Nekro Cvlt Desecration
„Purification in the
Witchcraft Flames”
Murder Rec. 2025
Jeśli zespół
pochodzi z Wenezueli, nazywa się Necro Cvlt Desecration, na okładce ma demony i
wiedźmy, to przecież wiadomo, że jesusatan będzie przebierał raciczkami i
skakał wesoło wokół ogniska, nie? A jeśli intro do „Purification in the
Witchcraft Flames” idealnie obrazuje ową okładkę i tytuł, to napięcie zaraz
osiąga stan maksymalny. To co następuje chwile później to prawdziwy, thrashowy,
południowoamerykański wpierdol w starym stylu. Panie i panowie, zero
nowatorstwa, zero jakichkolwiek znamion nowoczesności, czy to pod względem
brzmienia, konstrukcji utworów, tnących niczym brzytwa riffów, czy
czego-kurwa-kolwiek. Chłopakom nie chodzi o szukanie nowych ścieżek. Oni,
podobnie jak bywalcy wesołego miasteczka, chcą ponownie wsiąść na rollercoaster
(w tym przypadku bardziej do wehikułu czasu) i poczuć adrenalinę raz jeszcze
(czytaj: siać rozpierdol, jak to robili znani i zasłużeni cztery dekady temu).
Nekro Cvlt Desecration w większości prą mocno do przodu. Oczywiście nie mam tu
na myśli blastów we współczesnym tego słowa znaczeniu, ale pewne rzeczy sobie
chyba na wstępie wyjaśniliśmy. Jest to zatem raczej szybszy punkowy d-beat,
dyktujący tempo idealne do trzepania łbem. Gitarowo - czysta klasyka. Bez
udawania że się gra, tutaj każda chwila wypełniona jest słyszanymi zapewne
mnóstwo razy riffami, granymi z takim zapałem i radością, że jestem sobie w
stanie wyobrazić uśmiechnięte japy muzyków w studio podczas nagrywania tych
dziewięciu piosenek. Czasem gdzieś przemknie krótkie solo, w innym miejscu
pojawia się chórki, nawet skrzypkowy wstęp mocno kojarzący mi się z „Into the
Pandemonium”, ale piącha wzniesiona w górę to nie opada od początku do samego
końca. No i oczywiście to, o czym nadmieniłem na wstępie, czyli ten
niepowtarzalny klimat kontynentu, na którym ten materiał się zrodził. Jak już o
tych uśmiechach wspomniałem, to naprawdę przy Necro Cvlt Desecration mam przed
oczami widok Michała, z wielkim bananem na twarzy, napierdalającego w swój
zestaw podczas koncertów Brüdnego Skürwiela. Zgaduję, że chłopaki z Wenezueli
tak samo mocno kochają to co grają, tyle samo wlewają w swoją twórczość emocji,
i tak samo nią żyją. A jeśli muzyka tworzona jest z takim zapałem, to
naturalnie infekuje także odbiorcę. Powtórzę zatem raz jeszcze. Ten krążek to
kompletnie nic nowego, ale jeśli kochacie takie odgrzewane klimaty zagrane na
wysokim poziomie, to sobie kupcie „Purification in the Witchcraft Flames”, bo
tak brzmi prawdziwy oldskulowy metal!
- jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz