Condition
Critical
„Degeneration
Chamber”
Independent 2025
Condition Critical pochodzą z Jułesewej, i w pewnych
kręgach nazywani są „młodszym Demolition Hammer”. Rekomendacja piękna, tylko
dlaczego panowie wydają swój nowy, trzeci w karierze, album nakładem własnym? Czyżby
na granie w stylu Demolition Hammer nie było dziś popytu nawet za Wielką Kałużą,
i żadna tamtejsza wytwórnia nie była tymi nagraniami zainteresowana? W sumie
nic mnie już dziś nie zdziwi. No cóż, dobrym graniem w stylu thrashowym w
ostatnim czasie całkiem obrodziło, a przynajmniej ja co chwilę spotykam się z
kolejnym albumem wartym uwagi. Czy „Degeneration Chamber” jest kolejnym z nich?
Te trzydzieści trzy minuty to jawny dowód, że tak i owszem. Może do
wspomnianych rodaków „trochę” im jednak brakuje, jednak na pewno kolesie warci
są zainteresowanie, przynajmniej z kilku powodów. Przede wszystkim, ich muzyka
to naprawdę ostre pierdolnięcie. Chłopaki wiedzą jak wiosłować, by precyzyjnie
trafiać swoimi riffami w mój podatny na taki styl umysł, i rozszarpywać go na
strzępy. W przeważającej części albumu panowie utrzymują tempo zdecydowanie
powyżej przeciętnego, wyprowadzając kolejne ciosy niczym Apollo Creed za
najlepszych lat. Nowy materiał Condition Critical przypominać może przejażdżkę
rollercoasterem. Czyli pędzimy przed siebie na złamanie karku, zwalniając
jedynie podczas podjazdu pod górkę, za którą kryje się kolejny, stromy spad.
Jednocześnie muzycy tasują akordami niczym wyborny karciarz, nie stroniąc od
częstych zmian linii melodycznej, dzięki czemu ich kompozycje dalekie są od
schematyczności czy minimalizmu. Bardzo zgrabnie tu wszystko cyka, od
wspomnianych partii gitarowych, poprzez niekoniecznie kwadratową, nadającą
odpowiedni rytm perkę, po pogłębiający całość bas. Wokale to z kolei klasyka
crossoveru. Nie jest to klasyczny thrashowy krzyk. Chwilami wypluwane przez
Ryana wersety bardziej kojarzą się z deklamacją, tudzież odczytywaniem
swoistego manifestu, niż klasycznym śpiewem. Skojarzenia z D.R.I. czy S.O.D. są
tutaj jak najbardziej na miejscu. Jak kiedyś powiedział klasyk kina polskiego
„Ale to wszystko chuj….”. Największą siłą tego krążka jest płynący z niego luz.
Słychać, że chłopaki bawią się tą muzyką, i granie sprawia im od chuja radości.
Jestem na taką szczerość przekazu nad wyraz wrażliwy, dlatego bardzo szybko
wsiąkam w te piosenki po same uszy. I tylko wyobrażam sobie, jaki kocioł
potrafi się rozkręcić przy tych kawałkach na żywca. Nie wspomniałem jeszcze o
solówkach, które są kolejnym dowodem na to, że panowie grać potrafią i warsztat
opanowany mają na bardzo wysokim poziomie. Dlaczego zatem, mimo wszystkiego o
czym wspomniałem, żadna wytwórnia nie zdecydowała się na wydanie „Degeneration
Chamber”? Nie chce mi się tego nawet
rozkminić. Dla mnie jest to kolejny, nowoodkryty band z najwyższej półki.
Bardzo mocno polecam, zwłaszcza maniakom gatunku.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz