niedziela, 15 lutego 2026

Recenzja Thy Worshiper „Demony Wschodu”

 

Thy Worshiper

„Demony Wschodu”

Piranha Music 2026

Nigdy wcześniej nie miałem przyjemności poznać tego zespołu. Zapewne z takiego powodu, że stronię od folkowych kapel. Nie dlatego żebym gardził. Po prostu mnie nie interesują. Gdy ten materiał pojawił się w mojej skrzynce odbiorczej, chciałem go olać, ale na przekór sobie przesłuchałem tą szóstą już płytę od Thy Worshiper. Cóż stwierdzić mogę?Ano to, że z pewnością nie jest to muzyka dla wszystkich. Muzyka, która we fragmentach doskonale sprawdziłaby się na teatralnych deskach jako podkład pod dramat romantyczny typu „Dziady”, lecz nie znaczy to, że jako album folk-metalowy jest niesłuchalna. Jest słuchalna i jeśli dać jej szansę, wtapiając się z cierpliwością w płynące z „Demonów Wschodu” dźwięki, można nieźle odpłynąć. Jeśli już się zanurzycie w najnowszej propozycji od Thy Worshiper, której kompozycje wypełnione są po brzegi bardzo ciekawymi rozwiązaniami aranżacyjnymi, w których usłyszeć można różnego rodzaju formy stylistyczne właściwe dla death i black metalu oraz naszej rodzimej „cepelii”, to przeniesiecie się do innego świata. Niewątpliwie pomoże wam w tym, obok podstawowych narzędzi, mnogość użytych tutaj instrumentów ludowych, które wraz z różnorakimi wokalizami, ze wskazaniem na te żeńskie, kreują niesamowitą atmosferę, zabierającą na wschodnie rubieże Polski. To leśne i górzyste tereny, na których spotkać można stare szeptuchy, między drzewami czai się Leszy, z rzek i jezior wyłania się Wodnik, a często towarzyszące im rusałki i mawki, tańczą w kuszącym tańcu, zwodząc na zgubę. Jeśli będziecie mieli mniej szczęścia, to na ponurych bagniskach zetkniecie się z Błotnikiem, gdy dopadnie was Wąpierz, stracicie krew, pod samotnym drzewem zobaczycie Rokitę, z wiatrem przyleci Latawica, a w domu zagnieździ się Złydnia i Kłobuk. „Demony Wschodu” to muzyka, w której próżno szukać wrażeń czysto metalowych, choć momentami potrafi zdrowo przygrzać, ale w ostatecznym rozrachunku nie taki jest jej cel. To gędźba pełna kontrastów, które paradoksalnie, doskonale do siebie pasują, lecz ta układanka w wykonaniu tego sekstetu nie jest łatwa do ułożenia. Jeśli sprostacie jej wymogom i uda się wam ją sklecić, to mimo swojej nieco skomplikowanej struktury, odwdzięczy się przyswajalnością i podróżą w magiczne miejsca. Odbiór tego materiału jest przygodą dla wybranych, ale jeśli ktoś da mu szansę i otworzy się na jego formę, to również stanie się tym „wybranym”, a warto, bo słuchanie „Demonów Wschodu” to mistyczne przeżycie, w którym główną rolę odgrywa folklor. W tym przypadku nie przaśny i kolorowy, ale mroczny i przerażający, pełen napięcia, którego natężenie nieustannie się zmienia. Falując, opada i rośnie, odpuszcza i dusi, koi i męczy. Osobiście nie przepadam za „ludowością” w metalu, ale muszę przyznać, że szósty album tej brygady w swym przedziale gatunkowym to majstersztyk. Dopracowany w każdym calu, o wysublimowanej estetyce i dostarczający silnych wrażeń. Nie tylko fanom polecam.

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz