piątek, 20 lutego 2026

Recenzja Total Maniac „Love Overdrive”

 

Total Maniac

„Love Overdrive”

Self-Release 2026

Ci Amerykanie pochodzą z Baltimore i grają razem od 2017 roku. Cztery lata temu wypuścili pierwszą płytę, a teraz wracają z drugim krążkiem. To pięciu facetów w ramoneskach, dżinsowych katanach lub bezrękawnikach, a na nosie każdego z nich znajdują się lustrzane aviatory. Podarte spodnie, znoszone glany, włosy w nieładzie i zarost na twarzy. Jak myślicie, co grają? Jasne, że coś pod Motörhead, czyli „Satan, Drugs, Sex and Rock’n’roll”. Klasyczne i brudne do bólu rzępolenie w zmiennych tempach, wypełnione hard-rockowymi riffami, pomieszanymi z heavy metalowym kostkowaniem. Odrobina punka, trochę akordów w stylu „speed” oraz zagranych na odpierdol dzikich solówek. Garażowe, ale dość gęste brzmienie doprawione dudniącą sekcją rytmiczną oraz aroganckimi wokalizami, oto obraz „Love Overdrive” od tego gangu. To uliczna bądź wywodząca się z obskurnych spelun muzyka, odegrana z lekkością i niezwykłą nonszalancją. Proste kompozycje, nieoszlifowana barwa instrumentów, bez zbędnych udziwnień i dodatków. Buja dobrze, ale i nieźle kopie w dupę. Zalewa wyświechtanymi melodiami i ostrymi solówkami, a thrashowe riffy boleśnie drażnią uszy swoim przesterem. Od perkusji łomocze w głowie jak na kacu, co potęguje mięsisty i delikatnie chropowaty bas wraz z wwiercającym się między zwoje mózgowe głosem wokalisty. Panowie grają ostro i bez zahamowań. Bezczelnie leją po plecach i walą w twarz. Klasyczna napierdalanka w hołdzie dla diabła, używek i chuci. Nie dla mięczaków. Jeśli nie lubicie zapachu potu, smrodu wódy i fajek, a swąd spalin z rur wydechowych jest wam obcy, to w ogóle nie podjeżdżajcie, i lepiej idźcie przykleić się do asfaltu. W sumie „Love Overdrive” nie oferuje niczego nowego, ale jest to autentyczne, metalowe granie. Wyluzowana napierdalanka, z której kipi testosteron. Brać, nie marudzić, machać głową dla Szatana!

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz