Zatokrev
”...Bring Mirrors to the Surface”
Pelagic Rec. 2025
Zatokrev był dla mnie zespołem dotychczas nieznanym. Dlatego też, kiedy po raz pierwszy spojrzałem na nazwę, przekonany byłem, że to jakiś band zza naszej wschodniej, ewentualnie południowej granicy. Jeśli za taki kraj uznamy Szwajcarię, to by się nawet zgadzało, bo to właśnie stamtąd Zatokrev pochodzą. Natomiast ”…Bring Mirrors to the Surface” jest ich już piątym, w ponad dwudziestoletniej karierze, albumem. Albumem, który jest, przynajmniej w określonym gatunku, prawdziwą perełką. Zawiera bowiem ponad godzinę muzyki z gatunku sludge doom metalu. Tak przynajmniej możemy ją określić, by wiedzieć mniej więcej z której szufladki wyszła, a nieco dokładniejszym drogowskazem niech będą porównania do Cult of Luna czy Neurosis. Cały szkopuł w tym, że nie jest to materiał typowy. Niezaprzeczalnie jego podstawą są powolne, często mozolnie rodzące się melodie, ubrane jednocześnie w niesamowity ciężar. Akcja na tym krążku toczy się powoli, płynie niczym lawa, co chwilę zatapiając słuchacza w niebanalnych melodiach i uderzając potężnymi riffami. Lata temu grałem w grę o tytule „Sacred 2”, w której to, poza misją główną, było od cholery pobocznych, równie ciekawych, a czasem jeszcze ciekawszych niż zadanie główne. ”…Bring Mirrors to the Surface” ma podobna strukturę. Mnóstwo w tych, niekrótkich, bo często przekraczających dziesięć minut kompozycjach smaczków, zmian tempa, elementów nawiązujących, a to do post sludge, post hard core’a, czy z drugiej strony nawet do death metalu. Nie oczekujcie, że będę wskazywał je palcem, bowiem jest ich zbyt wiele. Powiem tylko, że ta mozaika gatunków w przypadku Zatokrev wypada po prostu fenomenalnie. Cały album, pomimo swojej długości, ani przez chwile nie nuży, nie sprawia wrażenie wtórnego czy przekombinowanego. Tutaj wszystko układa się w tak spójną i wciągającą całość, że można poczuć się ubezwłasnowolnionym, a sposób w jaki Szwajcarzy utrzymują w swojej muzyce napięcie jest najwyższej klasy kunsztem. Podobnie jak produkcja tego albumu, mimo iż relatywnie nowoczesna, to niesamowicie masywna i odpowiednio zapiaszczona. Dzięki temu, te osiem numerów gwarantuje niesamowitą podróż przez krainę dźwiękiem malowaną. Podróż, która kończy się zdecydowanie szybciej, niż byśmy tego chcieli. Dlatego też, zanim zaczniecie odkrywanie ”…Bring Mirrors to the Surface”, upewnijcie się, że macie dobrych kilka godzin wolnego czasu. Bo te nagrania nie pozwolą wam na zbyt wczesne rozstanie. Niesamowicie intrygująca i uzależniająca muza. Gorąco polecam.
- jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz