sobota, 9 sierpnia 2025

Recenzja Condition Critical „Degeneration Chamber”

 

Condition Critical

„Degeneration Chamber”

Independent 2025

Condition Critical pochodzą z Jułesewej, i w pewnych kręgach nazywani są „młodszym Demolition Hammer”. Rekomendacja piękna, tylko dlaczego panowie wydają swój nowy, trzeci w karierze, album nakładem własnym? Czyżby na granie w stylu Demolition Hammer nie było dziś popytu nawet za Wielką Kałużą, i żadna tamtejsza wytwórnia nie była tymi nagraniami zainteresowana? W sumie nic mnie już dziś nie zdziwi. No cóż, dobrym graniem w stylu thrashowym w ostatnim czasie całkiem obrodziło, a przynajmniej ja co chwilę spotykam się z kolejnym albumem wartym uwagi. Czy „Degeneration Chamber” jest kolejnym z nich? Te trzydzieści trzy minuty to jawny dowód, że tak i owszem. Może do wspomnianych rodaków „trochę” im jednak brakuje, jednak na pewno kolesie warci są zainteresowanie, przynajmniej z kilku powodów. Przede wszystkim, ich muzyka to naprawdę ostre pierdolnięcie. Chłopaki wiedzą jak wiosłować, by precyzyjnie trafiać swoimi riffami w mój podatny na taki styl umysł, i rozszarpywać go na strzępy. W przeważającej części albumu panowie utrzymują tempo zdecydowanie powyżej przeciętnego, wyprowadzając kolejne ciosy niczym Apollo Creed za najlepszych lat. Nowy materiał Condition Critical przypominać może przejażdżkę rollercoasterem. Czyli pędzimy przed siebie na złamanie karku, zwalniając jedynie podczas podjazdu pod górkę, za którą kryje się kolejny, stromy spad. Jednocześnie muzycy tasują akordami niczym wyborny karciarz, nie stroniąc od częstych zmian linii melodycznej, dzięki czemu ich kompozycje dalekie są od schematyczności czy minimalizmu. Bardzo zgrabnie tu wszystko cyka, od wspomnianych partii gitarowych, poprzez niekoniecznie kwadratową, nadającą odpowiedni rytm perkę, po pogłębiający całość bas. Wokale to z kolei klasyka crossoveru. Nie jest to klasyczny thrashowy krzyk. Chwilami wypluwane przez Ryana wersety bardziej kojarzą się z deklamacją, tudzież odczytywaniem swoistego manifestu, niż klasycznym śpiewem. Skojarzenia z D.R.I. czy S.O.D. są tutaj jak najbardziej na miejscu. Jak kiedyś powiedział klasyk kina polskiego „Ale to wszystko chuj….”. Największą siłą tego krążka jest płynący z niego luz. Słychać, że chłopaki bawią się tą muzyką, i granie sprawia im od chuja radości. Jestem na taką szczerość przekazu nad wyraz wrażliwy, dlatego bardzo szybko wsiąkam w te piosenki po same uszy. I tylko wyobrażam sobie, jaki kocioł potrafi się rozkręcić przy tych kawałkach na żywca. Nie wspomniałem jeszcze o solówkach, które są kolejnym dowodem na to, że panowie grać potrafią i warsztat opanowany mają na bardzo wysokim poziomie. Dlaczego zatem, mimo wszystkiego o czym wspomniałem, żadna wytwórnia nie zdecydowała się na wydanie „Degeneration Chamber”?  Nie chce mi się tego nawet rozkminić. Dla mnie jest to kolejny, nowoodkryty band z najwyższej półki. Bardzo mocno polecam, zwłaszcza maniakom gatunku.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz