czwartek, 17 września 2026

Recenzja Frozen Ocean „Askdrömmar”

 

Frozen Ocean

„Askdrömmar”

Apocalyptic Witchcraft 2026

Muzyk odpowiedzialny za Frozen Ocean, tworzy już jakiś czas, bo jego pierwsze demo ukazało się w 2005 roku. Od tamtego momentu trochę wydawnictw wypuścił na światło dzienne, a „Askdrömmar” jest jego najnowszym, dwunastym albumem. Nie sprawdzałem poprzednich, ale gdzieś obiło mi się o uszy, że ten Rosjanin parał się w przeszłości różnymi gatunkami, które mieszał z black metalem. Tak też jest na ostatnim krążku, lecz tutaj diabelszczyzna nie jest dodatkiem, ponieważ wiedzie prym, będąc trzonem tego materiału. Niemniej jednak jest to nowoczesne ujęcie black metalu, przy tworzeniu którego wykorzystano sporo elementów znanych z muzyki ambient, post-metal, rocka gotyckiego czy czystej elektroniki. Nie jest to jednak jakiś modernistyczny wykwit, który nie wie, dokąd zmierza. To współczesna forma bleka, o miejskim charakterze. Mechaniczne i beznamiętne riffy, nostalgiczno-depresyjne tremolo, posępne melodie wraz z cyfrowymi dodatkami, kreują klaustrofobiczny i dystopijny obraz teraźniejszych, miejskich dzielnic. Ociekające wilgocią ulice, skąpane we mgle i przebijających się przez nią świateł lamp budynki, skuleni i zmarznięci przechodnie, snujący się bez celu po chodnikach, bądź śpiesznie udający się w nieokreślonym kierunku. To właśnie wydźwięk black metalu w wykonaniu tego Moskwianina, który pomimo dość nastrojowego i chwilami melancholijnego usposobienia, potrafi przysolić lodowatymi akordami, obdarzonymi równie zimnym brzmieniem i niebywałą ostrością. Obok sentymentalizmu i małych, kosmicznych wycieczek, „Askdrömmar” to także pozbawiony jakichkolwiek uczuć bleczur, co podkreślają miejscami zdecydowane oraz mechaniczne riffy i zajadłe wokalizy. Płyta eklektyczna, ale nie pozbawiona pazurów i mroku, który w tym wypadku kojarzy się z urbanistycznym znojem i wyobcowaniem. Polecam, bardzo ciekawy krążek.

shub niggurath




środa, 16 września 2026

Recenzja Nuclearhammer „Xaos 333”

 

Nuclearhammer

„Xaos 333”

Iron Bonehead 2026

Aż trudno w to uwierzyć, ale Nuclearhammer’owi stuknęło właśnie dwadzieścia lat. Przynajmniej mi ciężko przyjąć ten fakt do wiadomości, bo zdaje się, jakbym słuchał ich debiutanckiego „Obliteration Ritual” dosłownie przedwczoraj. Zespół ostatnimi czasy nie był zbyt aktywny, wystarczy wspomnieć, iż, nie licząc wydawnictw wspominkowych, ostatnią płytę wydał dwanaście lat temu. Niektórzy nawet tak długo metalu nie słuchają, bo „wyrastają”. „Xaos 333” nie jest co prawda trzecim pełniakiem, jedynie trzyotworową EP-ką, ale, jak to się mówi, lepszy rydz niż Rydzyk. Filozofia muzyczna tych wykolejeńców z Ontario jest prosta. Napierdalać tak, by tynk sypał się z sufitu z intensywnością śniegu podczas zamieci, a taczki - gruzu było pełne. Te niespełna osiemnaście minut to klasyka warmetalowego grania. Same kompozycje proste są jak konstrukcja młotka. Kilka zapętlonych, wściekłych riffów, granych niczym po zarzuciu niebezpiecznych dla zdrowia i życia środków odurzających. Albo po intensywnej modlitwie do Pana Szatana, który to podczas owego rytuały chłopaków po raz kolejny natchnął. Ścieżki perkusyjne to praktycznie maniakalna kanonada blastu i tempa bardzo szybkiego, z bardzo nieliczną ilością przejść, czy innych odstępstw od reguły. Reguły „Im prościej, tym lepiej”. Reguły, która tyczy się także wokali. Owszem są dwa, i konsekwentnie się przekrzykują, ale stanowią one bardziej dodatkową ścieżkę soniczną niż przekaz do odczytu intelektualnego. Zaznaczyć jednak jestem zmuszony, że nawet przy takiej technicznej oszczędności, melodii się panowie nie ustrzegli. O ile oczywiście Państwo znajdują melodię w piosenkach wykonawców pokroju Blasphemy czy Tetragrammacide. Brzmią te nagrania adekwatnie do samej treści zasadniczej. Tu coś dudni, tam łomocze, jest gęsto jak w grochówce babcinej, a może i jeszcze gęściej. Zdziwi się jednak, kto wyjdzie z założenia, że to ściana dźwięku. Właśnie nie. Tutaj doskonale słychać wszystko to, co słyszalne być powinno. No chyba że ktoś na drewniane ucho, to już nie pomogę. No i tak sobie myślę, że wszystko lala i cacy, tylko szkoda, że… mało. Ja bym chętnie potaplał się w tym stygnącym cemencie jeszcze z kwadrans dłużej. Trzeba jednak brać co dają, zwłaszcza jeśli jest tak dobre jak „Xaos 333”. Oby kolejne sarinowe wymioty naszły Kanadoli szybciej niż za kolejne dwanaście lat.

- jesusatan




Recenzja Les Bâtards Du Roi „Ici Meurt ma Joie”

 

Les Bâtards Du Roi

„Ici Meurt ma Joie”

Les Acteurs de l’Ombre Productions 2026

Francuzi na swojej, najnowszej epce kontynuują historyczne opowieści, które ubierają w black metalowe dźwięki. W dalszym ciągu rzępolą melodyjną diabelszczyznę, której harmonie podbijają klawiszowym podkładem i nastrojowymi przerywnikami, takimi też wstępami do utworów czy ich wyciszaczami. Wydawnictwo „Ici Meurt ma Joie” to trzy utwory, przedstawiające dalsze losy dwóch braci, którzy na poprzedniej płycie zabili władcę pewnego królestwa, pozostawiając je w ruinie. W swej podróżydocierają do wioski, opanowanej przez czarownice, którym w końcu ulegają i tak dalej. Zatem jak się domyślacie bleczur od Les Bâtards Du Roi jest atmosferyczny oraz nieco teatralny. W sumie to nic nowego, bo panowie grają w ten sposób od początku, serwując upojne chwytliwości za pomocą zimnych i ostrych gitar, wzmocnionych przez sekcję rytmiczną i wspomniane parapety. To okresowo, twardo brzmiący black metal o zajadłych wokalach, który poza klimatycznością i wszędobylską melodyką, oferuje także czasami trochę siarczystości i zapachu smoły. Niemniej jednak to typowe dla tej kapeli ujęcie czarciego gatunku, które spodoba się przede wszystkim fanom śpiewnej rogacizny, która buja kojąco i rozmarza. Porywająca muzyka o pompatycznym i melodramatycznym charakterze, oferująca również sporo lodowatych tremolo w szybkim i średnim tempie, których temperatura delikatne odmrożenia spowodować może. Żadna to nowa propozycja od Les Bâtards Du Roi, która co prawda rozwija historię z poprzedniego albumu, ale robi to, używając do tego tych samych mamideł jak wcześniej.

shub niggurath

Recenzja Dissimulator „Artifice Dissolves”

 

Dissimulator

„Artifice Dissolves”

20 Buck Spin (2026)

Kanadyjska supergrupa Dissimulator, w której składzie udzielają się muzycy znani z takich grup jak Chthe’ilist, Beyond Creation, Zealotry, Atramentus czy Exxul właśnie wracają na undergroundowe salony ze swoim drugim albumem zatytułowanym „Artifice Dissolves”. Spore zamieszanie, które wywołał „Lower Form Resistence” chyba utwierdziło muzyków w przekonaniu, że dobrym pomysłem będzie podążanie tą ścieżka, bo „Artifice Dissolves” w zasadzie jest kontynuacją tego, co słyszeliśmy na debiutanckim materiale ekipy z kraju klonowego liścia­. Trzy kwadranse ze wzorowo wykonanym, technicznym thrash metalem, skąpanym w gatunkowej tradycji i podlanej post-schuldinerowym sosem w zasadzie doskonale oddaje muzyczną istotę Dissimulator. Chirurgicznie precyzyjne partie gitar, wycinające riffy ze specyficznym, metalicznym posmakiem, gęsto szyty bas i perkusyjne kanonady wielokrotnie wykonują tu ukłony w stronę takich artystów jak Obliveon, Anacrusis, Voivod czy nawet Ripping Corpse. Mimo to muzycy Dissimulator coraz mocniej potrafią z tych zrecyclingowanych fragmentów i inspiracji stworzyć coś własnego, coś co wyraźniej zakreśla ich styl. Jest on co prawda mocno oparty o inspiracje konkretnymi artystami, ale jednak zestawiony z tym specyficznym, surowo-metalicznym brzmieniem wydaje się być bardzo autorski, sprawiający, że aktualnie trudno by było pomylić Kanadyjczyków z kimkolwiek innym. Z drugiej strony trudno mi nie oprzeć się wrażeniu, że wraz z pewnym okrzepnięciem stylu zniknęła pewna dzikość i naiwna szczerość debiutanckiego albumu, nacechowana dużą dawką energii i nonszalancji. Jest to też powód dla którego nowej propozycji Dissimulator nie chce mi się jakoś specjalnie słuchać. Rozum mówi, że jest tu pograne fest, wszystko się zgadza i niespecjalnie jest się do czego przyczepić (poza faktem, że za wiele nowego tu nie ma), ale brakuje mi w „Artifice Dissolves” pewnej muzycznej treści, serducha, powodu, dla którego chciałbym do tego materiału wracać. Mamy tutaj po prostu Dissimulator 2.0 – granie podobne do tego co słyszeliśmy na debiucie - trochę bardziej okrzepnięte, wzorowo wykonane, nieco mniej szalone. Jeśli to jest dla Was wystarczająca rekomendacja to nie widzę powodów, żeby Was zniechęcać, tym bardziej, że „Artifice Dissolves” to naprawdę dobry album. Niemniej, mi wystarczy w tym przypadku debiut.      

Harlequin




wtorek, 15 września 2026

Recenzja Soothsayer „The Unbinding”

 

Soothsayer

„The Unbinding”

Apocalyptic Witchcraft Rec. 2026

Soothsayer to kwartet muzyków z Cork, w Irlandii. Panowie muzykują wspólnie od jakichś trzynastu lat, i dochrapali się w tym okresie dwóch EP-ek, splitu, albumu live, oraz debiutanckiej płyty. Ta ostatni ukazała się pięć lat temu. Najwyższy był zatem czas na następcę „Echoes of the Earth”. Stąd też niedawno światło dzienne ujrzał „The Unbinding”, materiał składający się z pięciu nowych kompozycji, będących naturalnym wynikiem ewolucji muzyki rzeczonego bandu. „Czymże jest ta twórczość?” zapytają zapewne ci, którzy nazwę Soothsayer słyszą po raz pierwszy. Ano… tak na dobrą sprawę niczym nowym ani nowatorskim. Panowie nie odkrywają bowiem Ameryki, łącząc w swoich kompozycjach ciężar z pogranicza doom / sludge z przyspieszeniami wyciągniętymi z worka podpisanego „druga fala black metalu”. Z tym jednak zastrzeżeniem, że nawet biorąc pod uwagę licznych przedstawicieli takiego odłamu, Irlandczycy znaleźli w tym całym grajdołku swoje własne miejsce, zaznaczając je, niczym piesek na spacerze, stylistyką, której nie przykleisz twardo pod żadną inną ,bardziej klasyczną nazwę. Trzeba przyznać, że utwory na „The Unbinding” zawierają cały przekrój stylów riffowania (od powolnych, masywnych akordów, po szybsze kostkowanie), melodii (od ponurych i wpędzających w depresyjny nastrój, po niemal wesołe, trochę punkowe), czy wokali (growle, śpiewy, efekty). Gdyby uogólniać, zdecydowanie więcej na tej płycie klimatu, tempa wolnego, i budowania napięcia. Siląc się na porównania mógłbym rzucić tutaj nazwami pokroju My Dying Bride (wczesny), Novembers Doom, Doom:VS czy The Moth Gatherer. Natomiast malując dźwiękiem, wyszedłby mi pewnie jakiś ponury, szary pejzaż, możliwe że dawno opuszczonego i zapomnianego  miejsca. Soothsayer potrafią bardzo umiejętnie dozować napięcie, utrzymywać w ciągłym oczekiwaniu, nie nudzić i nie zagadywać odbiorcy, nawet jeśli ze ścieżki głównej chwilami nieoczekiwania schodzą i zaskakują nieoczekiwanymi pomysłami. W zasadzie na „The Unbinding” jest tylko jeden element, który mi nie do końca pasuje, a są nim zbyt podniosłe chyba, trochę pompatyczne śpiewy w ostatnim, najdłuższym na płycie „A Vague Shimmer”. Poza ta jedną, niezbyt głęboką zresztą rysą, przyznaję, że Soothsayer w swoim gatunku mogą zdecydowanie konkurować z elitą. Warto w wolnej chwili zwrócić na nich uwagę.

- jesusatan




Recenzja Hardiesse „Tristesse Vespérale”

 

Hardiesse

„Tristesse Vespérale”

Antiq 2026

Hardiessie pochodzi z Francji, a w skład tego bandu wchodzi między innymi gość odpowiedzialny za takie wykwity jak Hyver i Grylle. Wiedząc o tym, sceptycznie podchodziłem do tego materiału, który jest MLP i zarazem oficjalnym debiutem tego szyldu. Cóż, o dziwo jest tutaj dość dobrze. To oczywiście black metal, który jako Hardiesse wypada całkiem dobitnie. Brzmienie gitar jest wyraziste, którego siłę podbija intensywna sekcja rytmiczna oraz srogie wokalizy. Muzyka to jak na wspomnianego Francuza przystało, jest mocno zakorzeniona w średniowieczu, czego wyrazem są słowa, nawiązujące do ówczesnego języka francuskiego oraz… no kto zgadnie? Tak, chodzi o melodię, które mogłyby posłużyć jako ścieżka dźwiękowa do niejednego filmu o rycerzach. Materiał płynie w tempach zróżnicowanych, zapodając harmonijne tremolando i sporo rytmicznego, a także biczującego kostkowania, snując epickie opowieści o czasach pradawnych. Płytka ta skomponowana jest z zaangażowaniem i chyba ci dwaj panowie naprawdę wierzą w to co robią, bo wymowa „Tristesse Vespérale” jest dosyć tęga. Riffy i brzmienie uderzają z krzepą zwłaszcza podczas wzniosłych chwytliwości, choć w tych chmurnych i mniej melodyjnych momentach również pary im nie brakuje. Szkoda tylko, że całość usadowiona jest w średniowiecznych klimatach, które nie są moją bajką i z black metalem (poza nielicznymi wyjątkami) korespondencja z nimi raczej słabo wychodzi. Jeśli komuś podobają się wydawnictwa, niosące ze sobą diabelszczyznę o anturażu rodem z wieków średnich i jak w tym przypadku o mocnym charakterze, to niech sprawdza.

shub niggurath




 

poniedziałek, 14 września 2026

Recenzja Hexbane „From Hell”

 

Hexbane

„From Hell”

The Circle Music / Hell’s Fire Rec. 2026

Dziś mała przystaweczka. Zespół nowy, lecz ludzie za nim stojący do nowicjuszy nie należą. Można wręcz powiedzieć, że to taki mały all-stars band. Kogo my tu mamy… Jest The Magus (tu wymieniać zasług chyba nie trzeba), George Emmanuel (Rotting Christ, ex), Tas Danazoglou (ex. Electric Wizard), no i Faust (wiadomo).  „From Hell” to tylko dwa kawałki, trwające łącznie koło dziesięciu minut. Natomiast muzyka tego kwartetu to taka mieszanka Grecji ze Skandynawią. Same struktury obu kompozycji zawierają zarówno to, co cechuje Helladę, jak i skute lodem północne szczyty. Linie perkusyjne w pierwszym kawałku to typowy dla Rotting Christ czy Varathron beat, po którym od razu wie się, skąd muzycy pochodzą. Podobnie sprawa ma się z gitarami, które w kawałku tytułowym lekko wskazują na Grecję, aczkolwiek nieprzesadnie nachalnie, bo wkrada się do nich też trochę drugiej fali z przeciwległego krańca kontynentu. Jak wypadają wokale chyba tłumaczyć nie należy, zwłaszcza wiedząc, kto za nie odpowiada. W drugiej połowie „From Hell” panowie na chwilę zwalniają, i wówczas wchodzimy w nastrój nieco bardziej melancholijny. „Nefarious Spells” to podobna mieszanka (pod koniec słyszymy naprawdę niezłe tremolando, a także wskakujemy na chwilę w rytm d-beatowy), i powiem wam szczerze, że miks obu wzorców stylistycznych wychodzi tym gentlemanom naprawdę ciekawie. Nie ma w tym może niczego, co totalnie porywa, ale na pewno nie jest to granie jakich na rynku wydawniczym pełno. Zajawka zatem jakaś jest, całkiem niezła, ale zastanawiam się, jak Hexbane rozwiną swoje pomysły na dłuższym wydawnictwie, które zapewne za czas jakiś będzie dane nam usłyszeć. No chyba, że to taki jednorazowy eksperyment, choć to nie wierzę. Czekać z wypiekami na twarzy nie będę, ale nazwę zapamiętuję.

- jesusatan