Imperishable
„Revelation
In Purity”
Everlasting Spew Records 2025
Imperishable
to amerykańska „super-grupa”, która pod koniec sierpnia wyda swój debiutancki
album. Skonstruowali go trzej panowie, czyli Brian Kingsland (Nile), Derek
Roddy (Hate Eternal) oraz Alex Rush (Olkoth). Zawiera on siedem numerów, za
pomocą których tercet ten katuje swoich odbiorców przez nieco ponad pół
godziny. Nie spodziewajcie się jednak nie wiadomo jakich fajerwerków po
„Revelation In Purity”, bo takich przeważnie oczekuje się od projektów
założonych przez „gwiazdy”, ale trzeba przyznać, że Amerykanie radzą sobie
tutaj bardzo dobrze. Zresztą rzeźbią przecież w tym gatunku nie od dziś więc
inaczej być nie może i wykorzystując swe umiejętności młócą żwawo. Ich death
metal to klasycznie potraktowana muza, która w odpowiednim stopniu została
polana smołą i posypana siarką, zatem Szatan i jego wyznawcy mogą być
szczęśliwi. To zbiór agresywnych blastów i tremolo z dodatkiem
schizofrenicznych zagrywek, poprzecinanych dzikimi i zalatującymi mistyką
solówkami, nad którymi unoszą się niezbyt głębokie, lecz zdecydowane i posępne
growle Brian’a Kingsland’a. Wiosła oczywiście posiadają konkretne strojenie, co
powoduje, że plątanina akordów wydaje się być hipergęsta w czym niemały udział
ma rzecz jasna sekcja rytmiczna, dodająca całości słusznej wagi i mocy. Imperishable
na pierwszej płycie poczynają sobie nie tylko w tradycyjnym stylu i dodają do
niektórych kompozycji trochę klimatycznych zwolnień o delikatnie pogańskiej
melodyce i takiż, śpiewanych wokaliz, wyraźnie kojarzących się z późniejszym
Emperor. Energiczna i diaboliczna muzyka w pełni nawiązująca do lat
dziewięćdziesiątych, z której sączy się obrazoburczość i złowroga atmosfera.
Intensywnie mknie do przodu, lecz i gniecie okrutnie. Urozmaicony kilkoma,
black metalowymi patentami, żarłocznie pochłania światło, zsyłając mrok.
Miłośnicy satanicznego metalu śmierci nie będą zawiedzeni.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz