Thy
Worshiper
„Demony
Wschodu”
Piranha Music 2026
Nigdy
wcześniej nie miałem przyjemności poznać tego zespołu. Zapewne z takiego
powodu, że stronię od folkowych kapel. Nie dlatego żebym gardził. Po prostu
mnie nie interesują. Gdy ten materiał pojawił się w mojej skrzynce odbiorczej,
chciałem go olać, ale na przekór sobie przesłuchałem tą szóstą już płytę od Thy
Worshiper. Cóż stwierdzić mogę?Ano to, że z pewnością nie jest to muzyka dla
wszystkich. Muzyka, która we fragmentach doskonale sprawdziłaby się na
teatralnych deskach jako podkład pod dramat romantyczny typu „Dziady”, lecz nie
znaczy to, że jako album folk-metalowy jest niesłuchalna. Jest słuchalna i
jeśli dać jej szansę, wtapiając się z cierpliwością w płynące z „Demonów
Wschodu” dźwięki, można nieźle odpłynąć. Jeśli już się zanurzycie w najnowszej
propozycji od Thy Worshiper, której kompozycje wypełnione są po brzegi bardzo
ciekawymi rozwiązaniami aranżacyjnymi, w których usłyszeć można różnego rodzaju
formy stylistyczne właściwe dla death i black metalu oraz naszej rodzimej
„cepelii”, to przeniesiecie się do innego świata. Niewątpliwie pomoże wam w tym,
obok podstawowych narzędzi, mnogość użytych tutaj instrumentów ludowych, które
wraz z różnorakimi wokalizami, ze wskazaniem na te żeńskie, kreują niesamowitą
atmosferę, zabierającą na wschodnie rubieże Polski. To leśne i górzyste tereny,
na których spotkać można stare szeptuchy, między drzewami czai się Leszy, z
rzek i jezior wyłania się Wodnik, a często towarzyszące im rusałki i mawki,
tańczą w kuszącym tańcu, zwodząc na zgubę. Jeśli będziecie mieli mniej
szczęścia, to na ponurych bagniskach zetkniecie się z Błotnikiem, gdy dopadnie
was Wąpierz, stracicie krew, pod samotnym drzewem zobaczycie Rokitę, z wiatrem
przyleci Latawica, a w domu zagnieździ się Złydnia i Kłobuk. „Demony Wschodu”
to muzyka, w której próżno szukać wrażeń czysto metalowych, choć momentami
potrafi zdrowo przygrzać, ale w ostatecznym rozrachunku nie taki jest jej cel.
To gędźba pełna kontrastów, które paradoksalnie, doskonale do siebie pasują,
lecz ta układanka w wykonaniu tego sekstetu nie jest łatwa do ułożenia. Jeśli
sprostacie jej wymogom i uda się wam ją sklecić, to mimo swojej nieco
skomplikowanej struktury, odwdzięczy się przyswajalnością i podróżą w magiczne
miejsca. Odbiór tego materiału jest przygodą dla wybranych, ale jeśli ktoś da
mu szansę i otworzy się na jego formę, to również stanie się tym „wybranym”, a
warto, bo słuchanie „Demonów Wschodu” to mistyczne przeżycie, w którym główną
rolę odgrywa folklor. W tym przypadku nie przaśny i kolorowy, ale mroczny i przerażający,
pełen napięcia, którego natężenie nieustannie się zmienia. Falując, opada i
rośnie, odpuszcza i dusi, koi i męczy. Osobiście nie przepadam za „ludowością”
w metalu, ale muszę przyznać, że szósty album tej brygady w swym przedziale
gatunkowym to majstersztyk. Dopracowany w każdym calu, o wysublimowanej
estetyce i dostarczający silnych wrażeń. Nie tylko fanom polecam.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz