Chcecie egzotyki? Proszę bardzo. Jedziemy na Sri
Lankę. Kraina to dzika, i bynajmniej nie kojarzona szerzej z metalowym graniem.
Stamtąd jednak pochodzi Sura’sura. Banda zwyroli, która chwyciła za
instrumenty, i nagrała debiutancką, niespełna dwunastominutową EP-kę,
składającą się z czterech kompozycji. Kompozycji… Wysublimowane to w tym
przypadku słowo. Cztery (a właściwie
trzy, bo na początku gra intro) strzały w pysk, cztery wyrzygi, cztery wulgarne
wysrywy z gatunku prostackiego, niczym wystawienie środkowego palca gestu.
Chłopaki nie pierdolą się w tańcu, tylko prą przed siebie w sposób bardzo
bezpardonowy, hałasują i łomoczą niczym rasowe Neandertale. Zawsze lubiłem tego
typu ciekawostki geograficzne, nawet jeśli prezentowany przez wiele zespołów
poziom odbiegał, i to czasem znacznie, od tego najwyższego. Bo nadal fascynuje
mnie, mimo iż w metalu siedzę już niemal cztery dekady, że gdzieś tam, na
zadupiu świata, nagle pojawia się kilku maniaków molestujących instrumenty tak
intensywnie, z taką pasją, że momentalnie stają mi przed oczami czasy wczesnego
Sarcofago, Sadistik Exekution czy Blasphemy. Przecież na tej EP-ce mamy czysty
kult przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w temacie death /
black metalu! Garażowe brzmienie, niewysublimowane linie gitarowe, wokale na
zasadzie prostackiego darcia mordy, że o ścieżkach sekcji rytmicznej nie
wspomnę, bo ocierają się o minimalizm. Sura’sura serwują bardzo proste harmonie,
bez chwytliwych melodii, bez standardowych aranży pod tytułem zwrotki i
refreny, oni, mówiąc kolokwialnie, po prostu napierdalają do krwi. I chyba nie będę się nad tym materiałem rozpisywał
ponad miarę, bo sensu w tym tyle, co w analizie budowy pantofelka. Nikomu to do
życia niepotrzebne. „Warfare Metal” też pewnie nikomu życia nie odmieni, ale na
pewno jest czymś na zasadzie pokazu siły militarnej niewielkiego państewka,
które właśnie skończyło, z powodzeniem, prace nad produkcją broni jądrowej. Jak
lubicie ciekawostki, to sprawdzajcie. Ta akurat jest warta uwagi.
Fire
Magic to duet z kraju, który Persowie zwą „Wielkim Szatanem”. Może między
innymi dlatego grają oni black metal. Swoją przygodę pod tym szyldem zaczęli w
2020 roku i od tamtego czasu na koncie uzbierali demówkę, debiutancki krążek i
najnowszego długograja w postaci „Memories of Fire”. To siedem numerów, które
lecą sobie nieco ponad pół godziny, ale to i tak (jak dla mnie) trochę za
długo. Amerykanie szyją typową diabelszczyznę, opartą na drugofalowych
wzorcach. Każdy z utworów to połączenie świdrujących tremolo z klasycznymi
riffami w towarzystwie, cholernie dudniącej sekcji rytmicznej i delikatnie
wycofanych wokaliz, które w kulminacyjnych momentach z „czarcich” powarkiwań,
przechodzą w epickie okrzyki. W ogóle, black metal od Fire Magic wypełniony
jest bajeranckimi melodiami, które jednoznacznie kojarzą się z power-metalowymi
produkcjami. Zatem za pośrednictwem „Memories of Fire” mamy do czynienia z
rogacizną, która nasycona jest do bólu bajkowymi i ciut infantylnymi
chwytliwościami, próbującymi nawiązywać do średniowiecznych przygrywek lub
udawać jakieś homeryckie harmonie. Całość zalatuje banałem więc na dłużej do
siebie nie przyciąga. Generyczność tego wydawnictwa jest wysoka. Muzyka płynie
w zmiennych tempach, racząc na przemian szybkimi melodyjkami, klimatycznymi
zwolnieniami oraz tradycyjnymi solówkami. Niestety nic szczególnego tutejsze
struktury nie wnoszą ani nie potrafią czymś do siebie przyciągnąć. Fuzja heavy
i black metalu, upstrzona naiwną melodyką, która jest totalnie przewidywalna, a
po odsłuchu zupełnie nie pozostaje w pamięci. Rządzą tutaj typowość i gatunkowa
nieporadność. Cóż, najnowsza produkcja od Fire Magic to takie „imieniny Ani”,
czyli ani diabła, ani mroku, ani agresji, ale o mdłości przyprawia bez
problemu. Nie polecam.
Goatpsalm
pochodzą z Rosji. Jest ich trzech, a “Beneath” to czwarty
(po dziesięcioletniej przerwie, podczas której muzycy uaktywnili się jedynie na
czas kolaboracji z Horthodox) album sygnowany tą konkretną nazwą, bo innych
zespołów i projektów pobocznych muzycy mają jeszcze kilkanaście. Jednocześnie
jest to kolejny twór wymykający się sztywnym ramom gatunku, czy też gatunków.
Bo nawet jeśli tym razem trzon muzyki Goatpsalm jest dość wyraźnie określony,
to sposób w jaki panowie go ozdabiają, czy też przekształcają, zdecydowanie
wybiega poza ogólnoprzyjęte standardy. Zresztą Aesthetic Death nie byliby sobą,
gdyby wypuścili album bez własnego oblicza. „Beneath” można skategoryzować jako
funeral doom. Bo rzeczywiście podstawą zawartej na krążku muzyki są ciężkie
akordy, pełzające w gnilnym stylu melodie, i głębokie, growlujące wokale. Z
tym, że do każdego z wymienionych elementów niezbędny jest dodatkowy komentarz,
by zbytnio owego opisu nie upraszczać. Przede wszystkim riffy pojawiają się
tutaj w dwóch wymiarach. W wersji ciężkiej na pierwszym planie, oraz czasami
pod postacią majaczącej, nieco schowanej w tle. Ta drugoplanowa melodia może
dość mocno kojarzyć się choćby z fińskim Dolorian, zarówno pod względem
brzmienia gitary jak i snutej melodii. Panowie grają powoli, z czasem wręcz się
zatrzymując, albo raczej przechodząc w mroczne klimaty ambientowe (druga połowa
siedemnastominutowego „Exequires”, tocząca się jakby w zwolnionym tempie), czy
też rytualno – etniczne (zagrany na instrumentach ludowych, z dodatkiem jedynie
gitary basowej, „Kalbas Whispers of Death”). W tychże kompozycjach pojawiają
się też różne wariacje wokalne typu szepty, jęki, jakieś majaczenia. Niebanalna
jest konstrukcja tego albumu. Pierwsza jego połowa to, eksperymentalny, ale
jednak, wspomniany funeral doom. Z czasem dryfujący w tajemnicze rejony z
muzyką metalową mające niewiele wspólnego. Jednocześnie nie mniej, a nawet
bardziej, mroczne i fascynujące. Można odnieść wrażenie, jakby z cmentarza
przechodziło się ścieżką pełną kości i resztek truchła w tajemniczy las, tak
gęsty, że strach staje się momentalnie najbliższym nam towarzyszem.
Jednocześnie napięcie wzrasta proporcjonalnie do wyostrzających się człowiekowi
w przedstawionej sytuacji zmysłów, i zaczyna działać wyobraźnia. Całość trwa
trzydzieści pięć minut, i jest naprawdę niecodziennym doświadczeniem. Ukryty w
tej muzyce niepokój i dreszcz emocji jest tak silnie uzależniający, że chce się
do tych nagrań wracać wielokrotnie, niczym do ulubionej książki typu horror /
thriller. Doskonale obraz malowany muzyką uzupełniają grafiki zdobiące to
wydawnictwo. Jakieś laleczki Voodoo, kurze stópki, koraliki, wypełnione
tajemniczą miksturą flakony, świeczki i kości… „Beneath” to niebanalna,
intrygująca płyta, niesamowicie wciągająca i infekująca umysł. Czy muszę pisać,
że polecam?
-
jesusatan
Goatpsalm
“Beneath”
Aesthetic Death 2026
Goatpsalm hail
from Russia. There are three of them, and “Beneath” is the fourth album
(following a ten-year hiatus during which the musicians were active only for
the duration of their collaboration with Horthodox) released under this
specific name, as the musicians have a dozen or so other bands and side
projects. At the same time, this is yet another work that defies the rigid
boundaries of a genre, or genres. For even if the core of Goatpsalm’s music is
quite clearly defined, the way the band embellishes or transforms it definitely
goes beyond generally accepted standards. Besides, Aesthetic Death wouldn’t be
themselves if they released an album without its own distinct identity.
“Beneath” can be categorized as funeral doom. For indeed, the foundation of the
music on this record consists of heavy chords, melodies creeping along in a
putrid style, and deep, growling vocals. However, each of these elements
requires further elaboration to avoid oversimplifying the description. First
and foremost, the riffs appear here in two dimensions: in a heavy, foreground
version, and sometimes as a hazy, somewhat recessed background melody. This
background melody may strongly evoke, for instance, the Finnish Dolorian, both
in terms of guitar tone and the melody itself. The band plays slowly, at times
even coming to a halt, or rather shifting into dark ambient atmospheres (the
second half of the seventeen-minute “Exequires,” which unfolds as if in slow
motion), or ritualistic-ethnic sounds (played on folk instruments, with only a
bass guitar added, “Kalbas Whispers of Death”). These compositions also feature
various vocal variations such as whispers, moans, and some kind of “hallucinations”.
The structure of this album is remarkable. Its first half is experimental, yet
still the aforementioned funeral doom. Over time, it drifts into the secret
realms, having little in common with metal music. At the same time, it is no
less, and perhaps even more, dark and fascinating. One gets the impression of
walking from a cemetery along a path strewn with bones and carcass remains into
a mysterious forest, so dense that fear instantly becomes our closest
companion. At the same time, the tension rises in proportion to the sharpening
of one’s senses in this situation, and the imagination begins to run wild. The
whole thing lasts thirty-five minutes, and it is truly an extraordinary
experience. The anxiety and thrill hidden in this music are so addictive that
you want to return to these recordings time and again, just like to a favorite
horror or thriller book. The imagery painted by the music is perfectly
complemented by the artwork adorning this release.Voodoo
dolls, chicken feet, beads, vials filled with a mysterious potion, candles, and
bones… “Beneath” is an original, intriguing album, incredibly captivating and
mind-bending. Do I even need to say I recommend it?
Nie
wiem, jak było wcześniej, bo nigdy Ildfar nie wpadł do mojego odtwarzacza, ale
najnowszy, czwarty już album tego solowego projektu, to różnorodna muzyka.
Całość obraca się oczywiście w black metalowych ramach, które w poszczególnych
aranżacjach ten zdolny Norweg, przedstawia w odmiennych ujęciach. Część
utworów, to coś, co można przyrównać do twórczości Fenriza pod szyldem
Isengard. Są to kawałki, w których Ildfar łączy folkowe czy też pogańskie
melodie z zadzierżystymi riffami, stosując również zmienne wokale, złowrogo
warcząc i śpiewając czystym, zalatującym epickością głosem. Kolejną grupę
kompozycji stanowią te, które odlatują nieco od poprzedniego kanonu,
koncentrując się, na ocierającej się o blackgaze ścianie dźwięków. To spokojne,
pływające akordy, które mieszają się z tradycyjnymi tremolo, kreując wraz z
niemalże gotyckimi wokalizami, melancholijną i depresyjną atmosferę, mocno
zalatując manierami Varga. Obydwa, równolegle funkcjonujące na „Der ligger et
land” podejścia do diabelszczyzny, korzystają z dobrodziejstw gatunku, co
słychać w zimnym i ziarnistym brzmieniu, użytych formach kostkowania i
mizantropijnym wydźwięku całości. Na przemian raczą agresywnym riffowaniem,
nastrojowymi tremolando i podniosłymi, wikińskimi harmoniami. To do szpiku
kości przesiąknięty nordycką tradycją krążek, z którego w każdym momencie jego
trwania, sączy się skandynawska nostalgia, ból, gorycz i wściekłość. Muzyka
płynie tutaj w stonowanym tempie, kreśląc hipnotyczne i podszyte mistycyzmem
nuty. Wyprodukowana w brudny, bliski garażowemu sposób, w którym obecny szum,
odgrywa niewątpliwie znaczącą rolę. Mnie jednak na „Der ligger et land” razi
trochę dualizm, co wskazuje na niezdecydowanie ildfar w jakim kierunku ma iść.
Czy podążać ścieżką wytyczoną przez Isengard i Burzum, czy uderzać we
współczesne, rozmywające black metal tony.
Unfold, Pando... A na dokładkę Hivemind. Co owe
projekty mają ze sobą wspólnego? No, poza sprawą oczywistą, czyli wydawaniem
dla tej samej wytwórni, Cave Dweller to kolejne wcielenie Adama Bryanta muzyka odpowiedzialnego
za pierwsze z dwóch wymienionych. Idąc tym tropem, wiadomo zatem, że i w Cave
Dweller nie tworzy on muzyki lekkiej, łatwej i przyjemnej. Zresztą, jeśli ktoś
pamięta, dałem temu wyraz pisząc kilka słów na temat wydanego ponad trzy lata
temu „Invocations”, autorstwa rzeczonego gentlemana. „Showing Teeth” jest
albumem… cięższym i dziwniejszym niż poprzednik. Pod słowem „cięższy” nie kryje
się jedynie kryterium samego dźwięku, który często jest dudniący, wręcz
przytłaczający, zwłaszcza w chwilach, gdy rolę przewodnią przejmuje mocno
przesterowany bas, ale i pod odbiorem poszczególnych utworów. Bo te pięć
kompozycji, zazwyczaj trwających pod dziewięć / dziesięć minut, naprawdę wymyka
się łatwej kategoryzacji. To w przeważającej większości swobodne wariacje
muzyczne, niemal czyste improwizacje, na temat neo flolku, ambientu, muzyki
filmowej, po elementy doom metalowe (w bardzo umownym tego terminu znaczeniu),
czy wręcz drone’owe. Po raz kolejny muzyk serwuje nam danie trudne w odbiorze,
bo wyrywające się wszelkim podstawowym schematom, a jego ogarnięcie nie jest
kwestią jednego odsłuchu. Choć nie zdziwię się, jeśli wielu tylko po jednym
poleganie, tudzież nie dotrwa nawet do końca. Akcja na tej płycie toczy się
niespiesznie, a poszczególne partie potrafią
zapętlać się, dręczyć, by nagle totalnie czymś zaskoczyć. Przykładem tego niech
będzie „Sunirse Offering (The Valley as an Altar)”, gdzie przez ponad siedem
minut wystawieni jesteśmy na mamrotany charczącym głosem monolog przy dźwiękach
przypominających przewalające się w zardzewiałej rurze ściekowej kawałki
blachy, tudzież innego gruzu, by pod koniec usłyszeć dzwoneczki, piszczałki i
indiańskie grzechotki, wybijające rytmy w klimacie szamańsko rytualnym. Z kolei
„Amanita Bisporigera” to wielki, chaotyczny dysonans, utwór, w którym
praktycznie każdy pojawiający się nowy instrument gra sam sobie, niczym w
jakiejś komedii absurdów. Chyba takim najbardziej możliwym do jakiegokolwiek
zanucenia jest „Apallachian Alchemy”, dzięki prowadzącej ścieżce basu i
najbardziej klasycznej strukturze. Natomiast zaznaczyć należy, że album ten
opleciony jest czymś w rodzaju klamry, dwoma kompozycjami w których ważniejszy
zdaje się przekaz słowny niż muzyczny. To coś na zasadzie prezentacji utworów
poetyckich, w których głosu udzielił Stuart Harris, ze wspomnianego na początku
Hivemind, do nieprzeszkadzającego zbytnio podkładu muzycznego w tle. Trudny to
w odbiorze materiał, ale Aesthetic Death do takich zdążyli mnie już
przyzwyczaić. Chcecie czegoś innego, pokręconego, stojącego daleko od metalu, a
jednocześnie cholernie mrocznego? No to polecam Cave Dweller. Choć i tak
zakładam, że większość z was się od tego jednak mocno odbije.
- jesusatan
Cave Dweller
“Showing Teeth”
Aesthetic Death
2026
Unfold, Pando...
And to top it off, Hivemind. What do these projects have in common? Well, apart
from the obvious fact that they are released by the same label, Cave Dweller is
another incarnation of Adam Bryant, the musician responsible for the first two mentioned
above. Following this line of thought, it is clear that Cave Dweller doesn’t
create here light, easy, or pleasant music either. If anyone remembers, I
expressed this when I wrote a few words about “Invocations”, released over
three years ago, by the aforementioned gentleman. “Showing Teeth” is an album
that is... heavier and stranger than its predecessor. The word “heavier”
doesn’t only refer to the sound itself, which is often rumbling, even
overwhelming, especially in moments when the heavily distorted bass takes the
lead, but also to the reception of the individual tracks. These five
compositions, usually lasting up to nine or ten minutes, are really difficult
to categorize. They are mostly free musical variations, almost pure
improvisations, on the themes of neo-folk, ambient, film music, with elements
of doom metal (in a very inconventional sense of the term), or even drone. Once
again, the musician serves us a dish that is difficult to digest, because it
breaks all the basic patterns, and understanding it is not a matter of one
listen. Although I won't be surprised if many people give up after just one
listen, or don't even make it to the end. The action on this album unfolds
slowly, and individual parts can loop and torment, only to suddenly surprise
with something completely unexpected. An example of this is “Sunirse Offering
(The Valley as an Altar),” where for over seven minutes we are exposed to a
monologue muttered in a raspy voice, accompanied by sounds reminiscent of
pieces of sheet metal and other debris rolling around in a rusty sewer pipe,
only to hear bells, pipes, and Indian rattles at the end, beating out rhythms
in a shamanic ritual atmosphere. In turn, “Amanita Bisporigera” is a great,
chaotic dissonance, a piece in which practically every new instrument that
appears plays on its own, as if in some comedy of the absurd. Probably the most
hummable track is “Apallachian Alchemy,” thanks to its leading bass line and
most classical structure. It should be also noted, that the album is intertwined
with a kind of bracket, two compositions in which the verbal message seems more
important than the musical one. It's something like a presentation of poetic
works, with Stuart Harris from the aforementioned Hivemind providing the voice,
accompanied by unobtrusive background music. It's difficult material to take
in, but Aesthetic Death has already gotten me used to that. Want something
different, twisted, far removed from metal, yet damn dark? Then I recommend
Cave Dweller. Although I assume most of you will still be put off by it.
Minęły
trzy latka i powrócili panowie z Tulus, proponując swoim odbiorcom kolejną
odsłonę black metalu w autorskim wydaniu. Tym razem to dziewięć numerów, które
lecą głównie w średnim tempie, zwalniając niekiedy i przechodząc w nastrojowe
wyciszacze czy gniotące siermiężnie walce. Tak naprawdę to nic nowego, bo
Norwedzy postępują zgodnie z wypracowanym przez lata działalności szablonem.
Twarde, przybrudzone gitary, wysunięty do przodu bas, dźwięczna perkusja oraz
charakterystyczne warczenie Blodstrup’a, pozostaną chyba już na zawsze bez
zmienne. Podobnie jest z nonszalancją, z jaką poczynają sobie ci muzycy,
kreując typowe dla siebie kompozycje, które czy to się komuś podoba, czy nie,
robią swoje według utartego wzorca i mają w dupie, że już na poprzednim albumie
motoryką i riffami zbliżają się do Khold. Jednakże na „Morbid Desires” tych
analogii jest nieco mniej, ponieważ tercet ten potrafi również przygrzać zimnym
tremolo i przejść w energiczną bujankę, zapożyczając akordy z rock’n’rolla.
Znaleźć tu także można sporo odniesień do klasycznego heavy, co słychać w
niektórych solówkach, z których kipi mroczny romantyzm bądź epickie harmonie.
Tulus nie byliby sobą, gdyby nie wprowadzili kilku wcześniej niespotykanych w
ich twórczości urozmaiceń, które aktualnie występują pod postacią wtrąceń w
stylu flamenco, akustycznych przerywnikach, a także harmonijki ustnej, która
idealnie wkomponowuje się w klimat ostatniego utworu na tej płycie,
poświęconemu Black Sabbath. Oprócz sztywnego kręgosłupa black metalu od Tulus, który
zawsze nadawał mu niebywałego zacięcia i siarczystości, Norwegowie na
najnowszym krążku umieścili sporo chwytliwszych rytmów, co wniosło nieco
lżejszej atmosfery. Na „Morbid Desires” jest więcej powietrza niż na
poprzednich produkcjach, ale to nie dyskwalifikuje tego materiału jako rasowej
diabelszczyzny, bo już nie pierwszy raz udowadniają, że umiejętnie użyte, obce
wpływy, zmieniają tylko delikatnie architekturę black metalu, pozbawiając go
schematyczności, która niekiedy może nużyć. Kolejny solidny album od tej
brygady. Chwilami potraktowany w niekonwencjonalny sposób, co podbiło jego
różnorodność. Jasne, że polecam.
Tych herbatników znać raczej powinniście. Zwłaszcza
jeśli scenę blackmetalową śledzicie na bieżąco. Austriacy wydali właśnie przed
chwilą swój trzeci krążek, ponownie pod banderą Invictus Productions. Znajdziemy
na nim kontynuację tego, co panowie prezentowali na „The Night of Nights” i „Of
Sleep and Death”. Kontynuację, ale bardzo pomyślnie rozwiniętą, bowiem bardowie
z kraju, w którym urodził się Adolf, z płyty na płytę swój styl sukcesywnie
rozwijają i udoskonalają. Jeśli jednak powyższa nazwa nie jest wam znana, to
spieszę donieść, iż Transilvania tworzą black metal będący mieszanką starej
szkoły, sięgającej nawet pierwszej fali, z melodyjną odmianą fali drugiej.
Jeśli w tym momencie przyjdą wam na myśl takie nazwy jak Tormentor, Bathory, i
dodajecie do tego sporą szczyptę Dissection, to brawo, brawo, jesteście na
odpowiedniej ścieżce dedukcyjnej. Tego ostatniego zresztą, jest tym razem jeszcze więcej niż dotychczas. „Magia Posthuma” nie wnosi do gatunku
praktycznie niczego nowego, jednak jest wyśmienitą mieszanką wszystkiego co w
wyżej wspomnianym temacie najlepsze. Jak tak sobie myślę, to elementy obu fal,
w tak znamienity sposób, jest w stanie łączyć ze sobą tylko kilka zespołów. Malokarpatan, Negative Plane, może Funereal Presence…
Ten album charakteryzuje przede wszystkim riffowanie i wspomniana wcześniej
melodia. Ale melodia będącą synonimem trucizny, a nie lukru
na tłusoczwartkowym pączku. Jednocześnie będąca mocno uzależniającą, bo
wkręcającą się w głowę i nie dająca spokoju, jeszcze na długo potem, jak
wybrzmiewa ostatni takt „The Faustian Bergain”, utworu z końcówką w stylu
Immolation (nawet jeśli to nie ten gatunek muzyczny), zdecydowanie wolniejszą,
teoretycznie wyciszającą. Kompozycje Transilvanian tradycyjnie mają w sobie tą
chwytliwość, nie przekraczającą cienkiej linii, za którą stoi cała brygada
zespołów mainstreamowych. Black metal w wydaniu Austraiaków jest takim black
metalem, jakiego po prostu chce się słuchać. Klasyczne brzmienie, surowy wokal
(przy okazji kilka pogłosów, czy wejść w wyższe rejestry) są tu uzupełniającymi
całość elementami układanki. Może i znanej, ale na pewno lubianej. No chyba, że
jest się ignorantem, tudzież innym malkontentem. Dla mnie nowy materiał
Transilvania to wyśmienite danie na zasadzie, może o w tym temacie jestem nudny
do obrzygania, schabowego. Ale ja, naprawdę, zawsze i wszędzie.
Nigdy
wcześniej bym nie przypuszczał, że kiedykolwiek i z taką siłą uderzy we mnie
post-metalowa produkcja. Tak, właśnie ten gatunek uprawiają członkowie,
pochodzącej z Oslo Feversea, która w zeszłym roku wydała swój debiutancki
krążek, a szóstego marca wróciła z najnowszymi, czterema kawałkami w postaci
tej epki. W sumie to jednoznaczne skategoryzowanie muzyki Norwegów nie jest do
końca możliwe, bo części składowych jest w niej kilka. Feversea używają
zabiegów znanych z takich gatunków jak sludge, post-punk, blackgaze, industrial
czy rock alternatywny. Połączenie tych pierwiastków wygenerowało muzę o mocnym
wyrazie, w której niepokojące tremolo przeplatają się z dysonansowymi akordami,
przechodzącymi w typową dla shoegaze ścianę dźwięku, ocierającą się momentami o
noise. W większej części materiał ten, to agresywne granie odznaczające się
niebywałą dynamiką, ale potrafiące zatrzymać się na chwilę i przejść w
spokojniejsze rytmy, racząc mrocznym romantyzmem w gotyckim stylu, na podobę
tego, co niegdyś na albumie „Garlands” zaprezentowało Cocteau Twins. Norwedzy
tworzą oryginalną i nieco awangardową muzykę, której mimo jej dusznego i
dobitnego charakteru, dobrze się słucha, ponieważ w tutejszych, brutalnych i
niezwykle klimatycznych zawiłościach, znajduje się również sporo melodyjnych,
post-rockowych tekstur. Nie są to jednak słodkie czy melancholijne harmonie, bo
swym ponurym usposobieniem, niosą ze sobą złowrogą i przesiąkniętą czernią
aurę. Feversea komponuje swoje utwory z niezwykłą pieczołowitością, dbając o
każdy szczegół i wysoki poziom stylistyczny, którego próżno szukać u innych
wykonawców spod znaku post-metalu. To oryginalne ujęcie, pachnące powiewem
świeżości, pozbawione banalnych cech i niczego nie udające. Ekscytuje swym
naturalizmem i zmiennością oblicz, które serwują całą gamę emocji. Czysto
wyprodukowane, ale o szorstkim brzmieniu gitar i nisko zawieszonej sekcji
rytmicznej, a to co wyczynia wokalistka jest majstersztykiem. Ja od „Wormwood
in the Veins of the World” nie mogę się oderwać. Zjawiskowa rzecz, którą
zarekomendować mi tylko w pełni wypada.
Zespół, którego nazwę można przetłumaczyć na nasze
jako „Życzenie Śmierci”, pochodzi z Holandii, a samozatytułowany krążek, którym
delektuję się od dobrych dwóch tygodni, jest ich drugim w biografii pełniakiem.
Jedynki nie znam, ale po tym, co to trio prezentuje na najnowszym wydawnictwie,
czuję pilną potrzebę nadrobienia zaległości. Zacznijmy od tego, że Doodswens to
black metal. I to black metal jak za starych, dobrych lat. Dodatkowo z gatunku
tych, którym nie przykleja się od razu bezpośredniej łatki w temacie
inspiracji, bo nawet jeśli zespół czerpie garściami ze spuścizny lat
dziewięćdziesiątych, to wszelkie najlepsze wzorce przekuwa bezpośrednio na swój
sposób. Nie będę ściemniał, i od razu na początku powiem, że jestem pod wielkim
wrażeniem tego, co dzieje się na tej płycie w sferze wokalnej. Nie, nie
dlatego, że spotykamy się z awangardowym sposobem operowania głosem, ale
dlatego, że za krzyki na albumie tym odpowiada pani. A wiecie, że u mnie w tym
temacie, to letko nie ma. Co ciekawe, kiedy się wsłuchać, to faktycznie można
dostrzec ową kobiecą manierę, lecz w przypadku Inge (która zresztą w zespole
również bębni, także podczas występów na żywo) chropowatość i moc strun
głosowych porównać można do naszych rodzimych dziewczyn, JRMR czy Hekte Zaren.
Ma kobitka zdrowie, trzeba przyznać. Wracając do muzyki, twórczość Dooswens
zdecydowanie odzwierciedla to, co działo się na scenie północnej w pierwszej
połowie lat dziewięćdziesiątych. Nie jest to co prawda totalna surowizna
brzmieniowa, jednak słychać, że prawidła starej szkoły także tutaj zostały
zachowane. Same melodie są zadziorne, chłodne niczym styczniowy wiatr od morza,
oparte raczej na niewyszukanych akordach, jednocześnie nie pozbawione
chwytliwości czy doskonale wyważonej melodii. Pod tym względem najbardziej
wpadającym w ucho jest chyba drugi na płycie „Verrot”, z wgryzającym się w
głowę „refrenem”. Pod względem tempa mamy tutaj spory rozstrzał, od nieco
bardziej nastrojowego „She Carries the Curse”, przez prędkości średnie, po rytmy
konkretniejsze (acz do klasycznych blastów nie dochodzące). Muzycy zdecydowanie
bardziej stawiają jednak na zimowy klimat swoich kompozycji niż bicie jakichś
rekordów, czy zawijanie i łamanie aranży dla samej zasady. Tutaj niejednokrotnie
większą krzywdę wyrządzają zapętlone harmonie, kłujące niczym napierający z
naprzeciwka blizzard, pokazujące prawdziwą siłę black metalu, bezkompromisowego
(bo nawet pospolitych „przeszkadzajek” na „Doodswens” nie znajdziemy. No chyba,
że ktoś za takową nazwie akustyczny wstęp do „These Wounds Never Healed”),
pierwotnego i oddanego Diabłu. Zanim w ogóle siadłem, by napisać o „Doodswens”
kilka słów, wracałem do tej płyty wiele razy. Choćby dlatego, żeby sprawdzić,
czy mój entuzjazm nie jest aby przesadzony. Nie jest. Panowie, i pani, nagrali
naprawdę wyśmienity blackmetalowy (ileż to razy te słowa padły w powyższym
tekście?) krążek, który jak się wkręci w głowę, to nie ma zlituj. Ode mnie
najwyższa rekomendacja.
Nic
bliżej o Diatribes nie wiadomo, poza tym, że pochodzą z Brazylii i dwudziestego
marca wydadzą swój debiutancki album. To trzynaście utworów, które można
zdefiniować jako thrash-death metal z naciskiem na ten pierwszy człon. To
żywiołowa muzyka, która brzmieniem i kostkowaniem nawiązuje do lat
osiemdziesiątych i głównie thrashu w ujęciu niemieckim. Mi osobiście,
„Degenerate” mocno zalatuje Sodom z okresu pomiędzy „Persecution Mania”, a „Better
off Dead”, ale pewnych podobieństw do Protector czy Kreator również bez trudu
można się dosłuchać. Króluje tutaj dość ostry i twardy strój gitar, który jest
niebywale naturalny i w pełni koresponduje ze wspomnianym, złotym okresem
metalowej naparzanki. Chociażby dlatego nie da się rozpatrywać tego materiału
jako mainstreamowy thrash, bo panowie grają agresywnie i brudno. To speed
metalowe akordy i boleśnie biczujące riffy, które przechodzą w bujające,
średnio-tempowe zwolnienia, a spomiędzy wszystkiego wyłażą, krótkie, uwierające
swoją piskliwością zawijasy.Wiosła chodzą tutaj perfekcyjnie, Brazylijczycy
wycinają na nich naprawdę mocarne nuty, które wżynają się między zwoje mózgowe
na długo. Razem z sekcją rytmiczną i szorstkimi wokalami, napierdalają jak ta
lala, i jak w tamtych czasach powodują, że normalnie sramy w gacie. Na
„Degenerate” jest tak intensywnie i łobuzersko jak tylko mogło być w
przedostatniej dziesięciolatce, XX wieku. Diatribes nie patyczkują się wcale i
nie raczą szczególnie jakimiś, złożonymi aranżacjami. Nie umizgują się również
do słuchaczy żadnymi, wymuskanymi melodiami, bo choć ta płyta jest chwytliwa,
to zdecydowanie kopie w dupę i chłoszcze po plecach. Jej szatański pęd i
jadowitość są zupełnie nie do okiełznania. Muzyka cięta jak osa i w chuj
arogancka, która furiacko prze do przodu, nie biorąc jeńców. Dźwiękowa przemoc,
o surowym obliczu, brzydka i brutalna jak niegdyś. Okresowo dociążona poprzez
krótkie skręty w stronę śmierć metalowego rzępolenia, tnie jak tępy brzeszczot.
Taki thrash to ja lubię.
Nie
jest czymś niepopularnym, że muzycy metalowych formacji niejednokrotnie próbują
sił w graniu innych, często lżejszych gatunków muzyki, sygnując je swoim
nazwiskiem, bądź opatrując jakąś skromną kolaborację nową nazwą. Z
głośniejszych przykładów przytoczę tylko Karla Sandarsa ze swoimi egipskimi
fascynacjami, Steve’a Von Tilla ze swoim umęczonym bardowaniem, czy z nowszych
rzeczy – ambientowe fascynacje Paula Riedla czy eteryczny projekt Dream Unending,
za którym kryją się muzycy Tomb Mold i Innumerable Forms. Teraz na drogę
ścieżki solowej kariery wkracza znana z Vastum i Hammers of Misfortune Leila
Abdul-Rauf i jak nietrudno się domyślić, z metalem na muzyka nie ma nic
wspólnego. „Andros Insidium” to pokaz prywatnej fascynacji muzyką
bliskowschodnią i arabską i nie ukrywam, że mi do tej fascynacji jest bardzo
daleko. Jest to kompletnie nie moje granie i nie moja melodyka. Na domiar złego
Leila nie unika orkiestracji i kierowania dźwięków w bardziej rozmaszyste i
epickie rewiry i tonacje. Czasem przypomina to te bardziej folkowe fragmenty
muzyki Nile, ale tutaj, odarte deathmetalowego kontekstu oraz emocjonalnego i
nastrojowego kontrastu wywołują we mnie skręt kiszek. Trochę lepiej jest w tych
bardziej wyciszonych i spokojnych fragmentach, gdy dźwięki te sprowadzają się
do muzyki tła – wtedy jest to dla mnie strawne, choć wciąż obojętnie. Rozumiem
chęć i potrzebę rozwoju muzyków, próbowania sił z czymś nowym i na pewno muzyka
taka znajdzie swoich adresatów, bo wykonawczo niewiele jej można zarzucić. Ja
tym razem adresatem nie jestem, uznam, że listonosz pomylił paczki, albo
operator skrzynki mailowej coś źle pokierował. Ja podziękuję, ale jeśli ktoś
lubi klimaty arabskie to śmiało można słuchać.
Nie rozumiem, nigdy nie rozumiałem, i zapewne w
swoim życiu już nie zrozumiem tego typu zabiegów. Jakieś „TheBestOf”-y, albo
nagrywanie ponownie starych numerów, bo brzmiały słabo, albo „a może zarobimy
po raz drugi” – patrz Cavalera wzorem Modern Talking… Dajcie spokój!
Jakiekolwiek by były pobudki, każda płyta zespołu jest jego integralną
historią, śladem odciśniętym „tu i teraz”, i poprawianie jej po latach, bo coś
nam się w głowie aranżacyjnie udoskonaliło, jest po prostu bezcelowe. Tak
właśnie zrobili Francuzi z Skaphos. Wzięli się i nagrali po cztery kawałki z
„Bathyscaphe” i „Thooï” w wersjach 2.0, i dumnie ogłosili, że oto nadchodzi
czwarty krążek. Stary / nowy. Powiem szczerze, że siadłem do „The Descent”
tylko i wyłącznie dlatego, że zespołu wcześniej nie znałem. I ku mojemu
zaskoczeniu, dostałem naprawdę nieźle po mordzie. Bo Skaphos tworzą muzykę black
/ death metalową na wysokim poziomie. Te osiem numerów to taka mieszanka
francuskiego bleka, z charakterystycznymi dla gatunku dysonansami i robiącymi
nieco zeschizowany klimat tremolo, z wpływami pobocznymi. Odniesień do twórców rzeczonego
odłamu jest tu chyba najwięcej, ale nie na zasadzie bezczelnego zrzynania, lecz
dobrze odrobionych lekcji. To jednak tylko rdzeń, bowiem panowie z Lyon
wrzucają do swoich kompozycji także garść Inquisition, Marduk czy Emperor (że
się tak bezczelnie od razu posłużę nazwami). Czyli melodii jest na tym
wydawnictwie całkiem sporo, zagranej zazwyczaj na pełnej prędkości, jadowitej i
zwodniczej. Jak już o prędkości... Z sekcją rytmiczną (konkretnie z perkusją)
mam mały problem. Bo o ile kolega Nathan naprawdę napierdala jak cyborg,
wrzucając tu i ówdzie bardziej techniczne momenty, tak drażni mnie zbyt
wypolerowane brzmienie tego instrumentu (zwłaszcza centrale, które notabene
śmigają na pełnej prędkości nawet w chwilach, gdy zespół zwalnia). Do tego
jednak można się z czasem przyzwyczaić, a „album” ten plusów ma zdecydowanie
więcej niż wad. Bo nie wspomniałem jeszcze, iż zespół, poza klasykami
blackmetalowymi, czerpie też z deathmetalowych mistrzów. W kilku miejscach
bardzo wyraźnie można usłyszeć nawiązania do Dead Congregation czy Immolation,
co jeszcze bardziej wzbogaca, i tak już mocno zróżnicowane, utwory. Skaphos
jawi się zatem tworem wartym uwagi, bo ich amalgamat wspomnianych gatunków jest
zdecydowanie wysokiej jakości. Co nie zmienia faktu, że nadal twierdzę, iż tego
rodzaju „poprawki historii” są swoistym wybrykiem natury. Ale nie mój cyrk, nie
moje małpy. Chcecie to sprawdzicie, choć ja bardziej bym poleciał po
dyskografii od początku, bo zdaje się, że warto.
Aurora
Disease to projekt, który powstał w 2015 roku na terenie Niemiec. Początkowo
było to przedsięwzięcie jednego artysty, do którego po czasie dołączyło trzech
innych. Niestety przedawkowania, zgony i rozstania spowodowały, że na ten czas,
Aurora Disease znów jest jednoosobową kapelą. To co można usłyszeć na
„Epitaph”, będącym trzecim albumem tego one-man bandu, jest czymś w rodzaju
post-black metalu. W dużym skrócie, to muzyka, która częściowo ma coś wspólnego
z diabelszczyzną, co objawia się podczas zimnych i dość zadziornych tremolo i
desperackich wokaliz, bo w gruncie rzeczy wydźwięk tego krążka jest
refleksyjno- depresyjny. Neurotyczne elementy kompozycji to gotyckie melodie,
wygrywane na gitarze klasycznej i fortepianie, a wszystko dopełniają syntezatorowe
pasaże, saksofonowe wtręty oraz czyste, żeńskie i męskie wokale. To awangardowa
mieszanka wpływów mrocznego, a może bardziej sentymentalnego rocka, black
metalu i modernistycznych rozwiązań. Momentami siecze ostro, aby w innych
chwilach zalać nas cierpiętniczym deszczem, ckliwych chwytliwości i na dokładkę
poczęstuje progresywnymi akordami, zapętlając odrobinę. Okresowo zabrzmi jak
rasowy bleczur, innym razem jak produkcje spod znaku 4AD, a niekiedy jak
progresywny rock w przebojowym wydaniu. Pomimo bardzo dużych rozbieżności
między poszczególnymi elementami tej układanki, o dziwo, wszystko do siebie
pasuje i płynnie wynika z jednego w drugie, ale cóż, to zupełnie nie moja
bajka. Bajka, która owszem, wykorzystuje black metalowe środki stylistyczne, ale
to nie uprawnia jej do określania tego materiału jako ten właśnie gatunek, gdyż
więcej tutaj landrynkowego czy też teatralnego melodramatyzmu niż czarciego i
szorstkiego smagania. Aurora Disease już na samym wstępie, w pierwszym kawałku
strzela sobie w kolano, bo czy ktoś słyszał kiedyś, nawet w jakiejś post-black
metalowej produkcji, że pan przy mikrofonie nuci sobie rozmarzone „na-na-na”?
Dobra, kończę, bo ja pierdole… ręce opadają.
Słowacja potentatem na rynku metalowym nie jest. I
wyjątki pokroju Malokarpatan czy Goatcraft wcale takiego stanu rzeczy nie
zmieniają. Nic zatem dziwnego, że do debiutanckiej płyty Hrob podchodziłem ze
sporym sceptycyzmem. Zespół to relatywnie świeży, bo bogaty jedynie w demo, wydane
jakieś trzy lata temu. Jako iż nie miałem okazji tamtego materiału sprawdzić,
nie za bardzo wiedziałem, czego się spodziewać. Włączyłem zatem „Bramy Chłodu”
i… niemal momentalnie zacząłem zbierać szczękę z podłogi. Bo co słyszę? Słyszę
piękne nawiązania do zespołu, który mimo iż istniał jedynie cztery lata, na
zawsze wszedł do death/doomowego panteonu. Oczywiście mam na myśli genialny
Disembowelment i ich niepodrabialne melodie, z charakterystycznie
wybrzmiewającą linia gitarową, której to na debiucie Hrob nie brakuje. Wzorzec
to ambitny, i niełatwy do naśladowania, a jednak w tym przypadku zastosowany
niezwykle umiejętnie, i co najważniejsze, z wyczuciem. Choćby dlatego, że muzycy
inspiracje płynące z Oceanii przeplatają wpływami bardziej nam geograficznie
bliskimi. Choćby takimi z Halifax. Wiecie, tymi od „Gothic” i tematów
pobocznych. Jest na tej płycie także wątek akustyczny w postaci „Medzihra”, osobiście
kojarzący mi się z wikińskim Bathory. No dobra, tyle w temacie porównań, bo
jeśli bym jedynie na nich zakończył, to byłoby to bardzo dla Hrob krzywdzące. Słowacy
z klasyków może i faktycznie czerpią, ale owe słyszalne wpływy ubierają we
własne szaty, w efekcie czego „Brána Chladu” to album, który jest totalnym
hołdem dla mistrzów z lat dziewięćdziesiątych, a jednocześnie autorskim odświeżeniem
tego teoretycznie wypłowiałego już odłamu death metalu romansującego z nieco
cięższym bratem. Jeśli dodamy, że wszystko tu brzmi niemal idealnie,
odpowiednio ciężko i na swój sposób dostojnie, to w zasadzie nie ma się do
czego przyczepić. Można wyróżnić na tej płycie kilka momentów, jak choćby
zajebiście bujający numer tytułowy na zakończenie, czy, chyba najbardziej
„australijski”, „Chrám Prázdnoty”, gdzie tempo zmienia się przynajmniej
kilkukrotnie, ale tak na dobrą sprawę całość stanowi potężny monolit bez
słabych punktów. Hrob nagrali naprawdę ciekawy album, którego przeoczenie
byłoby sporym zaniedbaniem. Ode mnie pełna rekomendacja.
Sparagmos’a
pamiętam przez pryzmat ich splitu z Lastwar i charakterystycznie wydanej
kasety, która w tej chwili wala się w jakimś kartonie z innymi taśmami, w
piwnicy moich rodziców. Tak naprawdę zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć, jak
leciała ich muza, bo w tamtych latach specjalnego wrażenia na mnie nie zrobili,
a poza tym chyba za bardzo nie mogli wtedy konkurować z kapelami, których
nagrania docierały do Polski z Zachodu. Tak więc reedycja ich drugiej płyty,
która pierwotnie ukazała się tylko na kasecie w 1994 roku, szybko naświetliła
sprawę i stała się całkiem miłą przypominajką czasów minionych. Nie będę
ściemniał i świrował na znawcę ówczesnej sceny w naszym kraju, bo poza kilkoma
szyldami, które miały w tamtych latach znaczenie, to miałem ją w dupie, ale
poczytałem trochę i dowiedziałem się, że po składance z zespołem z Wągrowca,
Sparagmos urósł do eksperymentatorów na naszej, death metalowej scenie. Po
przesłuchaniu obecnego „Error”, któremu mastering nadał dynamiczniejszego
brzmienia, lecz nie zburzył jego analogowości, muszę wszelkim źródłom przyznać
rację, ponieważ Warszawiacy mocno kombinowali, aby wyjść poza ramy tego, co w
pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych królowało w metalu śmierci. Robili
to, korzystając z wielu wzorców, bo na „Error” wyraźnie słychać łączenie thrash
i death metalu z progresywnymi zagrywkami, co kreowało chwilami dość połamane
aranżacje. Panowie pełnymi garściami czerpali z dokonań takich tuzów jak Morbid
Angel i Slayer, ale poza tymi, gwałtownymi akordami, które wyraźnie zalatywały
Amerykańcami, potrafili wpleść w swoje kompozycje, sporo zabiegów kojarzących
się z „Forest of Equilibrium” Cathedral czy „Shades of God” Paradise Lost.
Zatem nie był to zwyczajny thrash-death metal z technicznymi zawijasami, ale
przede wszystkim eklektyczna, ciężka muza, która nie bała się łączenia różnych
ujęć z dodatkiem nieoczywistych, awangardowych wtrętów. Ponowne wydanie tego
materiału przez Selfmadegod Records, to dobre posunięcie i przypomnienie
krążka, który jak i Sparagmos nie do końca został doceniony. Może poprzez fuzję
wyżej wymienionych elementów, która okresowo pobrzmiewała również tradycyjnym,
brytyjskim death metalem oraz małymi odjazdami w kierunku Type O Negative, była
zbyt nieliniowa i w związku z tym irytująca. Nie wiem, ale niewątpliwie kwartet
ten, nie chciał się zatrzymać na jednym, utartym wzorcu. Czy fani w 1994 roku
nie byli gotowi na „Error”, czy Sparagmos przez chęć bycia za wszelką cenę
oryginalnym, pogrzebał się sam. Teraz, z perspektywy trzydziestu dwóch lat i w
konfrontacji, z niektórymi, obecnymi, muzycznymi wykwitami, odpowiedź powinna
być łatwa. Jeśli nie znacie, to sięgnijcie po tą produkcję, gdyż warto.
Za każdym razem, kiedy pojawia się młoda kapela hailująca
staremu graniu, czuję jak miód leje się na moje uszy. Z dwóch powodów. Przede
wszystkim dlatego, że uświadamia mnie to, w jak wspaniałym dla (death) metalu
okresie przyszło mi dorastać, a po drugie, jeśli taki hołd dla pionierów oddany
jest co najmniej przyzwoicie, powoduje on u mnie przypływ nostalgii, i
dostarcza wyjątkowych wrażeń. W zeszłym roku, pod banderą Hammerheart ukazał
się rewelacyjny debiut Szwedzkiego Impurity. Dziś zatapiam się w dźwięki nowego
krążka, pochodzących z tego samego kraju, Xorsist. Pochodzącego z tego samego
kraju, i grającego muzykę równie oddaną klasykom rodzimego śmierć metalu.
„Aberrations” jest, ku mojemu zdziwieniu, już trzecim krążkiem grupy, co
oznacza, że poprzednie wydawnictwa jakoś ominęły mnie szerokim łukiem.
Szerokim, bo wyżej wymieniona nazwa nigdy nawet nie obiła mi się o uszy.
Przeoczenie czy ignorancja? To zależy jak na to spojrzeć. Zacznijmy od tego, że
panowie ze Sztokholmu ze spuścizny Entombed, Dismember czy Unleashed czerpią na
potęgę. W zasadzie wszystko na tym albumie odegrane jest według wzorca z lat
dziewięćdziesiątych. Jest odpowiednio zapiaszczone brzmienie, przeważające
średnie tempa z wyraźnie podkreślającym melodykę groov’em, są nawiązania do
punkowych korzeni, charakterystycznie melodyjne solówki, oraz klasyczny
deathmetalowy growl. Są też kawałki instrumentalne, czy tam akustyczne, i to
nawet dwa. Nowinek, technicznych czy kompozytorskich, na tych nagraniach nie
uświadczymy, co świadczy tylko i wyłącznie o totalnym oddaniu tych panów starej
szkole, i jedynej ścieżce, ścieżce lewej ręki. I generalnie wszystko jest tutaj
na swoim miejscu, i wszystko mi się zgadza, bo te dziesięć, nomen omen, ścieżek,
to kwintesencja gatunku, który ponad trzydzieści lat temu zrewolucjonizował
metalową scenę. Owszem, niektóre kompozycje są bardziej chwytliwe (Taki „Of
Where I Resie”, na przykład, to łamacz karku), inne po prostu trzymają poziom,
ale zaznaczyć trzeba, że riffowania metodą „kopiuj / wklej” jest tu jak na
lekarstwo. Może nie jest to aż tak mocny materiał jak debiut wspomnianego na
wstępie Impurity, ale na pewno wydawnictwo, które dla każdego fana
staroszkolnego szwedzkiego deathmetalu powinno być pozycją obowiązkową do
sprawdzenia. Bo niby nic rewelacyjnego, ale gęba się cieszy. Ode mnie, w skali
szkolnej, mocna czwórka. Nawet z plusem.