Bitterness
„Hallowed be the Game”
G.U.C. 2026
Niemcy kolebką thrashu, przynajmniej tego
europejskiego, są i basta! Zaprzeczyć się temu nie da, i chyba przytaczanie tu
przeze mnie jakichkolwiek przykładów czy argumentów mija się z celem. Co nie
znaczy, że każdy pochodzący z tego kraju zespół z automatu wart jest
zainteresowania. Weźmy taki Bitterness, dla przykładu. Kolesie grają w tą grę,
o czym zresztą wspominają w tytule swojego najnowszego, ósmego już pełnego
wydawnictwa, od dwudziestu pięciu lat, a jakoś dotychczas z ich nazwą
dotychczas się nie spotkałem. I bardzo dobrze, bo, nie owijając w bawełnę i
przechodząc od razu do meritum, to co usłyszałem na „Hallowed be the Game”
niczym specjalnym nie jest. Mówiąc oględnie i delikatnie. Nie zamierzam się
tutaj wyżywać na tej płycie, ani jej autorach, bo uważam, że czterdzieści
minut, które poświęciłem na odsłuchanie ich piosenek, jest czterdziestoma
minutami mojego życia, które zdecydowanie mogłem spożytkować w lepszy sposób.
Nie wiem, może na zgłębianiu technik orgiami, prasowaniu firanek, albo
oglądaniu tych półmózgów z Wiejskiej w telewizji. Bitterness jest typowym
przykładem trzecioligowca w thrashowym rzemiośle. Dodatkowo trzecioligowca,
który inspiracje dobrał sobie niezbyt szczęśliwe. Panowie tworzą coś, co można
by przyrównać do wypadkowej Kreator z okresu, kiedy Kreatorem już nazywać się
nie powinien, z melodyjnym death metalem zza Bałtyku. Co w tej muzyce jest złe?
Melodie. W chuj słodkie, nijakie, nużące. Kompozycje. Przewidywalne,
schematyczne, typowe. Wokale. Do bólu przeciętne, a nawet jak urozmaicane, to w
jeszcze bardziej banalny sposób. Brzmienie? No, może biorąc pod uwagę
nowocześniejsze standardy, jeszcze znośne, oczywiście dla tych, którzy taką
selektywną szatę. Nawet okładka wygląda na zrobioną na odpierdol, dla debila.
Co w tej muzyce jest dobre? W sumie, to nic. Tutaj wszystko jest tak cholernie
oczywiste, tak wygładzone, pozbawione mocy, że zęby bolą. Bo nawet jak
Bitterness starają się zaserwować jakiś ostrzejszy riff (pomijając, że
odgrzewany po raz nie wiem który), jak w „High Sobriety”, to za chwilę jest on
sprowadzany do parteru przez na chuja potrzebne chórki, bardziej kojarzące się
z koślawym Running Wild niż klasycznymi wejściami z planu drugiego w
staroszkolnym thrashu. I jeszcze te solówki… O tym, że nawet fajny numer
Misfits, coverowany na zakończenie, kolesie spierdolili już nie wspomnę. Chłopaki
na co drugim podwórku grali kiedyś lepszy thrash niż Bitterness po ćwierćwieczu
praktyki. Mówiłem, że nie będę się znęcał. Zatem krótko – do kibla.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz