Species
„Changelings”
20 Buck Spin 2025
Tak sobie czasem myślę, że chyba najłatwiej tworzyć wariacje na tematy warmetalowe. Nieco więcej umiejętności wymaga kultywowanie oldskulowych tradycji deathmetalowych, czy to o szwedzkim, czy amerykańskim rodowodzie. Ale, powiedzcie sami, ile jest zespołów, które na najwyższym światowym poziomie potrafią tworzyć muzykę opartą o spuściznę mistrzów grania technicznego i progresywnego? Relatywnie niewiele. Debiutem rodzimego Species mocno się swego czasu zachwycałem, mimo, iż nie jest to do końca moje granie. To był taki wyjątek od reguły. Za chwilę panowie wracają z albumem numer dwa, a wiadomo, że po płycie pokroju „To Find Deliverance” poprzeczka ustawiona została niebywale wysoko. Mówi się, że muzyka to nie zawody, a mimo to zawsze jednak gdzieś tam porównujemy, ustawiamy w hierarchii i tak dalej. „Changeling” jest płytą nieco inną, co w przypadku tego zespołu było dla mnie oczywiste zanim jeszcze ją po raz pierwszy włączyłem. Chłopaki są bowiem zbyt ambitni by dreptać w miejscu. Nie powiem, by „Changelings” mnie specjalnie zaskoczył. Spodziewałem się jeszcze większego nacisku na granie progresywne, i dokładnie w tym kierunku Species skręcili. Mniej zatem w nowych kompozycjach pierwiastka thrashowego, więcej nawiązań do wczesnego Cynic, Atheist czy późnego Death. Na płycie tej nie ma w zasadzie klasycznych struktur w temacie zwrotka / refren. Muzyka płynie sobie tylko chcianym nurtem, co chwilę skręcając w bok, lawirując między pomysłami, których jest tu wystarczająco dużo, by obdzielić nimi przynajmniej pięć innych albumów. Przy pierwszym podejściu do „Changelings” można się mocno zdziwić i niejednokrotnie stracić wątek. Nie jest to jednak, jak wielu z was zapewne w tym momencie podejrzewa, muzyczny onanizm. Po kilku rundkach wszystkie te łamańce zaczynają się krystalizować w głowie, i układać w niezwykle zróżnicowaną i mocno malowniczą całość. Niezaprzeczalnie dzieje się tak dzięki wyjątkowym umiejętnościom technicznym muzyków, którzy w bardzo dojrzały sposób łączą ze sobą elementy technicznego death, technicznego thrashu, czy nawet jazzu, jednocześnie zachowując, może nieco schowaną w tle, ale jednak, drapieżność. Co ciekawe, słuchając tych piosenek można odnieść wrażenie, że każda z nich jest inna, każda ma swój własny charakter. A mimo to wszystkie zazębiają się i wzajemnie uzupełniają. Mocno chłopaki tu pokombinowali, oj mocno, także pod względem strukturalnym, nie stroniąc choćby od świetnego instrumentala „Voyager”, po dziesięciominutowego kolosa „Biological Masterpiece” na zakończenie. Wydaje mi się, że nagrali go celowo, trochę by pokazać, że potrafią. I faktycznie, potrafią! Jeden eksperyment im się co prawda nie udał, bo w „Waves of Time” pojawiają się czyste, śpiewane wokale, które działają na mnie niczym płachta na byka, i najchętniej bym je wyjebał w pizdu, ale w ogólnym rozrachunku jakoś można tego babola przełknąć. Materiał ten, podobnie jak w przypadku debiutu, brzmi fantastycznie, a nisko plumkający, jednocześnie wyraźnie słyszalny bas, robi mega robotę. Czuć w tej muzyce nieczęsto spotykany klimat, czuć szczerość, i nawet jeśli chwilami słyszymy tu bardzo wyraźne nawiązania do wspomnianego „Focus” czy „Sounds of Perseverance”, to jest to raczej rozwinięcie myśli autorów owych klasyków niż bezczelne naśladownictwo. Po raz kolejny jestem pod wielkim wrażeniem. Powiem więcej. Uważam, że obecnie na krajowej scenie w rzeczonym gatunku panowie nie mają sobie równych, a i w skali światowej prezentują poziom najwyższej półki. Ode mnie oklaski na stojąco!
- jesusatan

Spoko że kawałek The Essence się rozszedł po sieci i dobił do 60k wyświetleń, powiedziałbym że ewenement jak na polski underground
OdpowiedzUsuń