wtorek, 3 lutego 2026

Recenzja Bitterness „Hallowed be the Game”

 

Bitterness

„Hallowed be the Game”

G.U.C. 2026

Niemcy kolebką thrashu, przynajmniej tego europejskiego, są i basta! Zaprzeczyć się temu nie da, i chyba przytaczanie tu przeze mnie jakichkolwiek przykładów czy argumentów mija się z celem. Co nie znaczy, że każdy pochodzący z tego kraju zespół z automatu wart jest zainteresowania. Weźmy taki Bitterness, dla przykładu. Kolesie grają w tą grę, o czym zresztą wspominają w tytule swojego najnowszego, ósmego już pełnego wydawnictwa, od dwudziestu pięciu lat, a jakoś dotychczas z ich nazwą dotychczas się nie spotkałem. I bardzo dobrze, bo, nie owijając w bawełnę i przechodząc od razu do meritum, to co usłyszałem na „Hallowed be the Game” niczym specjalnym nie jest. Mówiąc oględnie i delikatnie. Nie zamierzam się tutaj wyżywać na tej płycie, ani jej autorach, bo uważam, że czterdzieści minut, które poświęciłem na odsłuchanie ich piosenek, jest czterdziestoma minutami mojego życia, które zdecydowanie mogłem spożytkować w lepszy sposób. Nie wiem, może na zgłębianiu technik orgiami, prasowaniu firanek, albo oglądaniu tych półmózgów z Wiejskiej w telewizji. Bitterness jest typowym przykładem trzecioligowca w thrashowym rzemiośle. Dodatkowo trzecioligowca, który inspiracje dobrał sobie niezbyt szczęśliwe. Panowie tworzą coś, co można by przyrównać do wypadkowej Kreator z okresu, kiedy Kreatorem już nazywać się nie powinien, z melodyjnym death metalem zza Bałtyku. Co w tej muzyce jest złe? Melodie. W chuj słodkie, nijakie, nużące. Kompozycje. Przewidywalne, schematyczne, typowe. Wokale. Do bólu przeciętne, a nawet jak urozmaicane, to w jeszcze bardziej banalny sposób. Brzmienie? No, może biorąc pod uwagę nowocześniejsze standardy, jeszcze znośne, oczywiście dla tych, którzy taką selektywną szatę. Nawet okładka wygląda na zrobioną na odpierdol, dla debila. Co w tej muzyce jest dobre? W sumie, to nic. Tutaj wszystko jest tak cholernie oczywiste, tak wygładzone, pozbawione mocy, że zęby bolą. Bo nawet jak Bitterness starają się zaserwować jakiś ostrzejszy riff (pomijając, że odgrzewany po raz nie wiem który), jak w „High Sobriety”, to za chwilę jest on sprowadzany do parteru przez na chuja potrzebne chórki, bardziej kojarzące się z koślawym Running Wild niż klasycznymi wejściami z planu drugiego w staroszkolnym thrashu. I jeszcze te solówki… O tym, że nawet fajny numer Misfits, coverowany na zakończenie, kolesie spierdolili już nie wspomnę. Chłopaki na co drugim podwórku grali kiedyś lepszy thrash niż Bitterness po ćwierćwieczu praktyki. Mówiłem, że nie będę się znęcał. Zatem krótko – do kibla.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz