niedziela, 22 marca 2026

Recenzja / A review of Goatpsalm „Beneath”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Goatpsalm

„Beneath”

Aesthetic Death 2026

 

Goatpsalm pochodzą z Rosji. Jest ich trzech, a “Beneath” to czwarty (po dziesięcioletniej przerwie, podczas której muzycy uaktywnili się jedynie na czas kolaboracji z Horthodox) album sygnowany tą konkretną nazwą, bo innych zespołów i projektów pobocznych muzycy mają jeszcze kilkanaście. Jednocześnie jest to kolejny twór wymykający się sztywnym ramom gatunku, czy też gatunków. Bo nawet jeśli tym razem trzon muzyki Goatpsalm jest dość wyraźnie określony, to sposób w jaki panowie go ozdabiają, czy też przekształcają, zdecydowanie wybiega poza ogólnoprzyjęte standardy. Zresztą Aesthetic Death nie byliby sobą, gdyby wypuścili album bez własnego oblicza. „Beneath” można skategoryzować jako funeral doom. Bo rzeczywiście podstawą zawartej na krążku muzyki są ciężkie akordy, pełzające w gnilnym stylu melodie, i głębokie, growlujące wokale. Z tym, że do każdego z wymienionych elementów niezbędny jest dodatkowy komentarz, by zbytnio owego opisu nie upraszczać. Przede wszystkim riffy pojawiają się tutaj w dwóch wymiarach. W wersji ciężkiej na pierwszym planie, oraz czasami pod postacią majaczącej, nieco schowanej w tle. Ta drugoplanowa melodia może dość mocno kojarzyć się choćby z fińskim Dolorian, zarówno pod względem brzmienia gitary jak i snutej melodii. Panowie grają powoli, z czasem wręcz się zatrzymując, albo raczej przechodząc w mroczne klimaty ambientowe (druga połowa siedemnastominutowego „Exequires”, tocząca się jakby w zwolnionym tempie), czy też rytualno – etniczne (zagrany na instrumentach ludowych, z dodatkiem jedynie gitary basowej, „Kalbas Whispers of Death”). W tychże kompozycjach pojawiają się też różne wariacje wokalne typu szepty, jęki, jakieś majaczenia. Niebanalna jest konstrukcja tego albumu. Pierwsza jego połowa to, eksperymentalny, ale jednak, wspomniany funeral doom. Z czasem dryfujący w tajemnicze rejony z muzyką metalową mające niewiele wspólnego. Jednocześnie nie mniej, a nawet bardziej, mroczne i fascynujące. Można odnieść wrażenie, jakby z cmentarza przechodziło się ścieżką pełną kości i resztek truchła w tajemniczy las, tak gęsty, że strach staje się momentalnie najbliższym nam towarzyszem. Jednocześnie napięcie wzrasta proporcjonalnie do wyostrzających się człowiekowi w przedstawionej sytuacji zmysłów, i zaczyna działać wyobraźnia. Całość trwa trzydzieści pięć minut, i jest naprawdę niecodziennym doświadczeniem. Ukryty w tej muzyce niepokój i dreszcz emocji jest tak silnie uzależniający, że chce się do tych nagrań wracać wielokrotnie, niczym do ulubionej książki typu horror / thriller. Doskonale obraz malowany muzyką uzupełniają grafiki zdobiące to wydawnictwo. Jakieś laleczki Voodoo, kurze stópki, koraliki, wypełnione tajemniczą miksturą flakony, świeczki i kości… „Beneath” to niebanalna, intrygująca płyta, niesamowicie wciągająca i infekująca umysł. Czy muszę pisać, że polecam?

- jesusatan



 

Goatpsalm

“Beneath”

Aesthetic Death 2026

 

Goatpsalm hail from Russia. There are three of them, and “Beneath” is the fourth album (following a ten-year hiatus during which the musicians were active only for the duration of their collaboration with Horthodox) released under this specific name, as the musicians have a dozen or so other bands and side projects. At the same time, this is yet another work that defies the rigid boundaries of a genre, or genres. For even if the core of Goatpsalm’s music is quite clearly defined, the way the band embellishes or transforms it definitely goes beyond generally accepted standards. Besides, Aesthetic Death wouldn’t be themselves if they released an album without its own distinct identity. “Beneath” can be categorized as funeral doom. For indeed, the foundation of the music on this record consists of heavy chords, melodies creeping along in a putrid style, and deep, growling vocals. However, each of these elements requires further elaboration to avoid oversimplifying the description. First and foremost, the riffs appear here in two dimensions: in a heavy, foreground version, and sometimes as a hazy, somewhat recessed background melody. This background melody may strongly evoke, for instance, the Finnish Dolorian, both in terms of guitar tone and the melody itself. The band plays slowly, at times even coming to a halt, or rather shifting into dark ambient atmospheres (the second half of the seventeen-minute “Exequires,” which unfolds as if in slow motion), or ritualistic-ethnic sounds (played on folk instruments, with only a bass guitar added, “Kalbas Whispers of Death”). These compositions also feature various vocal variations such as whispers, moans, and some kind of “hallucinations”. The structure of this album is remarkable. Its first half is experimental, yet still the aforementioned funeral doom. Over time, it drifts into the secret realms, having little in common with metal music. At the same time, it is no less, and perhaps even more, dark and fascinating. One gets the impression of walking from a cemetery along a path strewn with bones and carcass remains into a mysterious forest, so dense that fear instantly becomes our closest companion. At the same time, the tension rises in proportion to the sharpening of one’s senses in this situation, and the imagination begins to run wild. The whole thing lasts thirty-five minutes, and it is truly an extraordinary experience. The anxiety and thrill hidden in this music are so addictive that you want to return to these recordings time and again, just like to a favorite horror or thriller book. The imagery painted by the music is perfectly complemented by the artwork adorning this release. Voodoo dolls, chicken feet, beads, vials filled with a mysterious potion, candles, and bones… “Beneath” is an original, intriguing album, incredibly captivating and mind-bending. Do I even need to say I recommend it?

- jesusatan

 

Recenzja Ildfar „Der ligger et land”

 

Ildfar

„Der ligger et land”

Purity Through Fire 2026

Nie wiem, jak było wcześniej, bo nigdy Ildfar nie wpadł do mojego odtwarzacza, ale najnowszy, czwarty już album tego solowego projektu, to różnorodna muzyka. Całość obraca się oczywiście w black metalowych ramach, które w poszczególnych aranżacjach ten zdolny Norweg, przedstawia w odmiennych ujęciach. Część utworów, to coś, co można przyrównać do twórczości Fenriza pod szyldem Isengard. Są to kawałki, w których Ildfar łączy folkowe czy też pogańskie melodie z zadzierżystymi riffami, stosując również zmienne wokale, złowrogo warcząc i śpiewając czystym, zalatującym epickością głosem. Kolejną grupę kompozycji stanowią te, które odlatują nieco od poprzedniego kanonu, koncentrując się, na ocierającej się o blackgaze ścianie dźwięków. To spokojne, pływające akordy, które mieszają się z tradycyjnymi tremolo, kreując wraz z niemalże gotyckimi wokalizami, melancholijną i depresyjną atmosferę, mocno zalatując manierami Varga. Obydwa, równolegle funkcjonujące na „Der ligger et land” podejścia do diabelszczyzny, korzystają z dobrodziejstw gatunku, co słychać w zimnym i ziarnistym brzmieniu, użytych formach kostkowania i mizantropijnym wydźwięku całości. Na przemian raczą agresywnym riffowaniem, nastrojowymi tremolando i podniosłymi, wikińskimi harmoniami. To do szpiku kości przesiąknięty nordycką tradycją krążek, z którego w każdym momencie jego trwania, sączy się skandynawska nostalgia, ból, gorycz i wściekłość. Muzyka płynie tutaj w stonowanym tempie, kreśląc hipnotyczne i podszyte mistycyzmem nuty. Wyprodukowana w brudny, bliski garażowemu sposób, w którym obecny szum, odgrywa niewątpliwie znaczącą rolę. Mnie jednak na „Der ligger et land” razi trochę dualizm, co wskazuje na niezdecydowanie ildfar w jakim kierunku ma iść. Czy podążać ścieżką wytyczoną przez Isengard i Burzum, czy uderzać we współczesne, rozmywające black metal tony.

shub niggurath




sobota, 21 marca 2026

Recenzja / A review of Cave Dweller „Showing Teeth”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Cave Dweller

„Showing Teeth”

Aesthetic Death 2026

Unfold, Pando... A na dokładkę Hivemind. Co owe projekty mają ze sobą wspólnego? No, poza sprawą oczywistą, czyli wydawaniem dla tej samej wytwórni, Cave Dweller to kolejne wcielenie Adama Bryanta muzyka odpowiedzialnego za pierwsze z dwóch wymienionych. Idąc tym tropem, wiadomo zatem, że i w Cave Dweller nie tworzy on muzyki lekkiej, łatwej i przyjemnej. Zresztą, jeśli ktoś pamięta, dałem temu wyraz pisząc kilka słów na temat wydanego ponad trzy lata temu „Invocations”, autorstwa rzeczonego gentlemana. „Showing Teeth” jest albumem… cięższym i dziwniejszym niż poprzednik. Pod słowem „cięższy” nie kryje się jedynie kryterium samego dźwięku, który często jest dudniący, wręcz przytłaczający, zwłaszcza w chwilach, gdy rolę przewodnią przejmuje mocno przesterowany bas, ale i pod odbiorem poszczególnych utworów. Bo te pięć kompozycji, zazwyczaj trwających pod dziewięć / dziesięć minut, naprawdę wymyka się łatwej kategoryzacji. To w przeważającej większości swobodne wariacje muzyczne, niemal czyste improwizacje, na temat neo flolku, ambientu, muzyki filmowej, po elementy doom metalowe (w bardzo umownym tego terminu znaczeniu), czy wręcz drone’owe. Po raz kolejny muzyk serwuje nam danie trudne w odbiorze, bo wyrywające się wszelkim podstawowym schematom, a jego ogarnięcie nie jest kwestią jednego odsłuchu. Choć nie zdziwię się, jeśli wielu tylko po jednym poleganie, tudzież nie dotrwa nawet do końca. Akcja na tej płycie toczy się niespiesznie, a poszczególne  partie potrafią zapętlać się, dręczyć, by nagle totalnie czymś zaskoczyć. Przykładem tego niech będzie „Sunirse Offering (The Valley as an Altar)”, gdzie przez ponad siedem minut wystawieni jesteśmy na mamrotany charczącym głosem monolog przy dźwiękach przypominających przewalające się w zardzewiałej rurze ściekowej kawałki blachy, tudzież innego gruzu, by pod koniec usłyszeć dzwoneczki, piszczałki i indiańskie grzechotki, wybijające rytmy w klimacie szamańsko rytualnym. Z kolei „Amanita Bisporigera” to wielki, chaotyczny dysonans, utwór, w którym praktycznie każdy pojawiający się nowy instrument gra sam sobie, niczym w jakiejś komedii absurdów. Chyba takim najbardziej możliwym do jakiegokolwiek zanucenia jest „Apallachian Alchemy”, dzięki prowadzącej ścieżce basu i najbardziej klasycznej strukturze. Natomiast zaznaczyć należy, że album ten opleciony jest czymś w rodzaju klamry, dwoma kompozycjami w których ważniejszy zdaje się przekaz słowny niż muzyczny. To coś na zasadzie prezentacji utworów poetyckich, w których głosu udzielił Stuart Harris, ze wspomnianego na początku Hivemind, do nieprzeszkadzającego zbytnio podkładu muzycznego w tle. Trudny to w odbiorze materiał, ale Aesthetic Death do takich zdążyli mnie już przyzwyczaić. Chcecie czegoś innego, pokręconego, stojącego daleko od metalu, a jednocześnie cholernie mrocznego? No to polecam Cave Dweller. Choć i tak zakładam, że większość z was się od tego jednak mocno odbije.

- jesusatan

 

 


Cave Dweller

“Showing Teeth”

Aesthetic Death 2026

 

Unfold, Pando... And to top it off, Hivemind. What do these projects have in common? Well, apart from the obvious fact that they are released by the same label, Cave Dweller is another incarnation of Adam Bryant, the musician responsible for the first two mentioned above. Following this line of thought, it is clear that Cave Dweller doesn’t create here light, easy, or pleasant music either. If anyone remembers, I expressed this when I wrote a few words about “Invocations”, released over three years ago, by the aforementioned gentleman. “Showing Teeth” is an album that is... heavier and stranger than its predecessor. The word “heavier” doesn’t only refer to the sound itself, which is often rumbling, even overwhelming, especially in moments when the heavily distorted bass takes the lead, but also to the reception of the individual tracks. These five compositions, usually lasting up to nine or ten minutes, are really difficult to categorize. They are mostly free musical variations, almost pure improvisations, on the themes of neo-folk, ambient, film music, with elements of doom metal (in a very inconventional sense of the term), or even drone. Once again, the musician serves us a dish that is difficult to digest, because it breaks all the basic patterns, and understanding it is not a matter of one listen. Although I won't be surprised if many people give up after just one listen, or don't even make it to the end. The action on this album unfolds slowly, and individual parts can loop and torment, only to suddenly surprise with something completely unexpected. An example of this is “Sunirse Offering (The Valley as an Altar),” where for over seven minutes we are exposed to a monologue muttered in a raspy voice, accompanied by sounds reminiscent of pieces of sheet metal and other debris rolling around in a rusty sewer pipe, only to hear bells, pipes, and Indian rattles at the end, beating out rhythms in a shamanic ritual atmosphere. In turn, “Amanita Bisporigera” is a great, chaotic dissonance, a piece in which practically every new instrument that appears plays on its own, as if in some comedy of the absurd. Probably the most hummable track is “Apallachian Alchemy,” thanks to its leading bass line and most classical structure. It should be also noted, that the album is intertwined with a kind of bracket, two compositions in which the verbal message seems more important than the musical one. It's something like a presentation of poetic works, with Stuart Harris from the aforementioned Hivemind providing the voice, accompanied by unobtrusive background music. It's difficult material to take in, but Aesthetic Death has already gotten me used to that. Want something different, twisted, far removed from metal, yet damn dark? Then I recommend Cave Dweller. Although I assume most of you will still be put off by it.

- jesusatan

Recenzja Tulus „Morbid Desires”

 

Tulus

„Morbid Desires”

Darkness Shall Rise Productions 2026

Minęły trzy latka i powrócili panowie z Tulus, proponując swoim odbiorcom kolejną odsłonę black metalu w autorskim wydaniu. Tym razem to dziewięć numerów, które lecą głównie w średnim tempie, zwalniając niekiedy i przechodząc w nastrojowe wyciszacze czy gniotące siermiężnie walce. Tak naprawdę to nic nowego, bo Norwedzy postępują zgodnie z wypracowanym przez lata działalności szablonem. Twarde, przybrudzone gitary, wysunięty do przodu bas, dźwięczna perkusja oraz charakterystyczne warczenie Blodstrup’a, pozostaną chyba już na zawsze bez zmienne. Podobnie jest z nonszalancją, z jaką poczynają sobie ci muzycy, kreując typowe dla siebie kompozycje, które czy to się komuś podoba, czy nie, robią swoje według utartego wzorca i mają w dupie, że już na poprzednim albumie motoryką i riffami zbliżają się do Khold. Jednakże na „Morbid Desires” tych analogii jest nieco mniej, ponieważ tercet ten potrafi również przygrzać zimnym tremolo i przejść w energiczną bujankę, zapożyczając akordy z rock’n’rolla. Znaleźć tu także można sporo odniesień do klasycznego heavy, co słychać w niektórych solówkach, z których kipi mroczny romantyzm bądź epickie harmonie. Tulus nie byliby sobą, gdyby nie wprowadzili kilku wcześniej niespotykanych w ich twórczości urozmaiceń, które aktualnie występują pod postacią wtrąceń w stylu flamenco, akustycznych przerywnikach, a także harmonijki ustnej, która idealnie wkomponowuje się w klimat ostatniego utworu na tej płycie, poświęconemu Black Sabbath. Oprócz sztywnego kręgosłupa black metalu od Tulus, który zawsze nadawał mu niebywałego zacięcia i siarczystości, Norwegowie na najnowszym krążku umieścili sporo chwytliwszych rytmów, co wniosło nieco lżejszej atmosfery. Na „Morbid Desires” jest więcej powietrza niż na poprzednich produkcjach, ale to nie dyskwalifikuje tego materiału jako rasowej diabelszczyzny, bo już nie pierwszy raz udowadniają, że umiejętnie użyte, obce wpływy, zmieniają tylko delikatnie architekturę black metalu, pozbawiając go schematyczności, która niekiedy może nużyć. Kolejny solidny album od tej brygady. Chwilami potraktowany w niekonwencjonalny sposób, co podbiło jego różnorodność. Jasne, że polecam.

shub niggurath




czwartek, 19 marca 2026

Recenzja Transilvania „Magia Posthuma”

 

Transilvania

„Magia Posthuma”

Invictus Prod. 2026

Tych herbatników znać raczej powinniście. Zwłaszcza jeśli scenę blackmetalową śledzicie na bieżąco. Austriacy wydali właśnie przed chwilą swój trzeci krążek, ponownie pod banderą Invictus Productions. Znajdziemy na nim kontynuację tego, co panowie prezentowali na „The Night of Nights” i „Of Sleep and Death”. Kontynuację, ale bardzo pomyślnie rozwiniętą, bowiem bardowie z kraju, w którym urodził się Adolf, z płyty na płytę swój styl sukcesywnie rozwijają i udoskonalają. Jeśli jednak powyższa nazwa nie jest wam znana, to spieszę donieść, iż Transilvania tworzą black metal będący mieszanką starej szkoły, sięgającej nawet pierwszej fali, z melodyjną odmianą fali drugiej. Jeśli w tym momencie przyjdą wam na myśl takie nazwy jak Tormentor, Bathory, i dodajecie do tego sporą szczyptę Dissection, to brawo, brawo, jesteście na odpowiedniej ścieżce dedukcyjnej. Tego ostatniego zresztą, jest tym razem jeszcze więcej niż dotychczas. „Magia Posthuma” nie wnosi do gatunku praktycznie niczego nowego, jednak jest wyśmienitą mieszanką wszystkiego co w wyżej wspomnianym temacie najlepsze. Jak tak sobie myślę, to elementy obu fal, w tak znamienity sposób, jest w stanie łączyć ze sobą tylko kilka zespołów. Malokarpatan, Negative Plane, może Funereal Presence… Ten album charakteryzuje przede wszystkim riffowanie i wspomniana wcześniej melodia. Ale melodia będącą synonimem trucizny, a nie lukru na tłusoczwartkowym pączku. Jednocześnie będąca mocno uzależniającą, bo wkręcającą się w głowę i nie dająca spokoju, jeszcze na długo potem, jak wybrzmiewa ostatni takt „The Faustian Bergain”, utworu z końcówką w stylu Immolation (nawet jeśli to nie ten gatunek muzyczny), zdecydowanie wolniejszą, teoretycznie wyciszającą. Kompozycje Transilvanian tradycyjnie mają w sobie tą chwytliwość, nie przekraczającą cienkiej linii, za którą stoi cała brygada zespołów mainstreamowych. Black metal w wydaniu Austraiaków jest takim black metalem, jakiego po prostu chce się słuchać. Klasyczne brzmienie, surowy wokal (przy okazji kilka pogłosów, czy wejść w wyższe rejestry) są tu uzupełniającymi całość elementami układanki. Może i znanej, ale na pewno lubianej. No chyba, że jest się ignorantem, tudzież innym malkontentem. Dla mnie nowy materiał Transilvania to wyśmienite danie na zasadzie, może o w tym temacie jestem nudny do obrzygania, schabowego. Ale ja, naprawdę, zawsze i wszędzie.

- jesusatan




Recenzja Feversea „Wormwood in the Veins of the World”

 

Feversea

„Wormwood in the Veins of the World” E.P.

Dark Essence Records 2026

Nigdy wcześniej bym nie przypuszczał, że kiedykolwiek i z taką siłą uderzy we mnie post-metalowa produkcja. Tak, właśnie ten gatunek uprawiają członkowie, pochodzącej z Oslo Feversea, która w zeszłym roku wydała swój debiutancki krążek, a szóstego marca wróciła z najnowszymi, czterema kawałkami w postaci tej epki. W sumie to jednoznaczne skategoryzowanie muzyki Norwegów nie jest do końca możliwe, bo części składowych jest w niej kilka. Feversea używają zabiegów znanych z takich gatunków jak sludge, post-punk, blackgaze, industrial czy rock alternatywny. Połączenie tych pierwiastków wygenerowało muzę o mocnym wyrazie, w której niepokojące tremolo przeplatają się z dysonansowymi akordami, przechodzącymi w typową dla shoegaze ścianę dźwięku, ocierającą się momentami o noise. W większej części materiał ten, to agresywne granie odznaczające się niebywałą dynamiką, ale potrafiące zatrzymać się na chwilę i przejść w spokojniejsze rytmy, racząc mrocznym romantyzmem w gotyckim stylu, na podobę tego, co niegdyś na albumie „Garlands” zaprezentowało Cocteau Twins. Norwedzy tworzą oryginalną i nieco awangardową muzykę, której mimo jej dusznego i dobitnego charakteru, dobrze się słucha, ponieważ w tutejszych, brutalnych i niezwykle klimatycznych zawiłościach, znajduje się również sporo melodyjnych, post-rockowych tekstur. Nie są to jednak słodkie czy melancholijne harmonie, bo swym ponurym usposobieniem, niosą ze sobą złowrogą i przesiąkniętą czernią aurę. Feversea komponuje swoje utwory z niezwykłą pieczołowitością, dbając o każdy szczegół i wysoki poziom stylistyczny, którego próżno szukać u innych wykonawców spod znaku post-metalu. To oryginalne ujęcie, pachnące powiewem świeżości, pozbawione banalnych cech i niczego nie udające. Ekscytuje swym naturalizmem i zmiennością oblicz, które serwują całą gamę emocji. Czysto wyprodukowane, ale o szorstkim brzmieniu gitar i nisko zawieszonej sekcji rytmicznej, a to co wyczynia wokalistka jest majstersztykiem. Ja od „Wormwood in the Veins of the World” nie mogę się oderwać. Zjawiskowa rzecz, którą zarekomendować mi tylko w pełni wypada.

shub niggurath




Recenzja Doodswens „Doodswens”

 

Doodswens

„Doodswens”

Svart Rec. 2026

 


Zespół, którego nazwę można przetłumaczyć na nasze jako „Życzenie Śmierci”, pochodzi z Holandii, a samozatytułowany krążek, którym delektuję się od dobrych dwóch tygodni, jest ich drugim w biografii pełniakiem. Jedynki nie znam, ale po tym, co to trio prezentuje na najnowszym wydawnictwie, czuję pilną potrzebę nadrobienia zaległości. Zacznijmy od tego, że Doodswens to black metal. I to black metal jak za starych, dobrych lat. Dodatkowo z gatunku tych, którym nie przykleja się od razu bezpośredniej łatki w temacie inspiracji, bo nawet jeśli zespół czerpie garściami ze spuścizny lat dziewięćdziesiątych, to wszelkie najlepsze wzorce przekuwa bezpośrednio na swój sposób. Nie będę ściemniał, i od razu na początku powiem, że jestem pod wielkim wrażeniem tego, co dzieje się na tej płycie w sferze wokalnej. Nie, nie dlatego, że spotykamy się z awangardowym sposobem operowania głosem, ale dlatego, że za krzyki na albumie tym odpowiada pani. A wiecie, że u mnie w tym temacie, to letko nie ma. Co ciekawe, kiedy się wsłuchać, to faktycznie można dostrzec ową kobiecą manierę, lecz w przypadku Inge (która zresztą w zespole również bębni, także podczas występów na żywo) chropowatość i moc strun głosowych porównać można do naszych rodzimych dziewczyn, JRMR czy Hekte Zaren. Ma kobitka zdrowie, trzeba przyznać. Wracając do muzyki, twórczość Dooswens zdecydowanie odzwierciedla to, co działo się na scenie północnej w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Nie jest to co prawda totalna surowizna brzmieniowa, jednak słychać, że prawidła starej szkoły także tutaj zostały zachowane. Same melodie są zadziorne, chłodne niczym styczniowy wiatr od morza, oparte raczej na niewyszukanych akordach, jednocześnie nie pozbawione chwytliwości czy doskonale wyważonej melodii. Pod tym względem najbardziej wpadającym w ucho jest chyba drugi na płycie „Verrot”, z wgryzającym się w głowę „refrenem”. Pod względem tempa mamy tutaj spory rozstrzał, od nieco bardziej nastrojowego „She Carries the Curse”, przez prędkości średnie, po rytmy konkretniejsze (acz do klasycznych blastów nie dochodzące). Muzycy zdecydowanie bardziej stawiają jednak na zimowy klimat swoich kompozycji niż bicie jakichś rekordów, czy zawijanie i łamanie aranży dla samej zasady. Tutaj niejednokrotnie większą krzywdę wyrządzają zapętlone harmonie, kłujące niczym napierający z naprzeciwka blizzard, pokazujące prawdziwą siłę black metalu, bezkompromisowego (bo nawet pospolitych „przeszkadzajek” na „Doodswens” nie znajdziemy. No chyba, że ktoś za takową nazwie akustyczny wstęp do „These Wounds Never Healed”), pierwotnego i oddanego Diabłu. Zanim w ogóle siadłem, by napisać o „Doodswens” kilka słów, wracałem do tej płyty wiele razy. Choćby dlatego, żeby sprawdzić, czy mój entuzjazm nie jest aby przesadzony. Nie jest. Panowie, i pani, nagrali naprawdę wyśmienity blackmetalowy (ileż to razy te słowa padły w powyższym tekście?) krążek, który jak się wkręci w głowę, to nie ma zlituj. Ode mnie najwyższa rekomendacja.

- jesusatan