Total
Maniac
„Love
Overdrive”
Self-Release 2026
Ci
Amerykanie pochodzą z Baltimore i grają razem od 2017 roku. Cztery lata temu
wypuścili pierwszą płytę, a teraz wracają z drugim krążkiem. To pięciu facetów
w ramoneskach, dżinsowych katanach lub bezrękawnikach, a na nosie każdego z
nich znajdują się lustrzane aviatory. Podarte spodnie, znoszone glany, włosy w
nieładzie i zarost na twarzy. Jak myślicie, co grają? Jasne, że coś pod
Motörhead, czyli „Satan, Drugs, Sex and Rock’n’roll”. Klasyczne i brudne do
bólu rzępolenie w zmiennych tempach, wypełnione hard-rockowymi riffami,
pomieszanymi z heavy metalowym kostkowaniem. Odrobina punka, trochę akordów w
stylu „speed” oraz zagranych na odpierdol dzikich solówek. Garażowe, ale dość
gęste brzmienie doprawione dudniącą sekcją rytmiczną oraz aroganckimi
wokalizami, oto obraz „Love Overdrive” od tego gangu. To uliczna bądź wywodząca
się z obskurnych spelun muzyka, odegrana z lekkością i niezwykłą nonszalancją.
Proste kompozycje, nieoszlifowana barwa instrumentów, bez zbędnych udziwnień i
dodatków. Buja dobrze, ale i nieźle kopie w dupę. Zalewa wyświechtanymi
melodiami i ostrymi solówkami, a thrashowe riffy boleśnie drażnią uszy swoim
przesterem. Od perkusji łomocze w głowie jak na kacu, co potęguje mięsisty i
delikatnie chropowaty bas wraz z wwiercającym się między zwoje mózgowe głosem
wokalisty. Panowie grają ostro i bez zahamowań. Bezczelnie leją po plecach i
walą w twarz. Klasyczna napierdalanka w hołdzie dla diabła, używek i chuci. Nie
dla mięczaków. Jeśli nie lubicie zapachu potu, smrodu wódy i fajek, a swąd
spalin z rur wydechowych jest wam obcy, to w ogóle nie podjeżdżajcie, i lepiej
idźcie przykleić się do asfaltu. W sumie „Love Overdrive” nie oferuje niczego
nowego, ale jest to autentyczne, metalowe granie. Wyluzowana napierdalanka, z
której kipi testosteron. Brać, nie marudzić, machać głową dla Szatana!
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz