sobota, 7 lutego 2026

Recenzja Guerra Total “Of Death's Apotheosis... Cthulhu's Call and the Terror of the Cosmic Unknown”

 

Guerra Total

“Of Death's Apotheosis... Cthulhu's Call and the Terror of the Cosmic Unknown”

Mara Prod. 2025

Kto z was zna Guerra Total? Podejrzewam, że niewielu. Też z tą nazwą spotykam się po raz pierwszy, co potęguje mój szok, że chłopaki mają na koncie już jedenaście płyt. Ta nowa, o przydługaśnym tytule,  jest dwunastą. A to wszystko na przestrzeni dwudziestotrzyletniej egzystencji. Czyli regularni są jak japońskie pociągi. A co panowie grają, zapytacie? A wiecie, że, kurwa, trochę wszystko. Aczkolwiek trzon główny tej muzyki stanowi mieszanka death i thrash metalu. Z wyraźnym jednak dodatkiem blackmetalowym, a także doomowym doprawieniem. Jak to się zatem sprawdza? Bo formuła nowa przecież nie jest, kwestią pozostaje zatem sposób wcielenia jej w życie. No z tym to bywa różnie. Materiał ten trwa niemal czterdzieści cztery minuty, i jest dość mocno naszpikowany pomysłami. Od prostej napierdalanki w Vaderowym stylu, poprzez ostre thrashowe riffowanie w stylu Sodom, rytmikę zahaczającą niemal o hardcore, wrzucony tu i ówdzie blackmetalowy akord atonalny, ewentualnie mocne hamowanie do klimatu, dajmy na to, My Dying Bride. Trzeba przyznać, że niezaprzeczalnie momenty na tym albumie są, bo niejednokrotnie chce się pomachać głową, czy poćwiczyć umiejętności na gitarze powietrznej. Zwłaszcza kiedy wejdzie całkiem zgrabna solóweczka. Tylko że z drugiej strony, są tutaj też patenty wręcz banalne i cholernie wtórne. Biorąc pod uwagę długość tego materiału i zestawiając proporcjonalnie do jego rozmaitości, mam wrażenie, że Kolumbijczycy wrzucają do gara wszystko jak leci, bez większej selekcji. Nie wiem, może tak z założenia miało być, by muzyka sprawiała wrażenie chaotycznej czy spontanicznej, ale do mnie jednak nie do końca to przemawia. I za cholerę nie pomaga w tym nawet Cthulhu w tytule głównym. Trochę jałowe są tu też wokale. Niby growl, ale nie do końca wyrazisty, jakiś taki niemrawy. Nie można się za to przypierdolić do brzmienia, bo to jest odpowiednio masywne i dopracowane po staroszkolnemu. Nie wiem, może w ogólnym rozrachunku jestem dla Guerro Total zbyt surowy, ale po zespołach z tamtego zakątka świata oczekuję jednak nieco więcej. A w tym przypadku owo „więcej” oznaczałoby „mniej”. Mniej kombinowania, mniej rozwleczenia… Bo gdyby powyrzucać stąd jakieś 10 minut takich „uzupełniaczy”, to ten album byłby naprawdę niezły. A tak, jest przeciętny. Ale sprawdźcie sobie, bo może ja dziś jestem w nieodpowiednim humorze.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz