wtorek, 14 kwietnia 2026

Recenzja Zadushka „Wielkhi Tydzień”

 

Zadushka

„Wielkhi Tydzień”

Nuclear Forest 2023

A teraz kapka retrospekcji. Materiał ten ukazał się co prawda zdrowo ponad dwa lata temu, jednak, jako iż zespół będzie niedługo gościł w moim mieście z pokazami artystycznymi, postanowiłem sprawdzić, kto zacz. Na tak zadane, przynajmniej dosłownie, pytanie, odpowiedź nie jest trudna, bo pierwsze skrzypce w Zadushce gra Pan J, znany choćby ze Sznura. Natomiast muzycznie… Sam zespół określa swoją twórczość jako „Necrodoom Metal”. Hmm… Skoro tak, to niech im będzie. Czym zatem ów Necrodoom jest? Mocno połamaną i pokombinowaną wariacją, happeningiem, performensem... Nie brak na „Wielkhim Tygodniu” elementów psychodelicznego rocka, rocka progresywnego, metalu w bardzo, ale to bardzo szerokim spektrum, a nawet elementów ludowych w krzywym (albo nawet potłuczonym) zwierciadle. I chyba łatwiej byłoby mi rzucić tutaj nazwami pokroju Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi, Furia czy Kobong, niż rozbierać wszystko na czynniki pierwsze. Choćby z tego powodu, że wachlarz zastosowanych rozwiązań jest w przypadku Zadushki naprawdę nieszablonowy i bogaty. Na tyle, że nawet przytoczone przed chwilą nazwy nie są do końca wyznacznikiem tworzonej przez trio muzyki. Zdaje się ona być komponowaną na totalnego spontana, bez oglądania się na jakiekolwiek ramy, i to nie tylko muzyczne. Pod względem samego konceptu (zaczynając nawet od pisowni nazwy projektu i tytułu utworów), jak i tekstów, mamy tutaj twórczość totalnie bez kija w dupie, o tragikomicznym zabarwieniem. No bo jak tu poważnie odbierać tekst typu „Kostucha Ściga Cię, Członków tęskliwa jest, Niczym Baba Stara, Wyżre Cię z gara”. Na tym krążku bezwzględnie króluje teatralność, a „Wielkhi Tydzień” mógłby być ścieżką dźwiękową do jakiegoś upiornego przedstawienia, bo bez wizualizacji całość zdaje mi się poniekąd niepełną. To nie jest łatwy w odbiorze materiał. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie, on na początku najzwyczajniej zniechęca, odpycha, nawet irytuje. Jako jednak, że lubię wyzwania, a ponadto coś wciąż szeptało mi do ucha, by do Zadushki wrócić, dałem tym pięciu piosenkom drugą, trzecią, i piątą szansę. I nadal do końca nie potrafią się określić, bo chwilami ogarnia mnie zachwyt, a za chwilę zastanawiam się, czy to aby nie jest jeden wielki, zrobiony dla jaj kicz, ściema jakaś. Jedno natomiast jest pewne. Ten album jest na pewno czymś nietuzinkowym, czego nie znajdziecie na każdej sklepowej półce. On ma swoje własne, kompletnie odmienne od utartych standardów oblicze i na współczesnej scenie wyróżnia się niczym albinos w stadzie niedźwiedzi brunatnych. I tylko kwestia, czy wy go w swoim otoczeniu zaakceptujecie, czy pogonicie gdzie raki zimują… wróć… gdzie pieprz rośnie! Ja się od ostatecznego werdyktu wstrzymuję, ale jednego jestem pewny. Muszę (!) to zobaczyć na żywo. Bo to zapewne będzie czynnik przeważający w jedną, albo drugą stronę.

- jesusatan




Recenzja Grief Collector „The Death of All Dreams”

 

Grief Collector

„The Death of All Dreams”

Nine Records 2026

Grief Collector to amerykańska grupa, która gra doom metal w klasycznej jego formie, co też zawiera ich najnowszy, trzeci krążek. Na pierwszym albumie śpiewał Robert Lowe i jestem ciekaw jak to wyszło, ale od drugiego albumu mikrofon trzyma niejaki Julian Küster, którego głos odznacza się niebywałym ładunkiem emocjonalnym, lecz brzmi mocno hard rockowo i telewizyjnie. W przypadku twórczości Amerykanów to nie przeszkadza, a nawet bardzo dobrze się wpisuje w muzykę, gdyż ma ona charakter bardziej balladowy i nie ma raczej nic wspólnego z energetycznymi i ciężkimi galopadami w stylu Solitude Aeturnus czy Candlemass. Grief Collector stawia na spokojne i rozmarzone nuty, które leniwie płyną przed siebie, zsyłając senną atmosferę. Na „The Death of All Dreams” usłyszycie mnóstwo nastrojowych melodii, takich też solówek, dźwięków na gitarze akustycznej czy smyczków. Wszystkie te elementy stanowią trzon muzyki tego zespołu, a jeśli panowie zdecydują się już trochę mocniej przygrzać, to stanowi to, niejako dodatek do lirycznych treści tego materiału. Nie można powiedzieć, że się źle tego słucha, bo i chwytliwości tu nie brakuje, a i progresywne rozwiązania oraz przebojowe zrywy, przyciągnąć do siebie uwagę potrafią. Doom metal w tradycyjnym wydaniu, który koncentruje się na budowaniu melancholijnej atmosfery, którą od czasu do czasu tercet ten, rozładowuje agresywniejszym uderzeniem. Robi się wtedy energiczniej i mroczniej jak chociażby w kawałkach „Cosmic Loneliness” czy „Funeral World”. Wszystko dobrze zaaranżowane, wyprodukowane i okraszone koronkowymi zagrywkami robi naprawdę dobrze, o ile oczywiście ktoś gustuje w takich nutach. Mnie się nawet podoba, choć za często po taką muzę nie sięgam, a fanom klasycznego doom metalu z pewnością również nie zalegnie na żołądku.

shub niggurath




poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Recenzja Impure Declaration “Of Veins, Tendons and Bones”

 

Impure Declaration

“Of Veins, Tendons and Bones”

Old Temple 2026

“No, kurwa, nareszcie!”, aż chciałoby się zawołać. Pomału już zacząłem tracić nadzieję, że debiutancki krążek Impure Declaration w ogóle się ukaże. Zespół obecny jest bowiem na scenie już niemal dekadę, i o ile na początku w miarę regularnie przypominał o swoim istnieniu, tak przez ostatnie pięć lat panowała w ich obozie całkowita cisza. Nic dziwnego zatem, że kiedy „Of Veins, Tendons and Bones” w końcu znalazła się w mojej skrzynce odbiorczej, rzuciłem się na nią niczym wilk na zagubioną owieczkę. Że będzie to bardzo dobry materiał byłem spokojny. Bo czy ludzie, którzy w międzyczasie zachwycili mnie wydawnictwami swoich innych projektów, że wymienię tylko Hag, Mental Funeral, Forbannet czy Nihilvm, byliby w stanie zejść poniżej określonego poziomu? Wolne żarty! Nie tylko nie zeszli, a wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej docisnęli śrubę, bo pełniak Impure Declaration to prawdziwy potwór. Stylistycznie nic się tutaj, w porównaniu choćby do wczesnych EP-ek, nie  zmieniło. Poznaniacy nadal tworzą niezwykle gęstą mieszankę death, doom i black metalu, zabójczo duszną i gruzową. Słychać jednak, że przez tą dekadę, jako muzycy, zdecydowanie dojrzeli i udoskonalili swój warsztat, przez co ich kompozycje są jeszcze bardziej masywne i dopracowane. Bez wchodzenia w niepotrzebne szczegóły, i rozkładania tego albumu na czynniki pierwsze, tym bardziej, że stanowi on twardą i zbitą niczym korund bryłę, powiem tak… Na początku „Terminatora” jest taka scena, kiedy maszyna w przyszłości rozjeżdża leżące na ziemi czaszki. I chyba nie muszę kontynuować. Dokładnie to samo robi ze słuchaczem „Of Veins, Tendons and Bones”. To nieco ponad trzy kwadranse gęstego jak lawa dźwięku, który zalewa ze wszystkich stron, pali i niszczy, unicestwia wszystko, czego dosięgnie. W przeważającej większości Impure Declaration obracają się w tempie niespiesznym, dbając o to, by tonaż kolejnych akordów sięgał czubka skali, powietrze wokół gęstniało do konsystencji smoły, a nasze kości zostały zmiażdżone na miazgę. Jedynie chwilami panowie, i pani, nagle przyspieszają, jakby drapieżca znudził się pastwieniem truchłem dawno pozbawionej życia ofiary, i łapczywie rzucił się na inną. Nie znaczy to, że płyta ta jest monotonna, bowiem same harmonie często się zmieniają, przywołując na myśl sposób budowania aranży na zasadzie Nekus czy Swallowed (tak, żeby nie używać klasycznych, znanych i wyświechtanych nazw). Także sposób riffowania to nie jedynie siermiężne uderzenia w struny, ale i kostkowanie bardziej klasycznie deathmetalowe, czy nawet  przyprawiane blackmetalowy tremolo. No i do tego te opętańcze wokale. Głównie w postaci głębokiego growla, z miejscowymi dodatkami wrzasków w wyższych rejestrach, czy nawet przeraźliwego wycia (przy okazji fantastycznie zinterpretowanego coveru „Bewitched” Candlemass na zakończenie). Podsumuję zatem krótko. Jeden z najważniejszych przedstawicieli polskiej sceny gruzowej powrócił z materiałem, który bardzo wysoko stawia poprzeczkę konkurencji, i to nie tylko na scenie krajowej, bo „Of Veins, Tendons and Bones” to bez dwóch zdań poziom światowy. Czuję się pożarty, przetrawiony i wysrany.

- jesusatan




Recenzja Archaic Oath „Determined to Death and Beyond”

 

Archaic Oath

„Determined to Death and Beyond”

AOP Records 2026

To chyba nowy projekt, bo informacji o nim niewiele. Wiadomo mi tylko, że tworzy go dwóch Belgów, Lykormas (ten od „podwodnego bleka”) i Arneriach, którzy są starymi wyjadaczami tamtejszej sceny i udzielali się w wielu, black metalowych kapelach. Materiał ten jest ich debiutanckim krążkiem, zawierającym osiem utworów diabelskiego rzępolenia. Ich czarcia muzyka, to gładki black metal, który płynie w zmiennych tempach, wykorzystując wszelkie dobrodziejstwa drugiej fali. Nic nadzwyczajnego. Thrashujące akordy, sporo tremolo, solówek i nastrojowych przerywników na gitarze akustycznej oraz syntezatorowych podkładów. Wszystko zebrane do kupy, generuje miłą dla ucha gędźbę, która sączy nam do niego epickie i filmowe melodie, podszyte sentymentalnym patosem i delikatnie gotyckim klimatem. Panowie nagrali mocno sztampowy album, który trąci banałem i jest po prostu nudny. Każdy z numerów niczym szczególnym się nie wyróżnia i wszystkie zlewają się w jedną, mdłą masę. Niestety „Determinated to Death and Beyond” jest wyłącznie utartym wzorcem, który nic nie wnosi do gatunku, i co najgorsze, nie ma nic konkretnego do zaoferowania poza dobrą produkcją i rozczulającymi harmoniami, okresowo przechodzącymi w pompatyczne uniesienia. Oczywiście, że skonstruowany jest według prawideł sztuki muzycznej, sprawnie zaaranżowany i zagrany, ale kurwa, panowie! Dostarczcie jakichś emocji. Niech poczuję w nosie zapach siarki i chłód na policzkach, nienawiść, no dobra, chociaż odrobinę niezadowolenia. Marna kreacja, która jest do bólu zachowawcza i dzięki temu powinna spodobać się wszystkim. Kończy ją cover Emperor, który jako jedyna kompozycja, zostawia jakiś ślad w głowie, a reszta to tylko niezapamiętywalna typowość, udająca coś, czego nawet nie potrafię nazwać. Szkoda, bo zmarnowałem 45 minut swojego życia.

shub niggurath




niedziela, 12 kwietnia 2026

Recenzja Capa Preta “Em Nome de Vossa Santidade Maioral de Todos os Infernos”

 

Capa Preta

“Em Nome de Vossa Santidade Maioral de Todos os Infernos”

Black Flame Rebellion 2026

Coś mam chyba zły tydzień. Przed chwilą polemizowałem z innym wydawcą na temat zawartości jednej z wypuszczanych przez niego pozycji, a dziś licytowałem się na argumenty z Krzysztofem z Black Flame Rebellion. Nie wiem, może ja słyszę „inaczej”, ale pewnych sloganów reklamowych po prostu nie ogarniam. Debiut Capa Preta, zespołu, w którego skład wchodzą starzy wyjadacze, ale nie będę tu żadnych nazw przytaczał, bo w odniesieniu do tejże płyty i tak nie są relatywne, reklamowany był jako „Sarcofago worshippers”. Panie! Po czymś takim spodziewałem się prostego jak równik  black / thrash / death metalu, z surowym brzmieniem i totalnym południowoamerykańskim wkurwem. Co dostałem? Kupę… zajebistego, skandynawskiego black metalu! Zresztą już pierwsze sekundy, i to buzujące w tle portugalskich deklamacji tremolo, wspomaganych meczeniem kóz, wyjaśniło sprawę. Bo nie ma na tej płycie o przydługawym tytule niczego, co by mi się kojarzyło z Bello Horizonte, czy nawet okolicami. Jest za to w chuj Szwecji, takiej Nifelheimowej, z wcześniejszego okresu, momentami nawet podchodzącej lekko pod Dissection, oraz sporo kombinowania. Nie pod tytułem „łamiemy riffy i zmieniamy się jak kalejdoskop”, ale raczej przemieszczania się między melodiami trochę na haju. Czerpania głównie ze spuścizny black, a nawet i death metalu, z lekkim odjazdem od sztywnych ram obu gatunków. Trochę może w tym momencie być pomocna nazwa Alchemyst, ale także Lantern czy nawet Negative Plane. Ten ostatni głównie we fragmentach wyraźnie czerpanych z pierwszej fali, tudzież z protoplastów blacmetalu. Oczywiście inspiracje te nie są podstawione słuchaczowi bezpośrednio pod nos, tylko zostały bardzo sprytnie wplecione w całokształt siedmiu kompozycji. Jednak uważne ucho skauta wychwyci to, co autorom w sercu grało. Prawdą niezaprzeczalną jest, że materiałowi temu towarzyszy owa pierwotna wściekłość, jadowitość i zadziorność, którą, gdyby tylko muzycy byli nieco młodsi, można by przypisać młodzieńczemu buntowi. Bo momentów odpoczynku w trakcie tych trzydziestu pięciu minut raczej nie uświadczycie. Mnóstwo tu za to chwytliwych melodii, budowanych głównie przez klasyczne tremolo, a podsycanych ostrym jak brzytwa blacmetalowym krzykiem (we wspomnianym wcześniej języku, co na pewno dodaje całości odrobiny odmienności). Zatem… z początkowego, ale jedynie chwilowego rozczarowania, że zamówione danie nie jest tym, co przedstawiał obrazek w menu restauracji Czarny Płomień, „Em Nome de Vossa Santidade Maioral de Todos os Infernos” okazał się albumem wyjątkowo dobrym. Z każdym kęsem smakującym coraz bardziej, aż by się poprosiło o dokładkę. Zwłaszcza skoro ostatni gryz to tak wariackie wokale, że się człowiek zakrztusić może z zachłanności. Mój brzuszek na takie potrawy mówi zdecydowane tak!

- jesusatan




Recenzja Sewer Altar „Fever Dreams Of Vengeance”

 

Sewer Altar

„Fever Dreams Of Vengeance”

783Label/Hecatombe Records/7 Degrees Records/Iron Corpse Records (2026)

 


Finlandia i grind w jakiejkolwiek postaci wydaje się być symbiozą gwarantująca sukces. Tak też myślałem podchodząc do debiutanckiego krążka Sewer Altar. Wydawca taguje muzykę tria jako deathgrind dla fanów Terrorizer, Bolt Thrower czy Spazz, a singlowy „Landfill Sky Burial” zdawał się potwierdzać, że „Fever Dreams Of Vengeance” będzie tłuściutkim ochłapem. Szybko jednak zostałem sprowadzony na ziemię, bo w tej deathgrindowej maszynie co mi nie trybi do końca. Rzeczywiście w tych szybszych fragmentach słychać echa Terrorizer, jest mięsiście, sposób riffowania jest podobny, wokale miejscami też. Niestety całość wydaje się być bardzo, ale to bardzo współczesna i nowoczesna. Szybkie fragmenty szybko ustępują miejsca wolniejszym i bardziej skocznym, nastawionym na groove motywom, a fascynacje Pig Destroyer zamieniają się w ukłony w stronę późnego Pig Destroyer i kilku kapel z katalogu Relapse sprzed 15-20 lat. Tylko, że wszystko w wersji light. Decydowanie za dużo tu średniego tempa, zdecydowanie za krótko utrzymywane jest szybkie tempo, zdecydowanie za mało tu dzikości. Nie ukrywam, że nie słyszy mi się ten kierunek, bo muzyka Sewer Altar wyzerowana jest z agresji i buntu, który powinien muzykę z członem „grind” cechować. Tymczasem „Fever Dreams Of Vengeance” to nienagannie wyprodukowana, wypruta z emocji i wypruta z „attitude” pozycja, która poza nienagannym warsztatem nie ma nic d zaproponowania. Kawałki są nudne, bezpłciowe, pozbawione muzycznej treści. 11 kawałków, 21 minut muzyki, a ja się wymęczyłem i wynudziłem. A to najgorsza rekomendacja dla płyty reklamowanej jako „grind”. Nie polecam.

                                                                                                               Harlequin




Recenzja Blasart „Depravatus Christianis Sacris”

 

Blasart

„Depravatus Christianis Sacris”

Lavadome Prod. 2026

Blasart to brygada z Chile. Chłopaki powołali swój twór do życia zdrowo ponad dwie dekady temu, ale jakoś pracowici w temacie nie byli. Może dlatego, że poza Blasart udzielali się też w innych projektach, a może po prostu nigdzie się im nie spieszyło. W każdym bądź razie, po czasie, który starcza na wychowanie, i wykopanie w dorosłe życie pełnoletniego dziecka, chłopaki powracają z nowym krążkiem, przynoszącym black metal w liczbie minut odpowiadającym wiekowi zbawiciela świata, tego świata, w chwili kiedy to ostatecznie dokonał żywota przybity do krzyża. Panowie mniej więcej o takich historiach śpiewają, bo pana boga nie lubią, a wręcz czuja do niego srogą odrazę. Ja tam do samego Pana Stwórcy żalu nie noszę (bo w sumie fajny, brodaty kolo), za to jego followersów posyłałbym niekiedy pod piotrową bramę w trybie pilnym. I to najchętniej w rytmach właśnie serwowanych przez Blasart. Kapela niby z Chile, ale za chuj po ichniemu nie brzmiąca. Bardziej bym ich parował z Europą, i to niekoniecznie w każdej chwili ze Skandynawią, nawet jeśli elementów wspólnych i z tym rejonem świata chłopaki maja chyba najwięcej. Generalnie, powrotny album Blasart to takie klasyczne połączenie agresji, lodowatych akordów ze szwedzka melodyką. Czyli zazwyczaj jest szybciej niż wolniej, jest sporo zrywów i zmian akcji, ale u kogoś, kto mocno trzyma się krzesła zawrotów głowy nie przewiduję. Słychać chwilami inspiracje Dissection, w innej chwili Dawn, krok dalej wczesnym Enthroned. Ale i tak wszystko jest tu ładnie przemieszane, niczym cement z piaskiem, tworząc mieszankę o którą łeb sobie można zdrowo rozwalić. Innowacyjności tutaj nie uświadczycie. Całość zamknięta jest w sztywnych ramach gatunku, tak pod względem muzycznym, jak i brzmieniowego przyodzienia. Jest też bardzo równa i trzyma wysoki poziom, bo nie znajduję na tej płycie jakichś fragmentów dołujących. Taki to w sumie bardzo niepozorny krążek, ale powiem wam, jak w niego wejdziecie, i kilka rundek zrobicie, to tak niemożebnie się wbija w głowę, że nie da rady wcisnąć „stop”. Tego rodzaju albumy cenię sobie najbardziej. Klasyka, staroszkolne standardy, zero awangardy, czysty black metal. Kurwa, no oczywiście, że polecam. Nie wypada inaczej.

- jesusatan




Recenzja Absu „The Temples of Offal / Return of the Ancients-Remastered 35th Anniversary Edition”

 

Absu

„The Temples of Offal / Return of the Ancients-Remastered 35th Anniversary Edition”

ATMF 2026

Znana kapela, ale być może, że te dwa materiały umieszczone na tym wydawnictwie już nie, bo to wczesne nagrania Amerykanów w nieco odświeżonej wersji. Jednakże mastering nie pozbawił ich należytego brudu i każdy zainteresowany będzie mógł upajać się surowym brzmieniem tych piętnastu kawałków. Są to utwory z dema „Return of the Ancients” i studyjnej próby „The Temples of Offal” w dwóch, alternatywnych miksach, stąd taka duża ich ilość. To początki muzykowania Absu, które w tamtych latach miało formę dusznego i okultystycznego death metalu, gdzie ciężkie i szybkie riffy tworzą dość gęstą układankę, podbitą przez łomoczącą perkusję i żylasty bas, a wszystkiemu towarzyszą piekielne growle. Muzyka tej grupy, ówcześnie miała złowieszczy charakter, który okresowo zamieniał się w agresywnie atakującego potwora. Sękate akordy, mistyczne zwolnienia i furiackie kanonady, kreowały atmosferę satanicznego rytuału, która objawia się przy średnich i wolnych tempach, zapraszających do zanurzenia się w lepkich i śmierdzących stęchlizną dźwiękach. Gdy Absu przyspiesza, przechodzi w ogniste i odrobinę anarchiczne uderzenia, w których ciężkie gitary wraz z sekcją rytmiczną przybierają postać potwornych, wijących się w konwulsjach blastów. To był surowy i prosty w budowie death metal, ale zaskakujący pomysłami na zmienne kostkowanie, zróżnicowaną rytmikę i rozwiązania aranżacyjne, poprzez które jak i klimat mocno kojarzące się z „Soulside Journey”, ponieważ jak i album Norwegów, wczesne dokonania Absu niosły ze sobą równie pokaźny ładunek makabrycznej i niepokojącej aury. Świetna przypominajka, której niechlujny i mroczny przekaz jest jednoznaczny. Tak właśnie kiedyś brzmiał diaboliczny metal śmierci. Szorstko, nieprzyjaźnie i przede wszystkim sugestywnie. Jeśli nie znacie, to spróbujcie. Na zawsze zapadnie w waszej pamięci.

shub niggurath




sobota, 11 kwietnia 2026

Recenzja Mors.Void.Discipline „Txketh)ëké”

 

Mors.Void.Discipline

„Txketh)ëké”

Sentient Ruin Laboratories 2026 


I jeszcze raz Chile. Choć tym razem w zupełnie innej odsłonie niż, prezentowany tu przed chwilą, Cenotafio. Choć nie mniej śmiercionośnej. Duet tej trójcy przenienajświętszej ukazał się pierwotnie niemal rok temu, jednak w formie fizycznej wznawiany jest właśnie teraz, przez niezawodną Sentient Ruin Laboratories, a wiadomo, że gówien wytwórnia ta nie wydaje, i wyłapuje w podziemiu co ciekawsze, bezdomne bandy bluźnierców. Wspomniałem o śmierci, zatem już się zapewne domyślacie, iż Mors.Void.Discipline właśnie death metalem się parają. Death metalem zdecydowanie surowym, okraszonym nieco szczyptą bleka, a także z lekkimi zapędami w kierunku grind. Te ostatnie przejawiają się na Txketh)ëké w dwóch aspektach. Pierwszym są pojawiające się na tym albumie mortuarne wokale (patrz: choćby „Reliquiae Humanae ad Caerimoniam Ultimam”), oraz dość systematycznie zrywy do blastów, i jeździe na pełnej, na oślep, byle na wprost. Są to natomiast wstawki, a nie myśl przewodnia twórców, bowiem poza owymi szarżami, występują tutaj także totalne zwolnienia, żeby wskazać jedynie miażdżące swoim ciężarem melodie w „Sanguinem in Anum Caprae Putrescentis Eiaculans”. Sporo tu też sposobów kostkowania, od klasycznych riffów deathmetalowych, po takie mogące kojarzyć się nawet z Blasphemy czy Revenge. A i jakieś skromne dodatki, pod postacią saksofonu się znajdą („Cultus Abominationum Nigrarum”). Nudy zatem nie ma, jest natomiast ostry napierdol w oparach napalmu. Drugim elementem „grindującym” jest na „Txketh)ëké” brzmienie, zwłaszcza sekcji rytmicznej, bo beczki ustawione są w tym przypadku dość wysoko, garażowo, momentami przypominając odwrócone wiadro po farbie. To jednak czyli te nagrania jeszcze surowszymi i wyrazistymi w przekazie. Całość trwa jedynie dwadzieścia minut, ale i tak jest solidnym kopem wymierzonym upapranym, chilijskim butem prosto w ryj. I nie ma się co nad tym rozwodzić, bo materiał to wyjątkowo oczywisty w swojej wymowie, bez drugiego dna czy podtekstów między wierszami. Chilijski death metal podano!

- jesusatan




Recenzja Temora „Demo 2025”

 

Temora

„Demo 2025”

Blood Harvest 2026

 


Lubicie Sněť lub Mordloch? Jeśli tak, to Temora jest dla was. To świeża kapela z Czeskich Budziejowic, w skład której wchodzą może młodzi muzycy, ale zupełnie niedzisiejsi. Jest to oczywiście wielkim plusem, bo ich death metal rządzi. To niewątpliwie klasyczne ujęcie gatunku, które dominowało na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy to śmierć metalowe, oślizgłe granie było na porządku dziennym. Prosta konstrukcja, oszczędność akordów, piskliwe i mroczne wywijasy. Ociężałe galopady, siermiężne zwolnienia i upiorne solówki. Całość zapodana za pomocą gitar o ziarnistym brzmieniu, żylastego basu i niezwykle naturalnej perkusji. Do tego dołożono głębokie growle, które od czasu do czasu konwersują z wydobywającymi się z zaropiałego gardła wokalizami i kulajda gotowa. Jednakże nie znajdziecie w niej jajek, grzybów, śmietany i ziemniaków, ale za to mnóstwo cmentarnego błota, trupiego mięsa i bagiennego mułu. Śmierdzi to trującymi miazmatami lub wilgotną piwnicą, ale gniecie okrutnie i buja z mozołem. Gnilny koncentrat wykreowany w oparciu o toporne riffy, przełamywane niekiedy przez delikatnie karkołomne rozwiązania, co urozmaica i odbiera liniowości utworom, które pomimo swej prostoty nie nudzą i potrafią zaskoczyć niejednym, schizoidalnym fikołkiem. Pewnie, że w tych pięciu, debiutanckich utworach, tej czwórki Czechów słychać młodzieńczą nieporadność, lecz poprzez zapał, użycie właściwych środków i inteligentne pomysły, wychodzą z tego obronną ręką. Swoim demosem zsyłają bogate pokłady death metalu, który odbiera powietrze i zasysa światło. Lepki i obrzydliwy materiał, sączący się niczym piekielna smoła ku uciesze maniaków staroszkolnego deta. Bród i smród, a pośród nich kostucha. Tak trzymać. Nowa siła z czeskiej ziemi nadciąga. Czekam na ciąg dalszy bez dwóch zdań.

shub niggurath




 

piątek, 10 kwietnia 2026

Recenzja AntiHuman Industries „Accelerated Death Impulse”

 

AntiHuman Industries

„Accelerated Death Impulse”

W.T.C. Prod. 2026

Jak tak sobie spojrzałem na nazwę tego zespołu, okładkę i tytuły utworów, to miałem wielką nadzieję, że to będzie to to, co akurat mi na myśl przyszło. Bo co przychodzi wam? Industrialny black? To bardzo dobrze wam przychodzi, bo ta płyta dokładnie taką muzykę zawiera. Jakiś czas temu pisałem tu, że w końcu Mysticum doczekali się godnych następców w postaci Dead Flesh Stigma. Także z Finlandii pochodzą AntiHuman Industries (zresztą zespół złożony z weteranów tamtejszej sceny), których spokojnie można w tym momencie dołączyć do pakietu (no, na razie duetu) najpilniejszych uczniów Norwegów. I to uczniów, nie, bezmyślnie kopiujących styl pierwowzoru, lecz bardzo logicznie go rozwijających. Nie da się ukryć, że wiele momentów na tym krążku to szybki, zimny jak lód black metal podszyty mechanicznym beatem perkusyjnym (kiedyś, za czasów Mysticum kojarzącym nam się bezpośrednio z podziemnym, niemieckim techno). O tyle melodyjny, co transowy, antyludzki (czyli nazwa się wyjątkowo zgadza!), wieszczący szybką zagładę podobno najbardziej inteligentnego gatunku na planecie Ziemia. Oj tak, tego rodzaju galopad jest tu sporo, i potrafią bardzo mocno zainfekować korę mózgową. Nic, tylko brać dobrą pigułę i odpłynąć, nawet jeśli na zawsze. Ale poza standardami wyznaczonymi przez autorów „In the Streams of Inferno” jest tu też kilka dodatków własnych. Choćby w postaci klawiszy, często Emperorowych, a pod koniec numeru tytułowego, chodzących w absolutnie niestandardowy dla gatunku sposób, czy też powolnego, kojarzącego się bardziej ze Skinny Puppy, czy nawet G.G.F.H. kawałka „Eerie Curiosity”, po sample z kobiecym głosem, tu i tam. Do tego wokale. Jak one są wkurwione, to trzymajcie mnie wszyscy święci. Facet zdziera gardło z taką intensywnością, że nawet Vikernes po pierwszej płycie by przyklęknął. Albo dla odmiany cholernie złowieszcze, jak w przywołanym przed chwilą „Eerie Curiosity”. Nieziemski klimat ma ta płyta, a każdy kolejny numer wciąga coraz bardziej, niczym czarna dziura, uzależnia i rozkłada na czynniki pierwsze. AntiHuman Industries jest dla mnie czymś na kształt Mysticum w wersji 2.0. i jednym z najsilniejszych kandydatów do ścisłego top płyt tego roku. Jestem totalnie pozamiatany, a pierwszą rzeczą jaką uczynię po podpisaniu tego tekstu będzie zaklepanie sobie wersji fizycznej „Accelerated Death Impulse” na ulubionym nośniku. Zatem, żeby nie przedłużać…

- jesusatan




Recenzja Deathwards „In Deathlore 2017-2019”

 

Deathwards

„In Deathlore 2017-2019”

Sepulchral Voice 2026

Deathwards to kapela z Chile, która powstała w2017 roku i od tamtego czasu wydała tylko demo „Towards Death” i taśmę z próby „Rehearsal MMXIX”. Wydawnictwo „In Deathlore 2017-2019” to split tych dwóch materiałów, co powinno zainteresować maniaków death-thrashu, czy wczesnego metalu śmierci z czasów, kiedy ten gatunek się dopiero wykluwał i nie był jeszcze do końca zdefiniowany. Zatem za pośrednictwem muzyki z wymienionych wyżej dwóch kaset, mamy okazję obcować z młócką drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Pierwsze pięć kawałków to muza, będąca dobrze dociążonym i poczernionym thrashem, który pełnymi garściami czerpie z dorobku wczesnego Slayer i Infernäl Mäjesty. To szybkie riffy obdarzone nieprzyjazną melodyką, które swą prędkością zbliżają się do rejonów speed metalowych, a ich duszny klimat wyraźnie wskazuje na bliską przyjaźń z Diabłem. Panowie wycinają naprawdę surowe i niszczące akordy, które co rusz zmieniają siłę natężenia jak i kierunek ataku. Często przechodzą z jednych w drugie, zarówno pod względem szybkości, agresywności oraz sposobu kostkowania, ale niewątpliwie nieprzerwanie przypuszczają piekielną ofensywę na nasze zmysły, wywracając je momentami na drugą stronę za pomocą krótkich, powykręcanych solówek czy schizoidalnych i zapętlających się, wysokotonowych zagrywek. Cztery ostatnie utwory, to już wspomniana próba, która jednoznacznie romansuje z początkami death metalu, przywodząc chwilami skojarzenia z pierwszymi krokami wydawniczymi Morbid Angel i Possessed. Brzmienie tutaj cięższe i riffy gęściejsze. Deathwards trochę zrezygnowali z szybkiego i rytmicznego traktowania strun na rzecz bardziej zwalistych akordów, których ordynarność podbija sekcja rytmiczna i w większym stopniu (w porównaniu z wcześniejszymi) zanieczyszczone wokalizy. To szatańska gędźba, od której bije „jaskiniowe szaleństwo”, bowiem jest coś w niej nieokiełznanego i na wskroś pierwotnego. Obydwa, te połączone ze sobą materiały stanowią esencję ówczesnego grania, kiedy to pałeczkę od nieco wtedy zużytego thrashu, przejmował kult śmierci. Brudny i barbarzyński metal, który zdrowo kopie w ryj. Prosty, ale zróżnicowany, co oprócz batów gwarantuje także brak nudy, jeśli oczywiście można się nudzić w trakcie dostawania wpierdolu. Ameryka Południowa rzadko klasyką w swoim wydaniu rozczarowuje, a Deathwards też tego nie robi. Polecam.

shub niggurath




czwartek, 9 kwietnia 2026

Recenzja Ageless Gateway „Corruptor of Stars”

 

Ageless Gateway

„Corruptor of Stars”

Godz ov War 2026

Ageless Gateway to kolejny świeżak w stajni Godz ov War. Projekt ten pochodzi z naszego pięknego kraju, i jest tworem jednoosobowym, w którym za wszystko odpowiada muzyk o pseudonimie Apparition. Człowiek ten, przynajmniej w warstwie tekstowej, wziął na celownik kosmos, a dokładniej wizje zainspirowane serią Gemini Home Entertainment, czyli obserwacją zmian w ciałach niebieskich, mutacją ludzkości, i tym podobne sprawy. Muzycznie natomiast mamy tutaj nieco ponad pół godziny atmosferycznego black metalu. Całkiem ciekawego, a na pewno nie tak sztampowego jak większość dzisiejszych wydawnictw. Nie jest to jednocześnie żadna awangarda, bo środków wyrywających się ramom wspomnianego gatunku tu niewiele. Natomiast muzyk, na swój autorski sposób, buduje w zamieszczonych na „Corruptor of Stars” klimat faktycznie wchodzący w przestrzeń kosmiczną, mocno absorbujący i najzwyczajniej ciekawy. Przede wszystkim, pod względem tempa mamy tutaj cały przekrój. Od wolniejszych, dryfujących momentów, budujących idealne tło do podziwiania gwiazd pasaży (jak choćby w „Deep Root Disease”), po momenty burzowe, mogące kojarzyć się z deszczem meteorów (numer tytułowy). Technicznie większość kompozycji opartych jest na klasycznym tremolo, ale ciekawy dodatek stanowią elementy klawiszowe, czasami w formie pianina, gdzie indziej jako tło bardziej z gatunku dungeon synth. Są na tym krążku także momenty, choć śladowe, kiedy automat perkusyjny nieco odchodzi od „ludzkich standardów” (bo tak naprawdę, gdybym nie wiedział, to nie wiem czy bym się zorientował, że to nie człowiek stuka), a wówczas z lekka zapachnie sznytem industrialnym. Gdzie indziej, zwłaszcza w szybszych partiach, atmosfera mocno się zagęszcza, a dźwięki zdają się zaciskać pomału pętlę na naszej szyi. Myślę, że największym plusem tych nagrań jest właśnie ich różnorodność, trzymana co prawda na smyczy, bez przesadnych udziwnień, ale zarazem pozwalająca na stwierdzenie, iż Ageless Gateway jest tworem własnym. Jestem przekonany, że fanom atmosferycznego black metalu „Corruptor of Stars” wejdzie bez popitki. Bardzo solidny, obiecujący debiut.

- jesusatan




Recenzja Sectarian Defacement „Hostile Consuming Rapture”

 

Sectarian Defacement

„Hostile Consuming Rapture”

Grave Island Records 2026

 


To młoda kapela z Ukrainy, która w zeszłym roku wydała debiutancką epkę. Teraz przyszedł czas na pełniaka, no to jest. Już patrząc na okładkę trochę wiedziałem, czego się spodziewać po „Hostile Consuming Rapture”. Połamany, czy też mocno wykoślawiony pożeracz ludzkich dusz, zwiastował równie pokiereszowaną muzę. I tak jest w istocie. „Trup ściele się tu gęsto”, bo plątanina połamanych riffów, technicznych zawijasów i pełnego groove’u tłumionego kostkowania, tworzy zwartą sieć. Do tego dodajmy jeszcze ultraciężkie zwolnienia, chaotyczne grindowe nawałnice i gniecenia w średnim tempie. Całość polana rytmiczną, nieco skoczną strukturą, brutalnymi growlami i samplami. Co z tego wam wyszło? Jak dla mnie, mieszanka slam death metalu, core’owych breakdown’ów, blastów i technicznego ujęcia. Leci to momentami na oślep, gubiąc się po drodze i na dodatek w swym szaleństwie zjada swój ogon, ale słychać, że Sectarian Defacement mocno się stara. Chcąc być nie tylko brutalnym i agresywnym bandem, wplata do kompozycji sporo wirtuozerskich wygibasów, zmian tempa czy nieoczekiwanych przejść z jednego akordu w drugi. Ubiera to w błotniste brzmienie, które wzmacnia mięsisty bas i słoniowata perkusja, w której często dźwięczy, kontrastujący do reszty bębnów, „blaszany” werbel. To gwałtowny i momentami nieprzewidywalny materiał, który zdaje się nie widzieć do końca, czym chce być. Niewątpliwie ci młodzi Ukraińcy dwoją się i troją, żeby stworzyć coś okrutnego, jednocześnie nowoczesnego i zarazem chwytliwego, ale używają do tego zbyt dużo form wyrazu, co chwilami skutkuje istnym grochem z kapustą, które rzucone o ścianę, rozbryzgują się w nieprzypominającą nic plamę. Plusem jest nie do końca czysta produkcja, która zostawiła pokaźną ilość brudu. To z kolei pozwoliło delikatnie przykryć zbyt duże ambicje i aranżacyjne niezdecydowanie Sectarian Defacement, i jednocześnie uwypukliło dzikie, podziemne oblicze tego albumu. Jeśli lubicie death metalową z różnymi dodatkami naparzankę, to sprawdzajcie.

shub niggurath




środa, 8 kwietnia 2026

Recenzja A.H.P. “Alltid imot deg”

 

A.H.P.

“Alltid imot deg”

Purity Through Fire 2026

Wiem, co sobie pomyślicie. Patrząc na okładkę tej płyty, oraz nazwę, będącą klasycznym skrótowcem, założycie, że to jakiś punkowy album, pewnie jedenaście prostych i szybkich numerów w osiemnaście minut. Ja się nabrałem!  W rzeczywistości A.H.P. stoi za „Against Human Plague” (taki zresztą był tytuł debiutanckiego krążka, wydanego dekadę temu przez Via Nocturna), a sam zespół tworzą dość znane z krajowego podwórka persony, stacjonujące obecnie w krainie fiordów. No i te fiordy są w przypadku muzyki zawartej na „Alltid imot deg” dość dokładnym drogowskazem. Album ten zawiera czterdzieści minut black metalu. Mimo iż dość zróżnicowanego, to spiętego wspólną klamrą północnego chłodu. Pierwsze cztery kompozycje to w zasadzie klasyka drugiej fali black metalu ze wspomnianego półwyspu. „Souls to Inhale” stanowi raczej spokojny wstęp, bo sama kompozycja nie jest zbyt szybka, za to usłyszymy w niej klasyczne tremolo i wbijającą się niczym gwóźdź w dłoń Nazareńczyka melodię. „Lust for Murder”, żeby było zgodnie z tytułem, to wściekły blast, zapętlone akordy i intensywne wokale. Acz, żeby nie było dokładnie tak jak na „Panzer Division Marduk”, to w połowie mamy kilka taktów akustycznych i moment ambientowy. „In Endless Disgust” kapkę wchodzi na poletko deathmetalowe (ten riff do rytmicznego headbangingu!), choć z drugiej strony ma momenty „francuskie”. Marszowy kawałek, chyba najbardziej zapadający w pamięć, mimo iż sporo się w nim dzieje. W „Nocturnal” też mamy małą sinusoidę tempa, gdzieś tam śmignie dysonans, za to faktycznie wieje z tego numeru nocnym mrozem. Album zamyka tytułowy piętnastominutowiec, który od całości różni się już nie tylko samymi aranżami, ale i brzmieniem. To, nie jest tak nordyckie, a bardziej industrialne, mechaniczne, suche. Nawet perkusja chodzi tu w stylu automatu. Dodatkowo w tle pojawiają się nieco kosmiczne klawisze, a wokale przejmuje JRMR, zdzierając swoim sposobem gardziel do krwi, pod koniec nawet po naszemu. Trochę może ten numer kojarzyć się z Mysticum, właśnie poprzez wspomniany industrialny vibe. Fantastyczna kompozycja, choć w zasadzie będąca jedynie idealnym podsumowaniem bardzo dobrej płyty. Płyty będącej pełnym wachlarzem pomysłów, spojrzeniem na black metal z kilku perspektyw, jednocześnie bardzo spójnej i wciągającej. Mi się cholernie podoba, dlatego jeszcze dłuższą chwilę pogości w moim odtwarzaczu. Bardzo silna rzecz.

- jesusatan




Recenzja Tarask „Sitra Ahra”

 

Tarask

„Sitra Ahra”

Antiq 2026

To francuski, jednoosobowy projekt, który pochodzi z Marsylii i na ten czas, wydaje swój drugi album. To sześć dość długich numerów, które utrzymane są w black metalowym tonie. Diabelszczyzna jak to u Francuzów, którzy lubią modyfikować bądź rozwijać ten gatunek. Jak zwał, tak zwał. W przypadku „Sitra Ahra” mamy do czynienia z ujęciem modernistycznym, które wybrzmiewa rzecz jasna, po francusku. Jest to przyciężkawy i całkiem gęsty bleczur, który oprócz tremolando i klasycznego kostkowania, uderza w atonalne rozwiązania. Objawiają się one w formie dysonansowych uderzeń czy też zwolnień, którym towarzyszą plątaniny zimnych dźwięków. Oprócz tych zabiegów Tarask częstuje także nastrojowymi wstawkami, wygrywanymi na syntezatorach i nieprzesterowanych strunach przy asyście desperackich wręcz płaczliwych krzyków wokalisty lub aksamitnego, kobiecego śpiewu. To mieszanka gwałtownych, lodowatych i klimatycznych akordów, które są kontynuacją poprzedniej płyty, zarówno w warstwie dźwiękowej jak i tekstowej. Black metal o introspektywnym charakterze, wykorzystujący zasoby drugiej fali i nowoczesnych brzmień. Trochę zalatuje podejściem islandzkim, bowiem i tutaj znajdziemy pełno szybkich i kaskadowych riffów, które pędzą w takt łomoczącej perkusji. Ich dysonansowe pływanie wraz z atmosferycznymi wtrętami, stanowczo, lecz i delikatnie zapraszają do osunięcia się w błogi trans, z którego okresowo jesteśmy wybudzani przez brutalne zrywy. Dla fanów współczesnego black metalu, który stawia na wielowarstwowe i gęste tekstury o atmosferycznym zacięciu.

shub niggurath




wtorek, 7 kwietnia 2026

Recenzja Sznur „Cwel”

 

Sznur

„Cwel”

Godz ov War 2026

Bardzo obawiałem się piątej płyty wałbrzyskiego Sznura. Głównie dlatego, że chłopaki, zwłaszcza na poprzedniej płycie, zaczęli poniekąd popadać w pewnego rodzaju schemat, tudzież powtarzalność. Obawami tymi podzieliłem się zresztą z wydawcą, który powiedział mi jedno. „Posłuchaj, a zobaczysz”. Też mi odkrycie. Jednak w tym przypadku, już po jednorazowej konsumpcji „Cwela”, wiedziałem, co człowiek miał na myśli. Nie, nie to, że muzyka Sznura uległa jakimś drastycznym przepoczwarzeniom. To nadal, w głównej mierze, ten sam, miejski black metal, ze swoim charakterystycznym obliczem. Wykreowanym, nie odtworzonym, czyniącym Sznura zespołem oryginalnym i rozpoznawalnym. Co zatem na „Cwelu” jest nowego, a co pozostało niezmienne? Zacznijmy od drugiej części pytania. Nadal jest to muzyka oparta na skandynawskim black metalu z lat dziewięćdziesiątych. Wciąż jest zdecydowanie niestandardowa, wystawiająca środkowy palec współczesnej scenie, zwłaszcza tej „prawdziwej”. Maniera wokalna także pozostała niezmienna, bo słowa wypluwane są tu w identyczny sposób jak w piosenkach dotychczas poznanych. Także same teksty, nawiązujące do doświadczeń ZerO z wszechogarniającą patologią. Co się zmieniło? Przede wszystkim „Cwel” jest krążkiem jeszcze bardziej skocznym i tanecznym. Oczywiście mówimy tu o standardach nie wymykających się drugiej fali, podkreślam, black metalu. Gdybym miał być bezczelnie prostolinijny, to powiedziałbym, że nowe nagrania zespołu są taką wariacją na temat późniejszego Satyricon, bo odwołań do twórczości Satyra słyszę tutaj na potęgę. Oczywiście nie są to patenty powielane metodą dźwiękonaśladownictwa, ale jednak słyszalne. Poza tym, Sznur jakby więcej wlał w swoje utwory, co się poniekąd łączy z poprzednim porównaniem, nawiązań do tradycyjnego thrash metalu. Niektóre riffy, gdyby tylko obedrzeć je z północnego brzmienia, mogłyby być synami filarów rzeczonego gatunku z lat osiemdziesiątych. No i jeszcze jedna rzecz. Mianowicie, zdaje mi się, że Sznur albo celowo, albo naturalnie, mają coraz bardziej wyjebane na ogólnoprzyjęte standardy. I chyba każdy, kto posłucha „Cwela” będzie wiedział o co mi chodzi. No chuj, muszę zjeby dotyczące zespołu (które już sobie w głowie pomalutku układałem) odłożyć na następny album, bo tego materiału skrytykować nie potrafię. Sznury dały radę, i to mocno, bo „Cwel” jest na pewno lepszym krążkiem niż „Ludzina”. I chyba to styknie za podsumowanie.

- jesusatan




Recenzja Relic „Crown of Flies”

 

Relic

„Crown of Flies”

Self-Release 2026

To nowy Relic z amerykańskiej ziemi, bo trochę już ich tam było, zresztą nie tylko w USA. Ten jest świeżą kapelą, która na początku kwietnia wyda własnym sumptem tą epkę. Są to cztery, krótkie pociski, którym za detonator posłużył gęsty death metal z małym pierwiastkiem „czerni”, lecz nie tylko. Od pierwszych taktów uwagę na siebie zwracają bębny, która niewyobrażalnie łomoczą, wtórując plątaninie riffów, zagranych na ciężkich gitarach, generujących brutalne akordy w stonowanym tempie. Przeradzają się one okresowo w szybsze kanonady w towarzystwie perkusyjnych blastów, ale piskliwymi, układającymi się w schizoidalne melodie zagrywkami, które niekiedy wyłaniają się z głównych tekstur, Amerykanie również potrafią zaskoczyć. Całości towarzyszą głębokie growle i szatańskie wrzaski, co oprócz śladowej na „Crown of Flies” ilości form muzycznych związanych z diabelszczyzną, ma chyba stanowić ukłon w kierunku szatańskich dźwięków. Jednakże jest to muzyka, która swoim usposobieniem jednoznacznie kojarzy się z brutalnym metalem śmierci. W tym przypadku to mozolne i monumentalne rzępolenie, które miażdży żylastym brzmieniem i niszczy, rzadko przełamywaną jednostajnością. To potężny monolit, który został zarejestrowany w laboratoryjny sposób i niestety dzięki temu, wybrzmiewa nieco sztucznie. Poza tym, mocno mi tu zalatuje nowoczesnym detem, z którego niekiedy wyłażą modne, death-core’owe naleciałości. Mało brudu, nikły stopień diaboliczności, za to mnóstwo krwistego mięcha, a jak mi się wydaje, nie taki był zamiar, tak przynajmniej wynika z notki informacyjnej dołączonej do tego materiału. Cóż pierwszy krok bywa trudny, choć to dziwne, ponieważ wykonali go starzy wyjadacze. Może dalej będzie lepiej: czytaj [mroczniej i po diabelsku uwodzicielsko].

shub niggurath




poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Recenzja Vomitory „In Death Throes”

 

Vomitory

„In Death Throes”

Metal Blade Rec. 2026

Pamiętam jak dziś… W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych szwędałem się ze znajomym po giełdzie w Lubinie, bo chłop szukał jakiejś części do samochodu czy coś. Było tam malutkie, niepozorne stoisko, na którym można było zanabyć płyty kompaktowe. Głównie disco polo i inne gówna. Nie wiem nawet, z jakiego powodu zacząłem koszyk przeglądać, i nagle wpadła mi w oko okładka z metalowym logo, i leżącymi na glebie upapranymi krwią zwłokami. Oczywiście kupiłem w ciemno, gdyż nazwa Vomitory nic mi wtedy nie mówiła. Wróciłem do domu, odpaliłem, i… dosłownie wyrwało mnie z kapci. Głównie z powodu, że szwedzki death metal można było grać, mimo wszystko, nieco inaczej niż cała masa naśladowców Dismember i Entombed. Od tamtej chwili upłynęło trzydzieści lat. A bracia Gustafsson nadal nieugięcie stoją na posterunku, w twierdzy zwanej Swedish Death Metal, wypluwając właśnie swój jubileuszowy, dziesiąty album. Nie będę kłamał. Niektóre z ich płyt gdzieś mi po drodze umknęły, jednak po kilku rundach z „In Death Throes” stwierdzam jedno. U chłopaków nic się nie zmieniło. Ich muzyka nadal ma to samo pierdolnięcie, za które ich pokochałem. Nowe kawałki to ostra jazda z koksem, najczęściej na wysokich obrotach, z zachowaniem tego idealnego balansu między brutalnością a melodią, naturalną swobodą wyrażania myśli, tak muzycznie, jak i poprzez głębszy niż średnia statystyczna, a jednocześnie dość czytelny, wokal. Nie ma co prawda na tym albumie niczego, co przez Szwedów nie zostało zagrane wcześniej, jednak szacunek za te nagrania mają u mnie ogromny. Dlaczego? Bo nie są zespołem pokroju Cannibal Corpse, zjadającym własny ogon, czy Deicide, starający się kopiować samych siebie, z marnym zresztą skutkiem. Vomitory nadal jest Vomitory, tak samo naturalnym, jak za czasów pierwszych płyt. Takiego death metalu po prostu chce się słuchać. Te ciężkie harmonie, te wpuszczające do utworów nieco powietrza solówki, ten, że tak to nazwę, instynkt, dzięki któremu muzyka zespołu potrafi powalić słonia, a chwilami nieźle rozbujać, to w zasadzie znak firmowy chłopaków z Karlstad. Dziesięć płyt. Nie każdy zespół potrafi nagrać aż tyle, nie tracąc po drodze ani odrobiny wigoru i pasji dla własnej twórczości. Vomitory potrafią, czego dowodem te trzydzieści siedem minut, nomen omen, wymiocin. Ktoś ma jeszcze jakieś pytania? Odpowiedź na każde z nich jest jedna. Szwedzki, kurwa death metal!

- jesusatan