wżera się w jaźń. Robi to w prosty sposób, nie siląc się na awangardowe współczesności, stawiając na pierwotne instynkty w graniu zgniłej i mrocznej muzy. To „atawistyczne” nastawienie skutkuje surową i hipnotyzującą diabelszczyzną, która opiera się na grubo ciosanych riffach i intensywnych tremolo. Te obydwie formy kostkowania zostały ubrane w odpowiednio ciężkie brzmienie, które wraz z żylastym basem i przysadzistą perkusją generuje zwarte struktury. Struktury mocno oddziałowujące na świadomość, która z każdą sekundą trwania tego materiału pogrąża się w coraz to głębszych ciemnościach. Subtelnie zapodane melodie, które serwują, wyłaniające się z głównych tekstur wysokotonowe zagrywki, wyraźnie nie świadczą o przyjaznym nastawieniu tych dwóch Warszawiaków, bowiem ich charakterystyka nie pozostawia złudzeń co do intencji twórców. To posępne i upiorne harmonie wywołujące ciarki na plecach, co potęgują, stanowiące trzon utworów, mięsiste akordy, które dodatkowo swym miażdżącym i równym tempem wprowadzają nieco rytualnej, wpędzającej w trans atmosfery, skutecznie podsyconej przez złowrogie growle wokalisty. „Enlightened Misantrophy” to wydawnictwo, które może nie proponuje ekwilibrystycznych wygibasów ani złożonych i wypełnionych zwrotami akcji aranżacji. Za to w niewyszukanym stylu i z niezwykłą precyzją trafiają w czuły punkt każdego maniaka diabolicznego, przepełnionego trującymi wyziewami death metalu, z którego oprócz zapachu śmierci sączy się piekielna smoła. Wstręt w średnim tempie, lecz brutalnie, operując oszczędnie niuansami, niesie mrok i bluźnierstwo. Polecam.

shub niggurath




niedziela, 11 stycznia 2026

Recenzja Gravered „Classic Cult to Death”

 

Gravered

„Classic Cult to Death”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

Trochę się uśmiecham pod nosem, bo ten, istniejący już ponad dekadę, chilijski twór tak zainspirował się pewnymi szwedzkimi klasykami, że w nawet we własnej nazwie zespołu zawarł ichnią. No i w zasadzie wszystko wiadomo, więc po co pisać więcej haha! A choćby po to, że tak naprawdę Gravered nie jest klonem Grave, aczkolwiek faktycznie ilość bezpośrednich inspiracji, czy niemal zapożyczeń, jest tutaj słyszalna gołym uchem. Dużą część tego krążka stanowią wolne tempa, z typowymi zrywami do d-beatu, i rytmiczne uderzenia riffami w łeb niczym dziesięciokilowym młotem. Uderzenia silne i precyzyjne, odpowiednio dociążone i okraszone masywnym, tłustym brzmieniem. Wokalnie może fajerwerków tutaj nie ma, zwłaszcza pod względem form ekspresji, bo Rodrigo charczy raczej jednowymiarowo, za to bardzo głęboko, nadając całości jeszcze więcej ciężaru. Nie jestem w stanie policzyć, ależ to razy podczas słuchania „Classic Cult to Death” przyszedł mi do głowy kawałek „…and Here I Die”, ale wcale nie mówię tego jako zarzut, bo pobierać lekcje id mistrzów też trzeba potrafić. A Gravered zdecydowanie dają radę kontynuować ścieżkę raz wyznaczoną przez wspomnianych już Szwedów. No dobrze, szwedzizna szwedzizną, ale na tym albumie znajdziemy także kilka dodatków wykraczających poza sztywne ramy rzeczonego stylu. Choćby harmonie wkraczające miejscami na poletko death / doomowe, jeszcze wolniejsze niż „myśl główna”, i kapkę bardziej melodyjne. Jest też kilka wstawek instrumentalnych czy religijnych, stanowiących pewnego rodzaju interludia pod koniec albumu, co również w pewien sposób odróżnia go od opisanego powyżej pierwowzoru. Dodatkowo wspomnieć należy nietypowy format wydania tego albumu. Digipack A5, ze złotym logo, książeczką i pocztówką, prezentuje się niezwykle okazale. Ja akurat za udziwnieniami nie przepadam, ale dla kolekcjonerów, tego typu wydanie może stanowić cenny element zbiorów. Myślę, że warto się za debiutem Gravered rozejrzeć, bo to naprawdę dobra rzecz.

- jesusatan




Recenzja Those Who Bring the Torture „Miscreant World”

 

Those Who Bring the Torture

„Miscreant World”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

Those Who Bring the Torture to jak zapewne wiecie, jedna z odsłon talentu szwedzkiego muzyka Rogga Johanssona, która na początku grudnia ukazała swoje nowe oblicze w postaci „Miscreant World”. Ten dziesiąty już album w dyskografii tego projektu niesie ze sobą dziewięć kawałków typowej „szwedzizny” z połowy lat dziewięćdziesiątych, czyli nic odkrywczego. To co usłyszeć można na tym krążku, słyszeliście już tysiąc razy. Dobrze znane, zapiaszczone brzmienie, epickie i delikatnie mroczne melodie, zmiany tempa i kostkowania, nastrojowe zwolnienia i sporo d-beatów. Całość charakteryzuje się olbrzymią stereotypowością, o której ciężko w ogóle coś napisać, ponieważ to tylko i po prostu solidne granie. Rzępolenie o dobrze znanej barwie i takiejże atmosferyczności, które specjalnie nie zapada w pamięci, bo niczym nie zaskakuje. Jednakże nie da się zaprzeczyć temu, że bardzo dobrze się go słucha, bo death metal w wykonaniu Those Who Bring the Torture jest łatwy w odbiorze, a idealnie wyważona jego brutalność w połączeniu z tajemniczymi chwytliwościami zsyła optymalną dawkę atmosferyczności, która obok zwięzłości utworów umieszczonych na „Miscreant World”, gdyż tylko jeden z nich przekracza cztery minuty, jest chyba największym atutem. Jeśli lubicie standardowy, szwedzki death metal, który jest skomponowany według prawideł z końca dwudziestego wieku, posiada gorzki, mieszający się z lovecraftowskim klimacik, to bierzcie. Jeżeli mierzi was generyczność i wolicie mniej zachowawcze granie, to omijajcie szerokim łukiem.

shub niggurath