czwartek, 7 sierpnia 2025

Recenzja Shadows „Miseria”

 

Shadows

„Miseria”

Independent 2025

Shadows to niemiecko szwedzki zespół założony zaledwie trzy lata temu przez muzyków udzielających się między innymi w Visceral Bleeding, The Berzerker czy Ominous. Panowie zarejestrowali dotychczas demo, a pod koniec wakacji planowane jest wydanie przez nich debiutanckiego krążka o widocznym powyżej tytule. Tytuł ten niezwykle wiernie oddaje to, co na rzeczonym krążku znajdziemy, bowiem rzeczywiście jest to typowa „mizeria”. Tak z gatunku blackmetalowych, zabarwionych nieco deathmetalowym posmakiem. Zacznijmy od samych kompozycji. Większość z nich utrzymana jest w szybkim tempie, i zwolnień tu niewiele. Sporo za to skandynawskich melodii, typowych dla okresu drugiej fali, głównie z okolic Szwecji. O ile twierdzenie, że „to nic nowego ani odkrywczego” nie jest, przynajmniej dla mnie, żadnym argumentem przeciw, tak w przypadku Shadows powiedzieć trzeba jasno, że trochę to jednak za bardzo monotematyczne i zawierające faktycznie melodie słyszane tysiące razy. O ile płyta jest bardzo równa, i ciężko znaleźć na niej jakieś, zarówno dołujące, jak i wybijające się numery, tak słuchanie jej na dłuższą metę staje się strasznie nużące. Owszem, panowie grać potrafią, i słychać, że doświadczenie muzyczne posiadają, lecz nie przekłada się to zbytnio na słuchalność tego krążka. „Miseria” to w najlepszym przypadku album mogący w metalowym pubie robić za tło do posiadówki przy piwie, gdzie nikt tak naprawdę na muzykę nie zwraca uwagi, o ile ona wybitnie nie wkurwia. To, pod względem czysto kompozytorskim. Jeśli natomiast chodzi o brzmienie, to także nie jest ono w tym przypadku atutem. Stanowi przykład typowej, nowomodnej produkcji, gdzie wszystkie ścieżki zostały legancko wyczyszczone przez komputer, przez co kompletnie pozbawione organiczności. Oczywiście jeśli ktoś lubi sound w stylu Behemoth, czy im podobnych, to i z Shadows się zakoleguje i wspomniana produkcja przeszkadzać mu nie będzie. Bardziej wrażliwi na taką polerkę poczuć mogą z kolei lekkie mdłości. Zrobiłem sobie z mizerią dwie rundki i żegnam się bez żalu. Potencjału w tym tworze nie znajduję, wracać nie zamierzam, niech sobie tego słuchają fani współczesnego black czy death  metalu. Im w szczególności dedykuję nu-metalową końcówkę „Spring Sleepwalker”, będącą niczym czarna dziura w i tak niezbyt zdrowo wyglądającym uzębieniu.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz